 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
|
[FF] Wizerunek Śmierci |
| Autor |
Wiadomość |
Gothel
Dołączył: 29 Gru 2008
|
Wysłany: 1 Luty 2009, 18:04 [FF] Wizerunek Śmierci
|
|
|
Na początku spowiedź autora.
Miało być krótkie opowiadanie (opowiadanko) na zadanie z polskiego, przerodziło się w cuś dłuższego. Zainspirowane oczywiście twórczością Pterego, trochę bezczelnie wykorzystałem sam charakter śmierci, nawiązanie do wydarzeń z serii książek i ogólnie koncepcję DW, ale FF swoje prawa ma Zadanie zostało dość ciepło przyjęte, zaznaczyłem oczywiście czym inspirowane. Oceniajcie.
Śmierć jechał na swym białym koniu poprzez mrok nocy. Koń był jak najbardziej żywy. Śmierć już dawno zrezygnował z ognistych rumaków i końskich szkieletów, z powodów czysto praktycznych. Ileż w końcu razy można gasić stajnię, która zajęła się od ognistego rumaka, który podpala własną ściółkę i z wielce niefrasobliwą miną stoi w środku pożaru? Jeśli chodzi o końskie szkielety wprawiały one Śmierć w zakłopotanie. Bo niby jak można czuć respekt przed Przewodnikiem Dusz, który co chwila zatrzymuje się, by dokręcić własnemu wierzchowcowi uparcie wypadającą łękotkę? Dlatego też Śmierć zrezygnował z klasycznych rumaków i przerzucił się na żywe takie jak Pimpuś. Niezbyt dostojne imię dla dumnego bojowego ogiera wożącego samego Śmierć, jednak jego właściciel miewał swoje kaprysy. Śmierć ubrany był w długi czarny płaszcz, którego barwa wyraźnie odcinała się od aksamitnego nieba. Nie była to bowiem zwykła czerń, ale ewidentny anty kolor. Ludzie często tworzą dziwne zestawienia rzekomych przeciwieństw, jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi cisza nie jest przeciwieństwem hałasu, jest tylko jego brakiem. Płaszcz Śmierci nie był brakiem barwy, był najgłębszą wyobrażalną czernią, tylko trochę bardziej. Śmierć nie spieszył się. Pospiech w przypadku istoty będącej poza czasem i przestrzenią, był po prostu zbędny. Biała czaszka z dwoma palącymi się wewnątrz oczodołów błękitnymi iskrami, wyrażała głęboką zadumę. Mimo, iż wyraz twarzy Śmierci, zawsze pozostawał ten sam, w niewiadomy sposób potrafił on uświadomić obserwatora jakim stanie się aktualnie znajduje. Jego myśli skierowane były ku ludziom. Istoty żywe, a w szczególności człowiek, od zawsze go intrygowały. W tym przypadku jego zamiłowanie do naszej osoby, można porównać do naukowca, który namiętnie usiłuje poznać naturę badanego obiektu wszelkimi możliwymi sposobami, którego determinacja i chęć poznania prowadzi do prób życia z małpami lub jedzenia korzonków i mieszkania w lepiance. Przewagą Śmierci nad innymi był fakt, iż nikt nie uznawał go za wariata, gdy w swoich badaniach postanowił, naśladując ludzi, umrzeć. Nie muszę chyba dodawać, że próba samobójstwa była totalnie nie na miejscu. Z podobnym skutkiem możemy próbować utopić karpia. Śmierć zgłębiwszy biologiczne, psychologiczne jak i dentystyczne aspekty człowieczeństwa, postanowił przejść do praktyki (czego skutkiem była m.in wyżej wspomniana próba samobójcza). Nie zrażając się nieudanym procesem narodzin, psucia zębów i starzenia, kontynuował on swoje badania. Próba odczuwania emocji również zakończyła się fiaskiem. Bo niby jak, na bogów, można wyrażać emocje, choćby mimiką twarzy, jeżeli ma się do dyspozycji nagą czaszkę, całkowicie pozbawioną wyrazu, o której nawet filozof przy najlepszych chęciach nie dostrzeże głębokiego przesłania smutku, metafory życia lub po prostu irytacji. Śmierć sądził, że w tym przypadku powinien czuć co najmniej irytację. Przecież został on na swój sposób okaleczony, pozbawiony czegoś, w zamian za władzę jaką sprawował. Jednak odnośnie władzy, tylko my sądzimy, że jakąś posiada. Prawdę mówiąc to Los decyduje kto ma umrzeć, Śmierć finalizuje tylko transakcję. Mimo nieudanych eksperymentów doprowadziły go one do następujących wniosków: uczucia to kwestia gruczołów. Odkrycie to zapoczątkowało nowy etap jego badań nad człowieczeństwem. Jednak kłamliwe informacje na temat anatomii spowodowały trwające do chwili obecnej, błędne mniemanie, że Śmierć jest kobietą. Oprócz nieprawidłowych elementów świeżo odtworzonego ciała, które nim zdążyły znaleźć zastosowanie częściowo poodpadały, doszło do tego nieszczęsne spotkanie z niejakim Polikarpem. Wizerunek jaki Śmierć tworzył przez eony, w jednej chwili legł w gruzach. Częściowa kobieca anatomia, niesymetrycznie przyszyta znacząco utrudniała chodzenie. Z tego też powodu podczas spotkania Śmierć poruszał się dość chwiejnym krokiem. Tak też narodziło się przekonanie, że Śmierć tańczy. Ruch Danse Macabre nieprzerwanie trwał przez kilka wieków. Nie pomogło tłumaczenie, groźby końca świata jak i wielokrotne ukazywanie się ludziom w prawidłowej postaci. W ludzkim przekonaniu Śmierć pozostał tańczącą kobietą, z dużymi brakami anatomicznymi. Był to początek psychicznego załamania i kryzysu, który w końcu spowodował zakończenie praktycznych badań natury człowieka. Największą wadą zawodu Śmierci jest to, że choćby chciał, nie może odejść. Bo niby komu złożyć wypowiedzenie? Ostatecznie, decyzję o zakończeniu praktycznych prób poznania natury człowieka było zdarzenie związane z Armagedonem. Śmierć swoje zamiłowanie do trunków tłumaczył częstym kontaktem ze śmiercią. Nigdy jednak nie nadużywał on alkoholu. Jednakże podczas pamiętnego przyjęcia z okazji Apokalipsy wydarzenia jakie nastąpiły doprowadziły Jeźdźców, w osobie Śmierci, Głodu, Wojny i Zarazy do stanu, kiedy znalezienie koni na parkinu graniczy z cudem. Przecież Trzech Pieszych i Jeden Jeździec Apokalipsy nie budzą zbyt wielkiego respektu. No i koniec świata trzeba było odwołać. Zrujnowało to karierę kilku proroków i na zawsze zniszczyło ich w tej branży, jednak co było robić? To były dobre proroctwa z licznymi „zaiste”, „tudzież” i „azaliż”. Miały wszystko to co proroctwo powinno zawierać. Niestety zmarnowały się. Zorganizowanie nowych znaków na niebie i ziemi, przestawienie kalendarza kwietniów na majów i inne niezbędne w przypadku Apokalipsy formalności musiały zostać na nowo załatwione. Krążą niczym nie potwierdzone plotki, że Śmierć, chcąc wynagrodzić nam ostatni niewypał, przygotował coś specjalnego. W końcu koniec świata nie zdarza się zbyt często. Pozostawmy jednak wspomnienia i skupmy się na chwili obecnej. Śmierć dotarł na miejsce jak zawsze o właściwym czasie. Kolejna przypadłość Śmierci, zabójcza wręcz punktualność. Był jak kukułka w zegarze, zawsze wiedział kiedy wyskoczyć. Tym razem przyszła kolej na niejakiego sir Rolanda, hrabiego marchii bretońskiej, uniżonego sługi Karola Wielkiego, szlachetnego rycerza, najcnotliwszego wśród cnotliwych, Niebiańskiego Obrońcy Wiary i jakby tego było mało bezpośredniego siostrzeńca wyżej wspomnianego Karola Wielkiego. Śmierć nie przepadał za rycerzami. Zwykli oni odprawiać podczas umierania niezwykłe wprost rytuały. Bezsensowne pełzanie na wzgórza, patrzenie na zachód słońca czy też w bliżej nieokreślonym kierunku swojej ojczyzny, ściąganie rękawic i wszystko to co rycerz powinien był zrobić, by wedle własnego mniemania, godnie umrzeć. Jeden nawet mało co nie dotrzymał terminu, tak zapalczywie utrzymywała go przy życiu chęć zdjęcia tej przeklętej rękawicy, która jak na złość lekko przyrdzewiała i za nic w świecie nie chciała zejść. Wszystko to Śmierć był w stanie znieść, jednak nie był to kres jego męczarni. Tuż po przecięciu ostatniej wstęgi łączącej mężnego rycerza ze światem zewnętrznym zwykła nawiązywać się długa dysputa pomiędzy klientem, a wykonawcą. Śmierć zwykle starał się spełniać oczekiwania ludzi na swój temat, jednak niezwykle irytujące było, gdy zmarły faraon oczekiwał Skarabeusza, władca orientalnego państwa Smoka, a nadobny paladyn skrzydlatego Anioła. Wróćmy jednak do Rolanda, który nie zamierzał umierać na tyle długo, byśmy w całości mogli zaprezentować ludzkie dziwactwa. Nasz wielki wojownik kończył już cały ceremoniał przedśmiertny, niewielkie problemy z rękawicą udało mu się dość szybko rozwiązać, choć wymagało to nadludzkiego wysiłku z użyciem otwieracza do konserw. Jeszcze tylko wygładzenie stalowej misiurki, krytyczny rzut okiem na uczesanie, przeglądając się w odbiciu miecza i... ciach! Jak zwykle idealnie na czas, zgodnie z ostatnim ziarnkiem klepsydry życia, Śmierć ciął swoją kosą oddzielając tym samym duszę od ciała. Świeżo upieczony denat wstał. Chwilę ciekawie przyglądał się swojemu stygnącemu ciału, nie zauważając Śmierci.
- EKHM – chrząknął Śmierć – NIE PRZESZKADZAJ SOBIE, MAM MNÓSTWO CZASU – powiedział zirytowany, głosem brzmiącym jak dwa granitowe bloki ocierające się o siebie. Roland niechętnie odwrócił się w stronę Śmierci, spoglądając na niego jak na zbędny element krajobrazu. Zmarszczka przecięła jego marsowe oblicze. Myślał. Ludzie, którym trudno przychodzi myślenie zawsze marszczą czoło. Nie żeby pomagało, ale zawsze lepiej pokazać swoją udrękę myślową, niż stać i nic nie robić. Roland myślał nieomal słyszalnie. W końcu jego twarz rozjaśnił głupkowaty uśmiech sugerujący, że złożony proces został zakończony i planuje on przekazać światu jego wynik.
-Szlachetna pani, weź mnie w swe mordercze objęcia, azaliż nie spodziewaj się lęku, który nigdy w mym sercu ... - rozpoczął standardową tyradę, jaką zwykł słyszeć Śmierć od zakutych w zbroję mężczyzn lubiących ciepłe piwo, długie spoglądanie ku zachodzącemu słońcu i okładanie się z byle powodu dowolnej wielkości i wagi żelastwem jakie tylko wpadnie im w ręce. Wyraz uprzejmego zainteresowania zagościł na niezmiennym obliczu
Śmierci. Tak. Śmierć zawsze słuchał przemówień swoich klientów. Był to element jego badań jak i pracy. Jak dotąd najważniejszy wniosek jaki udało mu się dzięki nim sformułować to to, że wszyscy szlachetni rycerze korzystają z tych samych słowników. I każdy sądzi, że jest on kobietą. I żaden się go nie lęka. W sumie to żadna dusza się go nie obawia. Bo niby jak? Podczas spotkania ze Śmiercią wszystkie gruczoły i elementy anatomii odpowiedzialne za strach zwykle stygną pod nogami byłego właściciela. To nie zmienia jednak faktu, że zawsze zapewniają o swojej odwadze. Zawsze.
-... i gotów jestem pozostawić me radości i smutki życia doczesnego, porzucić ziemski padół ruszając do boju z zastępami złego. Duch mój zatańczy na kurhanach wrogów...
Znowu kurhany. Mało kto otrzymywał po śmierci kurhan. Kto jak kto, ale Śmierć był w tym temacie znawcą, istnym koneserem. Zawsze jednak obłędni rycerze chcieli tańczyć na kurhanach swoich wrogów. Dziwna moda.
-... sąd bogów niechże wyciągnie na światło dzienne me przewiny, niech sprawiedliwie rozsądzi i przyzna mi miejsce należne w zaświaty. - Roland zakończył monolog. Ponownie zmarszczył czoło chcąc utwierdzić się w tym, że wszystko wyrecytował poprawnie.
- NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI. JESTEM TYLKO JA. - odparł Śmierć.
Nim sens tych słów zdążył dotrzeć do Rolanda, poprzez widmowe sieci neuronów z uszu do mózgu z niewidomych przyczyn zahaczając o żołądek, Śmierć wsiadł na Pimpusia i ruszył, kameralnie odjeżdżając w kierunku wschodzącego słońca i pozostawiając zaskoczonego Rolanda samemu sobie. W sytuacjach ekstremalnych ludzie potrafią dokonać istotnie wielkich czynów, które potem zaskakują ich samych. Główny problem polega na tym, by podczas działania dopuścić do głosu zdrowy rozsądek w odpowiednim czasie. Historia zna przypadki gdy bohater, pokonując hordy przeciwników, mając przed oczami przyszłą chwałę, sławę, darmowe kolejki w karczmach i wypłatę, nagle zostanie uderzony obuchem świadomości w chwili samotnego szturmu na warownię, podczas gdy jego wojska budują dopiero taran. Świadomość to okrutne monstrum, które zwykle atakuje w najmniej odpowiednim momencie. Roland znalazł się w sytuacji niezwykle ekstremalnej. Był martwy. Świadomość zadziałała niezwykle sprawnie. Być może brak ograniczeń jakie zwykle narzuca ciało, w tak znacznym stopniu przyspieszył jej działanie. Potężny kopniak w miejsce równie szlachetne jak plecy zaowocował reakcją natychmiastową. Szybkim susem Roland rzucił się w pogoń za Śmiercią.
- Stój!!!! Zaczekaj!!! - wymachując rękami darł się jak opętany. Wbrew wszelkim oczekiwaniom Śmierć zatrzymał się. Poeta rzekłby teraz zapewne coś mądrego, niezwykle trafnego, metaforycznego, a więc dogłębnie pozbawionego sensu, odnośnie jego stanu emocjonalnego. Niestety poety nie ma w pobliżu, tak więc niezmienne, ale jakże trafne słowo irytacja musi w zupełności wystarczyć.
- TAK?
- I tyle? Umarłem? A trąby, anioły i cała reszta?! - wykrzyknął Roland.
-NIESTETY JAK WIDAĆ MUSZĘ WYSTARCZYĆ CI TYLKO JA.
-Ale to wszystko nie tak. Co mam robić dalej? Jesteś Śmiercią, powinieneś wszystko wyjaśnić. - kontynuował urażonym tonem.
-KTOŚ SIĘ TOBĄ ZAJMIE. CHYBA ŻE JESTEŚ ATEISTĄ. BOGOWIE NIE LUBIĄ ATEISTÓW.- i była to najszczersza prawda. Każdy szanujący się bóg jest w stanie znieść wyznawców innej wiary. Jest to niezwykle ciekawe. Te wszystkie wojny religijne, krwawe ofiary. Jednak ateiści, poza utratą możliwości korzystania z rozrywek religijnych, wczesnego wstawania i darów pieniężnych lub rezygnacja z sobotnich wieczorów w przypadku wyselekcjonowanych dziewcząt (przeznaczonych do późniejszych celów obrzędowych), muszą się liczyć z tym, że bogowie nie dadzą im spokoju. Zwykły gorliwy wyznawca, który wiecznie błaga, prosi i składa liczne hekatomby jest jak brzęcząca pod sufitem mucha. Ateista w swej obojętności to istna orkiestra dęta przed boskim domem. Mało kto ma na tyle silną psychikę by oprzeć się napastowaniu bóstwa. I nie chodzi o zwykłe znaki na niebie i ziemi, cuda, rozstępującą się pomidorową, plagi i zarazy. To wszystko może być przypadkiem. Zwykłym, nic nie znaczącym zbiegiem okoliczności. Jednak wybijanie okien i przewracanie koszy na śmieci przed wschodem słońca potrafi zmienić najbardziej zawziętego ateistę.
-TERAZ WYBACZ. ZDAJE SIĘ, ŻE JESTEM TROCHĘ ZAJĘTY. - to powiedziawszy Śmierć, ruszył cwałem w nieznane. Dopiero po chwili Roland zdał sobie sprawę z niezwykłego wysiłku intelektualnego, jakiemu został przed chwilą poddany i z jeszcze większym zdumieniem odkrył, że myślenie nie zabiło go. Los oszczędził mu konieczności rozmyślania nad dalszym postępowaniem. Ziemia rozstąpiła się wśród kłębów dymu, a z jej wnętrza krztusząc się i pokasłując wytoczył się diabeł. Właściwie koźlonoga, na wpół humanoidalna antropomorficzna personifikacja naszych wyobrażeń o diable. Pierwsze co rzucało się w oczy to mocno wyłysiała szczecina, zlepiona w dżunglę brudnych kołtunów, lekko nadłamane rogi i dość obficie dymiący ogon. Zataczając się pozbawionym wdzięku i rytmu krokiem, który podrzędnego choreografa doprowadziłby do ataku apopleksji, ciężko dysząc zatoczył się na pobliski głaz. Odkaszlnął, chrząknął, charknął, wydał z siebie jeszcze kilka nieartykułowanych dźwięków i spojrzał na Rolanda.
- Zieńdobry – rzucił jednym tchem, sapiąc jak lokomotywa z astmą, głosem, który przywodził na myśl procenty. - Lucjan jestem do usług. - Roland udowodnił, że żuchwa, mimo zaledwie dwóch stawów, potrafi dokonać wiele.
- No, ale my tu gady gadu, a czas leci. Zbieraj się pan. Idziemy. - to mówiąc ruszył w kierunku bulgoczącego otworu. Po kilku krokach zatrzymał się i obejrzał przez ramię na stojącego nadal Rolanda.
-No nie no następny! - zezłościł się diabeł. - Transportówka za to odpowie.
- Aaaaaglheeeee – powiedział Roland.
-Panie daj pan spokój z tymi cyrkami, no już idziemy. - Roland jak widać był innego zdania. Pogrążony w totalnej apatii usiadł na ziemi, nie zważając na to, że lekko zapadł się w nią i zaczął spoglądać pozbawionym wyrazu wzrokiem, mrucząc coś do siebie.
-Dobra. Łopatologicznie zaczniemy. Umarłeś? Nie żyjesz. Sztywny. Kaput. Śmierć był. Sprawę załatwił jak zawsze jak należy i pozostawił denata, czyli ciebie, do dyspozycji kolejnych wydziałów. Raj widać o tobie zapomniał, sprawa uległa przedawnieniu, my sprzątamy odpadki, tak więc idziesz ze mną. Załapałeś? - bardziej stwierdził niż zapytał.
Roland widocznie postanowił poddać się losowi, kiwnął głową wstając.
- Ale to niemożliwe! - wybuchł.- Jakaś pomyłka, albo coś. Przecież żyłem wedle nakazów bogów, spełniałem ich wolę, nie takie koxy i ...
- No już spokojnie, nie maż się. - koźlonóg poklepał go pocieszająco po łydce. - Bogowie tak naprawdę nie myślą o wiernych. Dla nich liczą się tylko ateiści. Chodź wyjaśnimy to obiecuję. - to mówiąc poprowadził Rolanda do mrocznych czeluści. Weszli do środka, a podwoje ziemskie zatrzasnęły się za nimi. Wewnątrz dziura wyglądała jak zwykła budka, dość niegustownie urządzona. Krzywe lustro starało się unikać światła, bojąc się, że jakiekolwiek odbicie, może być dla niego zabójcze. W kącie znajdowała się natomiast substancja kleista o bliżej nieokreślonym składzie. Ziemia lekko drgnęła. Żołądek błyskawicznie powędrował do gardła, by po chwili spokojnie opaść na swoje miejsce.
- Panie wybacz me maniery, jednak aktualna sytuacja była dla mnie trochę zaskakująca. - Roland widocznie zaczął oswajać się ze swoim nowym położeniem.
- Się wie. W końcu wykitowałeś nie? Ale bez panów, Lucjan jestem. Jak już się zadomowisz tam, na dole, to wiesz. Lucjan wszystko załatwi. Wal jak w dym. Nie żebym się chwalił, ale raz nawet przewrót mały zrobiłem, znaczy się ten, no rewolucję.
- Rewolucję? - zdziwił się Roland.
- Właściwie to chodziło o nowy lokal dla jednego takiego. Belzebub mu chyba było. W sumie paru potępionych, oficjalne wymówienie z raju i udało się. Dali nam otchłań. Na własność. Rozkręciliśmy mały biznes, zaczęło się od sadownictwa, parę jabłek i przejęliśmy klientów. Teraz tam na górze w brodę sobie plują. Hehhehe – zarechotał.
Pim! Wrażenie przemieszczania się w dół ustało powodując tym razem gwałtowne przesunięcie żołądka w okolice nóg.
-Blah! Wybacz administracja nawala, dopiero kilka tysiącleci działamy. Ale rynek się rozwija. - to powiedziawszy nabrał tchu i ryknął – Ósmy krąg bałwanie!
Widać poskutkowało. Żołądek ponownie powędrował w okolice jabłka Adama, postanawiając widocznie tam pozostać, na wszelki wypadek. Kilka Pim później ziemia ponownie rozstąpiła się odsłaniając korytarz.
- Witamy w Infero. Nowa dzielnica, dopiero ruszamy. Ale oferujemy pełny pakiet. Przekażę cię dalej i lecę. - powiedział.
- Ale eee – zawahał się chwilę – Lucjan. Ja tu nie pasują, to piekło no nie? Miałem iść do raju i w ogóle.
- Daj se spokój z rajem. Miejscówka daleko, zimno, nudno, sztywno. Nie to co u nas.
- Ale ja byłem dobry i wierzący...
- A co to ma do tego? Idziemy. Spieszę się.
Ruszyli przed siebie. Przed nimi pojawiła się złowieszcza brama, pokryta licznymi znakami o znaczeniu okultystycznym, oraz złowrogim napisem „Krąg ósmy: Infero, drżyjcie śmiertelni haha.”
- Złowieszcze. - powiedział w zamyśleniu Roland.
- To nowy pomysł zarządu, reklama czy jakoś tak. Potworna. Wasz wynalazek. A mówią, że to my jesteśmy okropni. Zostawiam cię tu, zapukaj do Behemota, oprowadzi cię, powie co i jak. Na razie.
To powiedziawszy szybko oddalił się z kierunku z którego przyszli. Pozostawiony sam sobie, nie chcąc dopuścić do siebie tortury myślowej, która zmusiła go przed chwilą do równoczesnego poruszania się i mówienia, Roland postanowił postępować wedle instrukcji Lucjana. Jak przystało na bożego wojownika, mimo nadwątlonej wiary, wypiął dumnie pierś i podszedł do piekielnych bram. Uniósł widmową, opancerzoną pięść i potężnie załomotał we wrota. Cisza niezwykła odpowiadać. Tym razem jednak zrobiła wyjątek i odpowiedziała z całą mocą. W końcu jednak wśród nieskończonego braku dźwięku, Roland wychwycił delikatne kroki licznych łap, jak gdyby za drzwiami znajdował się mały, irytujący piesek. Przeraźliwy zgrzyt odsuwanej zasuwy, zakończony wysokim piskiem zawiasów i zza wrót wyłoniło się monstrum. Obrzydliwie niesymetryczna, anatomiczna pomyłka. W przypadku dwumetrowej istoty o pięciu wypustkach, które nawet przy najlepszych chęciach i zamiarach trudno uznać za głowy, licznych nosach, spełniających funkcję palcy i palcach zastępujących usta, przy tym wszystkim, można spodziewać się każdego rodzaju artykułowanej mowy, poza tym co totalnie zmiażdżyło Rolandowe wyobrażenie o bestii.
- Tak? - niezwykle dźwięczny sopran rozległ się w okolicach kolan Rolanda, który odruchowo skierował tam wzrok, spodziewając się czegoś na kształt twarzy. Kisiel było jedynym określeniem jakie zaoferował niezwykle skromny słownik rycerza.
- Patrz mnie na usta jak mówię. - zawibrował cienki alt gdzieś w środkowej części anatomii. Tuż za dźwiękiem powędrował wzrok Rolanda.
- Nie tu, tuż nad stopą – tym razem był to tenor. Tego było już za wiele dla zszarganych nerwów szlachetnego woja.
- Może po prostu spojrzę w oczy! - powiedział niecierpliwie głosem, który przywodził na myśl osobę na granicy załamania.
- No tak. To by było właściwe, jednak dość trudne. Musiałbym się odwrócić i nieco pochylić...
Wyraz paniki przemknął po twarzy Rolanda.
- Może po prostu powiesz mi gdzie jest Behemot?
- Trzeba było tak od razu. – mruknął głębokim basem. - To ja. Nowy? Chodź zapoznam cię z programem. - to mówiąc, wykonał niezwykle skomplikowaną symfonię ruchów stawów, kolan i łokci, odwracając się i rozpoczynając proces przemieszczania się w przód. Roland podświadomie unikał spoglądania w kierunku anatomicznego fałdu jaki prezentował się w górnej części drugiej strony Behemota. Jak podejrzewał tam właśnie były oczy. Bezwiednie ruszył za nim. Bycie martwym wcale nie było tak proste jak podejrzewał. Umarł zaledwie kilka godzin temu, a już został poddany wysiłkowi intelektualnemu, który niechybnie zabiłby go ponownie, gdyby nie fakt, że już nie żył. Życie było dużo prostsze. Polował, walczył, stanowczo opierał się edukacyjnym zapędom Romana, a wieczory spędzał w karczmach żłopiąc piwo. Uważny czytelnik powinien zwrócić uwagę na subtelną różnicę między żłopaniem, a piciem. Żłopiąc więcej się rozlewa. Jego nienawykłe do tak silnych naprężeń myślowych sieci neuronowe, ponownie zostały poddane katuszom. Samodzielnie zwrócił uwagę na fakt, że w piekle panuje niezwykła cisza. To co zwykle powinno być spotykane w Hadesie to ognie piekielne i jęk potępionych. Choć w chwili obecnej nie był pewny. Tak to jest gdy trafia się do piekła po raz pierwszy. Cisz panująca tutaj nie była bezdźwiękiem. Cisza nie jest również definicyjnym brakiem dźwięku. To co zwykle określamy mianem ciszy jest tak naprawdę subtelnie skonstruowaną mieszaniną dźwięków na granicy słyszalności. Behemot w kolejnej akrobacji licznych członków i wypustek nabrał tchu i przemówił. Tym razem był to głos, którego nie powstydziłaby się diwa operowa.
-Po prawej wydział morderstw, na lewo kradzieże, tuż obok zdrady i rozwiązłość, a kawałek dalej sektor poborców podatkowych.
- A ja gdzie idę?
- Ty do sektora dla bohaterów. Zaprowadzę cię tam. To po drodze do działu biurokracji, gdzie rozważą twój problem, sam Azazel zajmie się twoim przypadkiem.
Prosto, prawo, lewo, przeciwnie i odwrotnie, wspak, sunąc i pełznąc obok niezliczonych wydziałów i sektorów, z których dochodziła kakofonia cichych westchnień przywodzących na myśl bardziej nudę niż niewyobrażalne męki uświadamiały powoli Rolanda, że piekło nie jest tym za co je brał. W końcu dotarli do sektora bohaterów. To co było zaskakujące, to również panująca tutaj cisza. Każdy barbarzyńca, paladyn, czy też podrzędny rycerzyk znajdujący się w dużym zgrupowaniu podobnych sobie drze się w niebogłosy, wali kuflami, co chwilę łapiąc za oręż by po chwili ponownie dołączyć się do chóru głosów. Długotrwałe badania prowadzone nad źródłem tych zachowań udowodniły, iż jest to pewna forma zastępcza uzupełniająca niewątpliwe braki bohaterów. Rzadko który z nich posiada na tyle wydajny umysł by równocześnie poruszać się i mówić. Dlatego też, w chwili takiej jak ta, gdy znajdują się w piekle, fala uderzeniowa dźwięku powinna zmiatać kapelusze z głów. Tymczasem cisza huczała dookoła, potężnie i groźnie. Bohaterowie siedzieli w małych grupkach, z wyrazem bezbrzeżnej męki wypisanej na obliczach, w niemej rozpaczy błagali o pomoc. Przy każdej takiej grupce zasiadał, równie zgnębiony demon. Przechodząc obok Rolad przystanął by przysłuchać się temu co mówi.
- ... Paragraf 9228 z roku 1345 Zasad Bezpieczeństwa i Higieny Działania, poprawka B podpunkt 5a, odnośnie pana Prometeusza. W czasie pracy obowiązuje bezwzględny...
Wykład przerwało skomlenie połączone z łkaniem pochodzącym od wspomnianego Prometeusza.
- Nie błagam, już nie mogę proszę. - zalewając się łzami z cicha jęczał legendarny heros.
- To potworne! Przecież to nieludzkie. -wyszeptał przerażony Roland.
- Nowe zarządzenia. Szef podjął stanowcze kroki, zreformował funkcjonowanie piekła. Dopadła nas... biurokracja. - ostatnie słowo zostało wyszeptane teatralnie, przez obszar przyczepu jednej z nóg Behemota.
- Ehh. Kiedyś wystarczyły widły i kocioł, żeby spełnić oczekiwania. No już Prometeusz nie płacz. Tyle lat razem. Kolacje z wątróbki, a teraz? Nawet orła wycofali, że niby norm nie spełnia. - do rozmowy włączył się demon. - No już nie płacz. Pominę kilka podpunktów. - powiedział czule kładąc mu szpon na ramieniu.
Prometeusz widocznie zrezygnowany, kiwnął głową, jak małe, zagubione dziecko, próbując opanować spazmatyczne drżenie ramion.
-Chodź. - powiedział Behemot. - Trzeba to załatwić, jeszcze tylko nagany nam brakowało.
Nim jednak zdążyli wyruszyć przed siebie, ogólną ciszę rozdarł przeraźliwy wrzask, a tuż za nim, niczym grzmot za błyskawicą, do sektora wbiegła jakaś istota. Przed Rolandem stanęło coś straszliwego. Poczuł, że chwyta go za ramiona i ciągnie za sobą. Roland niejednokrotnie stawał do walki z największymi bestiami świata. Słyszał również liczne opowieści o barbarzyńskich ludach wschodnich, o wspaniałych dziewicach w kolczugach i pancernych stanikach, dodających otuchy wojom na polach chwały i przenosząc ich na swoich ognistych rydwanach do zaświatów śpiewając przy tym mezzo-sopranem. Istotę, która go pochwyciła zdolna byłaby przenieść cały batalion. Każda głoska jaką wydała z siebie był jak cios młotem. Potężne masy dźwięku wydobywających się z płuc niczym miechy kowalskie układały się w słowa, których sens przeraził Rolanda jeszcze bardziej niż sama kobieta.
- Roland! Gdzie się włóczyłeś łachmyto! To ja na ciebie czekam tyle lat, a ty się po świecie rozbijasz. - zaśpiewała dźwięcznie.
-Penelope...- tylko tyle zdążył wykrztusić, zanim ramiona zdusiły w nim dalsze oznaki życia. Mówią, że każdy błędny rycerz posiada swoją damę. Roland nie odbiegał od ogólnego schematu rycerza. Przecież musiał mieć powód, dla którego przebywał z dala od domu. Penelope, była odpowiednio wielkim powodem. Jeden z demonów o charakterystycznym wyglądzie przywodzącym na myśl stróża prawa podszedł do nich.
- Hola droga pani. Nie ten sektor, proszę bez stawiania oporu opuścić ten obszar i pozostawić w spokoju naszych rezydentów.
Roland gwałtownie wylądował na ziemi. Stopa Penelope powędrowała natomiast błyskawicznie w kierunku krocza strażnika. W oczach zgromadzonych pojawiły się łzy współczucia. Odpowiednio silny argument jest w stanie udowodnić wszystko. Gdyby teraz Penelope zapytała strażnika czy koty ćwierkają, zapewne nie miałby nic przeciwko.
-Myślę, że rozwiewa to wszelkie wątpliwości. - mruknął Behemot. - Chodźmy już.
Biuro Azazela było gustownie urządzonym gabinetem, obitym boazerią, bez zbędnych przepychów. Sam właściciel przywodził na myśl osobę opanowaną, niezwykle kulturalną. Przedstawiany zwykle jako potworny demon, całkowicie pozbawiony oryginalności, odbiegał całkowicie od ludzkich wyobrażeń. Powłoka zewnętrza ogarniające płonące wewnątrz inferno, była ludzka. Przyjmował postać drobnego, wyprostowanego mężczyzny w sile wieku. Całość obrazu dopełniały schludne, krótkie różki i nonszalancko przerzucony przez ramię ogon. Gdyby nie te dwa nieznaczne szczegóły, mógłby uchodzić za człowieka sfer wyższych. Jednak wbrew pozorom, to on zarządzał całą instytucją znaną pod nazwą Piekło. Po wysłuchaniu historii Rolanda, z dodatkiem licznych przekleństw i gróźb karalnych kierowanych bezpośrednio przez Penelopę, postanowił ulec niezwykłej wymowności i sile niekoniecznie charakteru, tej uroczej kobiety.
- Myślę, że sprawa jest prosta. Roland i Penelopa zostaną przeniesieni razem do nowego sektora, utworzonego z myślą specjalnie o tego typu przypadkach. Jeśli oczywiście Roland się zgadza.
-Zgadza się. - odpowiedział za niego Penelopa. Określenie, zgaszony, przybity, depresja i samobójca nie są raczej wystarczające by opisać aktualny stan umysłu Rolanda. Jednak pod wpływem takich argumentów trudno się nie zgodzić.
-To może... może chociaż... -wyjąkał nieśmiało – jakiś demon, paragrafy... przecież to jest piekło, płacz i zgrzytanie zawiasami..., ja błagam nie, nie okazujcie nam litości, zasłużyłem, by cierpieć samotnie. Już wiem! Wiem! Pustelnia! Z dala od ukooo – zawahał się tylko chwilę- chanej. Okrucieństwo godne samego Szatana. - zapewnił niezwykle entuzjastycznie kiwając głową.
-Ależ panie Roland. Bądźmy ludźmi. Żadnych paragrafów. - stanowczo stwierdził Azazel, umieszczając na twarzy pozbawiony wszelkich uczuć uśmiech.
Śmierć i Azazel siedzieli naprzeciwko lustra z zainteresowaniem śledzą prezentowane przez nie wydarzenia. Popijając chłodzone drinki przyglądali się poczynaniom dwójki bohaterów – mężnego Rolanda i Penelope. W tej chwili Roland usiłował w sposób stanowczy, starając się nie podnosić głosu powyżej skali słyszalności, przekonać Penelopę, do planów krótkiego, samotnego wyjazdu. Ona oczywiście nie zważając na jego usilne starania, tuliła go w uścisku zdolnym powalić niedźwiedzia.
-Czym byłby człowiek bez miłości? - zapytał poważnie Azazel.
-GINĄCYM GATUNKIEM. |
|
|
|
 |
Agata_G
Moderator

Wiek: 26 Dołączyła: 20 Paź 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 1 Luty 2009, 21:45
|
|
|
Po pierwsze primo - za dużo ściągnięte z Pratchetta. Nie powiedziałabym, że opowiadanie jest tylko "inspirowane" jego książkami, niektóre motywy powtarzają się niemal słowo w słowo [na przykład wytłumaczenie kwestii ognistych koni, żłopania, kar piekielnych - i samej koncepcji piekła, i jeszcze parę]. To dobre posunięcie przy pisaniu szkolnej pracy, jeżeli się wie, że nauczycielka raczej nie czytuje Pratchetta; natomiast w fanfiku umieszczanym na forum, gdzie wszyscy go znają... hmm... Kontrowersyjne.
Po drugie primo - KONIECZNIE przy dialogach wstawiaj spację po myślniku a przed pierwszą literką. Naprawdę wygodniej się to czyta.
Po trzecie primo - musisz wstawić o wiele więcej przerw w tekście. Wiadomo, że w książce akapity potrafią się ciągnąć, ale znowu - na forum o wiele lepiej się czyta krótkie fragmenty tekstu.
Po czwarte primo - miło widzieć kogoś, kto nie robi błędów ortograficznych. Wzruszyłam się. [ale przecinki mógłbyś poprawić! ]
A po piąte primo:
| Gothel napisał/a: | | Płaszcz Śmierci nie był brakiem barwy, był najgłębszą wyobrażalną czernią, tylko trochę bardziej. |
Tu, muszę przyznać, umarłam ze śmiechu.
Ogólnie nieźle jak na pierwszy raz. Chociaż mnie te kawałki ściągnięte z Pratchetta jednak zniechęciły. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Gothel
Dołączył: 29 Gru 2008
|
Wysłany: 1 Luty 2009, 22:43
|
|
|
Spodziewałem się tego, kajam się niezmiernie i wkrótce wstawię coś w podobnej stylistyce, z tą różnicą, że niekoniecznie w uniwersum DW, czerpiące bardziej stylistycznie (BYNAJMNIEJ nie przez porównania itp.) z Pterego. Co do interpunkcji, tu kajam się i biję w piersi, odkąd opuściłem progi gimnazjum coś dziwnego podziało się w łepetynie i nie orientuję się w przecinkach! Ale do następnego FF'a postaram się popracować
Co do koncepcji piekła pisałem zanim przeczytałem "Eryka" i niepomiernie się zdziwiłem spotykając się z takim podobieństwem. Możliwe, że wcześniej obiło mi się o uszy coś i to wykorzystałem nie do końca świadom.
Co do zwrotu "tylko trochę bardziej" Ptery to gdzieś stosował czy to moje własne? Czasem wpadam na różne ciekawe pomysły porównań i z czasem kolejnych książek gubię się, które są moje, a które Pterego. |
|
|
|
 |
Agata_G
Moderator

Wiek: 26 Dołączyła: 20 Paź 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 2 Luty 2009, 10:04
|
|
|
"Był najgłębszą czernią, tylko trochę bardziej" to raczej twoje. Jakby to... to nie brzmi za dobrze, jeżeli wiesz, co mam na myśli. Trochę za mało gramatycznie. |
_________________
 |
|
|
|
 |
Gothel
Dołączył: 29 Gru 2008
|
Wysłany: 2 Luty 2009, 10:15
|
|
|
| Zabieg był celowy. O to chodziło. |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group |