Making Money moim zdaniem było bardzo fajne, ale kulało na wtórność. Było po prostu drugim Going Postal. Chyba by było lepiej gdyby Terry starał się tworzyć więcej nowych postaci na głównych bohaterów.
_________________ may you live in interesting times.
Ja przeczytałam w długi weekend wszystkoświętny, ale nie bardzo miałam nawet ochotę o Snuffie pisać. Słabiutki. W UA były chociaż urocze nowe postaci, tutaj są bezbarwne. W dodatku, jak już Hamlet wspominał, mamy tak naprawdę jeden wątek. Vimes ma supermoce wyniesione z Łupsa!, ale Łups! mógł się bez problemów wybronić atmosferą. A tu? Złapałam się na tym, że przerwałam lekturę, by poszukać fanfiction o Pingwinach z Madagaskaru. A zazwyczaj, gdy wychodził nowy Pratchett, symulowałam chorobę, byle tylko nie musieć się odrywać od książki. Jakiekolwiek napięcie pojawia się trzech czwartych powieści.
Nie twierdzę, że to fatalna książka, ale z pewnością duże rozczarowanie.
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement
Nie twierdzę, że to fatalna książka, ale z pewnością duże rozczarowanie.
Amen.
O 'supermocach' zapomniałem wspomnieć. W "Łups!" idealnie się wpisywały w fabułę i nie były nadmiernie eksponowane, natomiast tutaj... Uch.
"Świat Finansjery" mi osobiście bardzo się podobał, chociaż może być to zafałszowane tym, że Moist jest moją ulubioną postacią w ogóle. I tak, "Snuff" jest gorszy do "Unseen Academicals". Dlatego straszny mam dysonans jak pomyślę o "Raising Taxes"...
nie wierzyłem że kiedyś przejdzie mi to przez gardło, ale...
...myślę, że Terry po prostu powinien już przestać pisać
Powinien zostawić Świat Dysku taki, jakim go stworzył i niech trwa.
_________________ www.smoking.gnu.pl
"Steal five dollars and you were a petty thief. Steal thousands of dollars and you were either a government or a hero." - Terry Pratchett, Going Postal
Udało mi się przypomnieć, jak się przenosi temat, ale nie mam najmniejszego pojęcia, jak zmienić jego tytuł. Help!
[edit] Dziękuję Łukaszowi za uświadomienie, co trzeba zrobić, by zmienić temat!
No to przeczytałam - a czytałam - jak na mnie - bardzo powoli, bo mam obawy, że to ostatnia nowa książka Pratchetta, jaką dane mi było przeczytać. Bu.
No a wrażenia? Cóż, książka średnia (na szczęście nie jest tak słaba, jak np. "Niewidoczni Akademicy"), ale oparta na starym schemacie "Vimes ratuje kolejną rasę, po czym wszyscy przekonują się, że ta rasa nie jest aż taka zła/prymitywna, jak powszechnie sądzono. I wszyscy są szczęśliwi". Nadludzkie moce Vimesa nie przeszkadzają mi aż tak bardzo (chociaż uważam, że to bez znaczenia dla fabuły, że on je w ogóle ma - bo poradziłby sobie świetnie bez nich).
Co mnie zgniewało, i to porządnie, to idiotyczne zachowanie Vimesa na samym początku książki - przygotowuje się do wyjazdu i rozpacza tak strasznie, że czytelnikowi wydaje się, że co najmniej odchodzi wbrew woli na emeryturę. Ale nie. On tylko WYJEŻDŻA NA DWUTYGODNIOWE WAKACJE. Z ukochaną żoną i równie kochanym synem!!! No naprawdę straszne. Cholerny, głupi macho. I nie uczy się na błędach - wielokrotnie przekonał się, że wakacje dobrze mu robią, a protestuje przeciwko nim tak bardzo, jakby ktoś miał mu codziennie na owych wakacjach przeprowadzać badanie prostaty. Trzy razy dziennie. (z podobnego powodu straciłam serce do Shreka - czwarty film to była chała, nie ma co tu dużo mówić, ale i Shrek nie uczył się na swoich błędach, i mógłby z łatwością uniknąć kłopotów, gdyby tylko POMYŚLAŁ).
Aha, odszczekuję moje narzekania dotyczące tłumaczenia tytułu - ponieważ w książce nie ma nawiązań do filmów-snuffów, to tłumaczenie ma większy sens, niż zostawienie tytułu w oryginalnej wersji.
No i uśmiałam się w jednym miejscu: w książce pada twierdzenie, że gobliny mają tylko pięć określeń na nazwy kolorów. Moją pierwszą myślą było: Uboot jest goblinem!!!
Ogólnie nie było tak źle. Nie mogę polecić książki całkowicie z czystym sumieniem, ale starym miłośnikom Pratchetta się spodoba. Nie jest taka najgorsza.
Dopiero zaczynam czytać, ale po pierwszym przekartkowaniu mam jedno pytanie: czy to nie pierwsza pozycja z serii (nie licząc opowieści o Tiffany) w której nie występuje TEN-WYPOWIADAJĄCY-SIĘ-NIEGDYŚ-ZA-POMOCĄ-CAPSLOCKA-TERAZ-ZAŚ-UŻYWAJĄCY-KAPITALIKÓW*?
*Śmierć znaczy się...
_________________ (...) Ale przecież wszyscy byliśmy kiedyś młodzi.
Śmierć rozważył to dokładnie.
Co mnie zgniewało, i to porządnie, to idiotyczne zachowanie Vimesa na samym początku książki - przygotowuje się do wyjazdu i rozpacza tak strasznie, że czytelnikowi wydaje się, że co najmniej odchodzi wbrew woli na emeryturę. Ale nie. On tylko WYJEŻDŻA NA DWUTYGODNIOWE WAKACJE. Z ukochaną żoną i równie kochanym synem!!! No naprawdę straszne. Cholerny, głupi macho. I nie uczy się na błędach - wielokrotnie przekonał się, że wakacje dobrze mu robią, a protestuje przeciwko nim tak bardzo, jakby ktoś miał mu codziennie na owych wakacjach przeprowadzać badanie prostaty. Trzy razy dziennie.
Mi się to podobało, w końcu Vimes to mieszczuch do bólu, które całe życie spędził w straży. Ukazanie jego urlopu w formie przywołującej na myśl odejście na emeryturę było dla mnie udanym gagiem.
Za to nie mogę ścierpieć tego, co się stało z Willkinsem. Ale po kolei. Zbrojni - tutaj ta postać to był zwykły, dystyngowany lokaj. Tło, nikt ważny. Dlatego ciekawym zabiegiem było, że w BHA-Mie Willkins został pogłębiony o wychowywanie się na ulicy, co pozwoliło nam odkryć jego wartość bojową. Kiedy jednak Willkins stał się... zbirem? Regularnym zbirem, którego miejsce powinno być w mordowni. Zabójcza skuteczność, znajomość wszelkich broni, grożenie sztyletem, tatuaże, blizny... Na bogów, odsiadka w Tantach!! Pratchett dla mnie przegiął z tak nagłym uwypukleniem tej postaci w tę stronę. Co gorsza, nie daje nam o tym zapomnieć, bo w ciągu pierwszych stu stron (czyli tylu ile dotąd przeczytałem) zostało nam multum razy podkreślone, że Willkins to bandzior w lokajskiej skórze. Irytujące jak diabli.
_________________ "Tu właśnie odeszły smoki.
Leżą...
Nie sa martwe i nie są uśpione. Nie czekają, bo czekanie implikuje cel. Być może odpowiednim słowem jest...
...drzemią."
Mi się to podobało, w końcu Vimes to mieszczuch do bólu, które całe życie spędził w straży. Ukazanie jego urlopu w formie przywołującej na myśl odejście na emeryturę było dla mnie udanym gagiem.
Nie, tu nie chodzi o to, że Vimes to mieszczuch. Tylko o to, że to irytujący macho, który nie zrobi nic dla swojego zdrowia, bo się wstydzi, że inni zobaczą jego słabość [a przez to zachowuje się idiotycznie i żałośnie - jak np. sprawa z odznaką - w końcu wszyscy wiedzą, że jej nie zostawił i się po kryjomu z niego podśmiewają]. Tego typu mężczyźni wstydzą się np. chodzić do lekarza, bo przecież "wszystko z nimi w porządku". A żarty typu "Vimes odchodzi na emeryturę... a jednak nie" już kilka razy występowały; ten był niepotrzebny.
O Willikinsie zapomniałam wcześniej napisać - zasadniczo masz rację - Willikins wychowywał się w rynsztoku, gdzie zabijał ludzi - więc można stwierdzić, że jest zbirem; mógł też zaliczyć odsiadkę na Tantach. Natomiast, to, co razi, to fakt, że stał się niemal skrytobójcą - tak, jak piszesz: zabójcza skuteczność, znajomość broni itp.
I najgorsze: Willikins zaprzyjaźnił się z Vimesem, łamiąc wszystkie klasowe układy. [W BHAM także nawiązał jakąś więc z Vimesem, jednak pod koniec wojny zmył krew z twarzy i znowu stał się sztywnym, pełnym zasad lokajem]. Właściwie stał się prawie dżentelmenem - ironiczny, wykształcony, pozwala sobie na swobodne uwagi w towarzystwie Vimesa [!].
O Willikinsie zapomniałam wcześniej napisać - zasadniczo masz rację - Willikins wychowywał się w rynsztoku, gdzie zabijał ludzi - więc można stwierdzić, że jest zbirem; mógł też zaliczyć odsiadkę na Tantach. Natomiast, to, co razi, to fakt, że stał się niemal skrytobójcą - tak, jak piszesz: zabójcza skuteczność, znajomość broni itp.
I najgorsze: Willikins zaprzyjaźnił się z Vimesem, łamiąc wszystkie klasowe układy. [W BHAM także nawiązał jakąś więc z Vimesem, jednak pod koniec wojny zmył krew z twarzy i znowu stał się sztywnym, pełnym zasad lokajem]. Właściwie stał się prawie dżentelmenem - ironiczny, wykształcony, pozwala sobie na swobodne uwagi w towarzystwie Vimesa [!].
Co do tej przyjaźni to w sumie się nie dziwię, było to w końcu dla Vimesa tak jakby w obcy teren przywiózł ze sobą kawałek ukochanego Ankh-Morpork. Niemniej tak jak piszesz i tutaj jest przesada w niewłaściwą stronę, w której tworzy się niemalże duet równorzędnych postaci, złego gliniarza i złego gliniarza! Zawsze czułem spory dystans między tymi postaciami - Willkins był co prawda przyjazny Vimesowi i vice versa, ale znał swoje narzucone przez kodeksy miejsce. Nie panoszył się jak gliniarz.
Uściślę zaś o co chodziło w moim poście - nie odbieram Willikinsowi prawa do trudnej, ankh-morporskiej przeszłości klas niższych, niech ją on sobie ma. Bardziej mam za złe fakt, że w Niuchu to tak naprawdę nie jest przeszłość. Bo to wycieka cały czas, mamy taki nawał komentarzy o bandytyzmie wpisanym w tą postać, że większą wiarygodność czyni on na nas jako wyrafinowany gangster, niż lokaj z dawno zapomnianą przeszłością. To w niczym nie przypomina Willikinsa z poprzednich tomów, gdzie był po prostu sztywnym dżentelmenem dżentelmena - a mimo to, Vimes wita te cechy jako coś codziennego i zwyczajnego, więc teoretycznie czytelnik też powinien. Nie, tak jak wkurzał mnie Colon w Piątym Elefancie (nagle uczyniony zanalfabeciałym zarozumialcem) tak wkurzać mnie będzie i rozwinięcie tej postaci całkiem znikąd w jakiegoś kapitana Kuro.
Tak w ogóle, to krytykuję książkę Pracza. Matkoboska!
_________________ "Tu właśnie odeszły smoki.
Leżą...
Nie sa martwe i nie są uśpione. Nie czekają, bo czekanie implikuje cel. Być może odpowiednim słowem jest...
...drzemią."
Pozwolę się przyczepić: Colon przez cały czas jest "zanalfabeciałym zarozumialcem" i mamy na to wiele przykładów w całej serii. Nawet w "Niuchu": np. scena z urną o tym świadczy.
Owszem, ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale jednak jak był zarozumiałym idiotą, tak nim pozostał.
Wiek: 37 Dołączył: 18 Sie 2006 Skąd: Gdynia/ Warszawa
Wysłany: 17 Kwiecień 2012, 10:14
A ja chyba rozumiem o co Szczeremu chodzi. Owszem, Colon zawsze był idiotą, ale dotąd zawsze dobrotliwym idiotą, który wiedział, jak od kłopotów trzymać się z daleka. A w Elefancie nagle zrobiono z niego groźnego idiotę, w kłopoty pakującego się z głową i butami. Ale też inna sprawa, że zostało to dość rozsądnie umotywowane: zwyczajnie przestał mieć nad sobą parasol ochronny rozciągnięty przez inteligentniejszych przełożonych.
A w Niuchu jednak najbardziej przeszkadzał mi summoning dark jako prosty wytrych do wybrnięcia przez Vimesa z największych kłopotów. Takie to... tanie.
Ale też inna sprawa, że zostało to dość rozsądnie umotywowane: zwyczajnie przestał mieć nad sobą parasol ochronny rozciągnięty przez inteligentniejszych przełożonych.
No właśnie. Jak dla mnie jego "przemiana" jest prawdopodobna - uważam, ze on zawsze w głębi serca był tyranem lubiącym gnębić podwładnych; a nie gnębił podwładnych, bo takich do tej pory po prostu nie miał. A tu nagle zyskał władzę i ona uderzyła mu do głowy.
Do tego jest tchórzem - więc jego głupie działania były motywowane także tym, żeby przypodobać się Vetinariemu i wszystkim ludziom silniejszym od niego [a poza tym wydawało mu się, że podobnie zachowywał się Vimes]. Ale w końcu tchórzostwo wzięło górę, do tego zorientował się, że nic mu nie wychodzi, i przeżył załamanie psychiczne.
I zauważ, że to nie on sam się wpakował w te kłopoty - on instynktownie nigdy nie chciał zostać dowódcą, bo wiedział, że sobie nie poradzi - w kłopoty władował go Vetinari, powierzając mu tę funkcję.
Ja jednak nie uważam, że PTerry przesadził [a przynajmniej: nie za bardzo przesadził] - jak pisałam: Colon jest tchórzem. Jak zorientował się, że nic mu nie wychodzi, wyobraził sobie, że Vetinari może za to np. zażądać jego głowy i po prostu zgłupiał ze strachu [do tego doszło załamanie psychiczne] - zwróć uwagę, że Colon zawsze śmiertelnie bał się Vetinariego.
Szczery napisał/a:
lecz dotąd działo się tak raczej z faktu, że świat Colona był tak samo prosty i ciasny jak jego umysł.
A no właśnie. Dopóki świat Colona jest nieskomplikowany, to jego umysł może sobie z nim poradzić i wszystko jest ok. A kiedy został dowódcą Straży, nagle poszerzyły mu się horyzonty i jego ciasny móżdżek wszystkiego nie pomieścił.
Zdaję sobie sprawę, że cała ta sytuacja została mocno przerysowana - jak większość zagadnień w książkach PTerry'ego. Ale akurat ta sytuacja mnie nie razi [w przeciwieństwie np. do tego, co stało się w "Niuchu" z Willikinsem].
1) książka jest chyba najsłabszą pozycją ze Świata Dysku
2) to co najbardziej razi - to ciągłe dopowiedzenia wszystkiego, tak, jakby czytelnik po pierwsze był idiotą i nie zrozumiałe pierwszej aluzji a po drugie nie miał baldego pojęcia czym jest i jaką historę ma za sobą Vimes.
3) fabuła banalna do bólu
4) tricki z tym, ze ciemność przychodzi i rozwiązuje najtrudniejsze sprawy - słabe
5) próba wciągnięcia do DW kolejnej niepotrzebnej tu rasy - słaba - sprawy tolerancji były omawiane w serii wiele razy i zawsze w inteligentny sposób, aż do teraz, bo teraz to jest zwykła piesn na częśc tolerancji, następna książka Dw będzie chyba pochwałą dla poprawności politycznej (choć wiadomo, że ona jest s*** która pożera własne dzieci] - ech..
6) czuć: brak pomysłu, brak fabuły, brak zaufania do czytelnika, brak dobrych żartów, ogólnie M-A-S-A-K-R-A
No, doczytałem wreszcie...
Nie, żeby było warto szczerze mówiąc, bo faktycznie żadnych oszałamiających zwrotów akcji nie da się uświadczyć i książka idzie dokładnie takim torem, jakiego domyśla się każdy czytelnik. A nie, przepraszam, dla ostatniego zdania prologu może warto było jednak doczytać końcówkę Podobał mi się ten zawarty w nim tytuł.
Faktycznie jest to przypuszczalnie najgorsza książka ze Świata Dysku, bowiem dotąd nie do pomyślenia dla mnie by było, aby nową książkę Pratchetta trzymać w plecaku i nie mieć żadnej motywacji do jej ukończenia. Bawiąc się w słowotwórstwo, określiłbym ją jako "nasilną". Mamy w niej bowiem takie namnożenie wątków i motywów wciskanych na siłę (do świata, który na etapie Piekła Pocztowego wydawał się być już całkowicie pełnym, bez miejsca na coś nowego), że taką się w efekcie okazuje być cała książka - czymś stworzonym na siłę, bez przekonującej fabuły. Choć to ciągle jest Pratchett, więc czytanie go nie było wcale niczym złym, to jednak przyzwyczajenie do wysokiego poziomu mojego ulubionego pisarza zaowocowało po prostu zniechęcającym rozczarowaniem :/
I Wilikins pod koniec mnie po prostu wkurzył. On już nie był robiony na równego Vimesowi, ale niemalże wręcz lepszego >.< (w pewnych umownych kwestiach, oczywiście)
_________________ "Tu właśnie odeszły smoki.
Leżą...
Nie sa martwe i nie są uśpione. Nie czekają, bo czekanie implikuje cel. Być może odpowiednim słowem jest...
...drzemią."
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach