 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
|
[FF] Popojutrze - ff katastroficzny |
| Autor |
Wiadomość |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 00:01 [FF] Popojutrze - ff katastroficzny
|
|
|
Proszę o łagodny wymiar kary.
Ten ff gdzieś zagubiony wśród wielu plików moich rozległych dokumentów jednak się zachował w jakimś zapomnianym bezpiecznym folderze.
Jest z okresu Wiewiórów, więc nie spodziewajcie się niczego nowego. Stare, ale jeżeli ktoś się nudzi może poczytać. Nie wiem, czy kontynuować, miałam plan, ale on jakoś wyblakł wśród nowych pomysłów.
I tak jak napisałam pod tematem. "Fanki Vetinariego mnie zjedzą"... żywcem... ze szpinaczkiem.
Popojutrze - opowiadanie katastroficzne
Dzień zbira.
Patrycjusz Ankh Morpork zawsze wstawał wcześnie.
Czy w ogóle się kładł?
Tą zagadkę można umieścić wśród innych niewyjaśnionych, takich jak kosmici, yeti i Nessie.
Lord Vetinari siedział już w swoim fotelu i przeglądał papiery.
Rozpoczął się kolejny dzień.
Rozległo się pukanie do drzwi, cichutkie. Vetinari nawet nie podniósł głowy, gdy do gabinetu wszedł Vimes.
- Witam, komendancie.
- Tak, sir. - skąd on wie, że to ja, myślał Vimes... wyczuwa ludzi na milę... węchem? Ughh, potwór...
- I jak idzie praca na nowych komisariatach?
- Dobrze, sir. Szczególnie na Flaku, bardzo dobrze się tam spisują...
Vimes zaczął omawiać sprawy pracy policjantów.
Kiedy wyszedł, Patrycjusz nie zmienił pozycji.
W południe przerwał swą papierową pracę i podniósł głowę. Zastanawiał się głęboko, po jakimś czasie wstał, podszedł do ściany i nacisnął plamkę na ścianie.
Schodził po schodach przez jakiś czas, aż dotarł do drzwi.
Otworzył je i wszedł do wielkiej pracowni.
Zza jakiejś niezwykłej konstrukcji rozległ się okrzyk zachwytu, jakby jego właściciel miał za chwilę krzyknąć: "Podajcie mi ręcznik!".
- Witaj, Leonardzie. - odezwał się Patrycjusz.
- O, to ty, panie. - zza stosu papieru wyłonił się Leonardo da Quirm, genialny wynalazca. Tak genialny, że aż niebezpieczny, myślał Vetinari.
- Co tym razem skonstruowałeś? - powiedział na głos.
- To jest moja nowa maszyna, nazwałem ją: maszyna-która-kiedy-naciśnie-się-guzik-potem-następny-a-potem-następny-wtedy-skumuluje-wynik.
- Eee... bardzo zwięzła nazwa... - Leonardo nie spostrzegł jednak ironii.
Chyba był jednak zajęty, więc Vetinari powiedział szybko:
- Widzę, że świetnie sobie radzisz... oby tak dalej... - i błyskawicznie się ulotnił.
Wrócił do swego gabinetu i usiadł ciężko.
Coś było nie tak. Jego przeczucie podpowiadało mu to, a ono się nie myliło, tak jak sam Vetinari.
Następnego dnia wszystko wyglądało podobnie, ale wszystkie dni w życiu Patrycjusza wyglądają podobnie.
Punkt pierwszy - praca.
Punkt drugi - robota papierkowa.
Punkt trzeci - myślenie.
Punkt czwarty - rozmyślanie.
Punkt piąty – przemyślanie.
Punkt szósty – pogłaskanie Szczekacza.
Punkty od siódmego do pięćdziesiątego były łączeniem, w przeróżny sposób punktów od pierwszego do szóstego..., a potem już zwykły człowiek się gubił...
Ale nie patrycjusz... on nie miał prawa się gubić, nawet nie umiał się gubić.
Ktoś musiałby go tego bardzo długo i żmudnie uczyć.
Lord Vetinari dokładnie znał swe obowiązki.
Kolejny długi tydzień wyglądał podobnie.
Poza jednym wyjątkiem. Patrycjusz był niespokojny.
Nie dawał po sobie tego poznać oczywiście. Jeżeli chodzi o ukrywanie uczuć, Lord Vetinari nie miał sobie równych. Wszyscy najlepsi aktorzy z multiwersum powinni spakować manatki i przyjeżdżać na naukę do patrycjusza.
Martwił się, ponieważ miał Przeczucie, bardzo silne Przeczucie. W tygodniu dawało coraz mocniej o sobie znać. Coś się zdarzy, mówiło.
Ale na razie było spokojnie. Zbyt spokojnie... jak przed burzą.
Trzy dni później do gabinetu wbiegł zaspany służący. Nie nastał jeszcze świt. Lord Vetinari, oczywiście, siedział już w swym fotelu. Sługa nie był tym zaskoczony.
Był za to przerażony, ale z zupełnie innego powodu.
- Panie, jakaś wytworna dama siedzi w karocy przed pałacem. Życzy sobie widzieć ciebie, sir.
Patrycjusz spojrzał na niego badawczo i rzekł.
- Czy ma ona około siedemdziesięciu lat, dużo służby, wielką lektykę, olbrzymią suknię i największą liczbę decybeli w głosie, jaką zdarzyło ci się słyszeć?
- Eee... - sługa stał ogłupiały. - Tak, sir. Spodziewałeś się jej, panie?
- Nie. Wprowadź ją do jakiejś komnaty, nie zwracaj uwagi na jej niezadowolenie.
Sługa stał, Vetinari dodał:
- To u niej całkowicie normalne. To księżna wdowa z Quirmu.
Służący opuścił gabinet.
A więc to przez ciotkę ten zamęt w głowie, pomyślał Vetinari. Czy mogło być gorzej?
Komendant Vimes zbliżał się do pałacu. Miał dziś rutynową rozmowę z władcą.
Nie wyspał się i szedł powoli.
Gdy lektykarze spojrzeli na niego z nadzieją, on tylko postukał się w głowę i poszedł pieszo.
W tej chwili wszedł przez główną bramę. Stali tam gwardziści.
Na widok komendanta, obaj stanęli na baczność i zasalutowali.
- Witamy, sir Samuelu. - powiedzieli chórem.
Ich głosy wydały się Vimesowi podejrzanie nerwowe.
Zignorował to.
Przy wejściu do pałacu spotkało go to samo.
Co, u licha się tu...
Nie dokończył, ponieważ ogłuszyła go fala dźwiękowa, o niezwykle wielkiej mocy.
Po jakimś czasie doszedł do siebie i ostrożnie ruszył schodami. Panowała martwa i niezwykle podejrzana cisza. Vimes, niemal namacalnie czuł rozedrgane nerwy osób przebywających w budynku.
Bez dalszych przeszkód dotarł do gabinetu.
Wszedł.
Coś było nie tak. Zwykle Vetinari miał głowę pochyloną lekko nad biurkiem i notował coś w dokumentach.
Teraz Vimes zastał go z twarzą ukrytą w dłoniach.
Patrycjusz nie zauważył jego obecności.
- Ekhm... - chrząknął komendant.
Vetinari poderwał gwałtownie głowę i rozejrzał się nieprzytomnie.
- Ach, to ty, Vimes.
- Eee... Panie, co to były za dźwięki na dole?
Vetinari wyglądał na skrajnie wyczerpanego, Vimes prawie mu współczuł.
- To, Vimes, był ryk potwora...
To zauważyłem, odrzekł Vimes w myślach, ale co, u licha to było?
Nie powiedział głośno nic.
- Do miasta przybyła księżna wdowa z Quirmu, sir Samuelu...
Aha, jego słynna ciotka...
- Na jak długo...?
- Na czas dłuższy, jak mniemam...
Zapadła niezręczna cisza. Niezręczna dla Vimesa, dla Vetinariego kojąca.
Drzwi huknęły o framugę i ze ściany posypał się tynk.
W drzwiach stanęła ogromna potwora.
Vimes nie przestraszył się tak nawet, kiedy po raz pierwszy spotkał Sybil. Teraz był autentycznie przerażony, do tego stał odsłonięty na samym środku gabinetu. Poszukał wzrokiem ewentualnego ratunku albo chociaż ukrycia. Nogi wrosły mu w ziemię.
Vetinari odezwał się znudzonym tonem:
- Sir Samuelu, poznaj księżną wdowę z Quirmu, księżno, to jest...
- Havelocku, ile razy mówiłam, żebyś zwracał się do mnie "ciociu", nie potrafisz tego zapamiętać, maleńki? - wykrzyknęła bestia rodem z piekła, zaciskając przy tym usta, tak jak to robią mamy, gdy dziecko nie jest posłuszne.
Vimes wpatrywał się zafascynowany, jak Vetinari ciska wściekłe gromy z oczu. Normalną osobę powinno to już ogłuszyć. Księżna nie była, widocznie, normalną istotą...
Po chwili zauważyła, że w pokoju przebywa jeszcze jedna osoba. Spojrzała w dół, na Vimesa i huknęła:
- To jeden z twoich przyjaciół, Havelocku?
Vimesa owiało tornado jej głosu, przewody oddechowe same zatykały się przed trucizną koszmarnych i drogich perfum, a nogi ugięły się pod nim w instynktownej pozycji.
- To jest sir Samuel Vimes, komendant straży miejskiej... ciociu. - to słowo z wielkim trudem i ogromną męką wydostało się z gardła Patrycjusza.
- Miło mi, Haevy, że masz tak wielu znajomych! Zawsze byłeś niezwykle towarzyski, mój chłopcze.
Potwora odwróciła się i wyszła z pomieszczenia.
Podłoga jeszcze długo trzęsła się, gdy schodziła po schodach.
Vimes stał sparaliżowany i lekko pochylony, jakby bał się ciosu. Wyglądał, jak tchórzliwy posąg.
Vetinari czekał cierpliwie.
Po dłuższej chwili Vimes wyszeptał:
- Wielcy bogowie...
Patrycjusz przewrócił oczami.
- Nic nie pomogą tu bogowie, Vimes, ona nawet ich byłaby w stanie zapędzić do szkolnej ławki.
Vimes oprzytomniał stopniowo.
- Tak, panie. Eee... może ja już pójdę...? - dodał z nadzieją i spojrzał na Vetinariego błagalnie.
Vetinari nie był litościwy. Zmarszczył groźnie brwi i powiedział:
- Przede wszystkim obowiązki, sir Samuelu.
Po chwili dodał normalniejszym, trochę zmęczonym tonem.
- Muszę cię prosić o pomoc, Vimes. W papierkowej robocie.
- Eee... myślałem, że tym zajmuje się Drumknott, sir.
- Poszedł na zwolnienie chorobowe.
Vimes wyglądał na zdumionego.
- Akurat teraz?
- Hmm... zastanówmy się: pęknięty bębenek, złamana noga - spadł z całej kondygnacji schodów, gdy Ona zaszła go od tyłu, zdarte gardło - gdy próbował się odezwać, załamanie nerwowe - nie pytaj, stany przeddepresyjne, a to dopiero początek listy - Vetinari uśmiechnął się diabelsko i, co za tym idzie - złośliwie. - Teraz zostałeś mi tylko ty, sir Samuelu.
Vimes przełknął ślinę.
Vetinari ciągnął:
- Każę przenieść tu pańskie rzeczy, ale jeżeli pan chce, może pan iść i sam powiadomić straż o swojej dłuższej nieobecności. - to była najwyraźniej łaska z jego strony.
Vimes wybiegł z pałacu na złamanie karku.
Vetinari dalej siedział załamany w Podłużnym Gabinecie.
Co jakiś czas do jego uszu dochodziły ryki bestii i jęki personelu.
Ona wyśle mi całą służbę na chorobowe!
Sam z nią zostanę... a wtedy boję się myśleć, co dalej....
Ciekawe jak długo Vimes to wytrzyma...?
Vimes już nie wytrzymywał.
Zastał wszystkich w Pseudopolis Yard, gdzie zbierali się do wyjścia na niegościnne ulicę miasta (to mało powiedziane).
Gdy otworzył drzwi wszyscy zdumieni wlepili w niego wzrok.
Vimes wydał z siebie jęk zarzynanego zwierzęcia.
- On kazał mi tam zostać!!!!
- ? - odpowiedzieli obecni.
Angua bez słowa podała komendantowi kawę, a Marchewa usadził na krześle.
- Sir...?
- Do Vetinariego przyjechała...
- Księżna wdowa z Quirmu, wiemy komendancie.
- Wiesz... - odrzekł Vimes wpatrując się badawczo w twarz Marchewy - że wcale się nie dziwię?
- Współczuję panu bardzo, komendancie - odezwał się Nobby z drugiego końca stołu. Po chwili wyjaśnił - Byłem w pałacu dziś rano, straż przy wejściu.
- A co z gwardią?
- Chorobowe, sir. No więc wszedłem tam i zaraz wyszedłem... właściwie wyleciałem.
Nastała przyjemna i kojąca cisza, ale dźwięcząca od myśli wszystkich obecnych.
Vimes rozejrzał się po pokoju.
- Gdzie Fred?
Nobby odpowiedział z przestrachem.
- Był ze mną...
- ? - nie zrozumiał Vimes.
- ... Wchodził pierwszy...
- Ups... - Vimes skrzywił się.
Po chwili zawył na cały głos.
- A Vetinari kazał mi tam zamieszkaaaaaać!!!!!
Strażnicy wyglądali na przerażonych, w oczach Wizytuja Vimes wyczytał treść: "Jak duży wieniec zamówić na pogrzeb?".
Komendant wyprostował się dumnie.
- Przetrwam...
W oczach strażników zobaczył iskierki podziwu.
Funkcjonariusz Rzygacz wspinał się powoli na pałac.
Padał deszcz i było ciemno, choć był wczesny ranek. Uroki jesieni.
Jakieś dziecko, nie mające nic do roboty, przyglądało się, z umiarkowanym zaciekawieniem, jak Rzygacz powoli wspina się na budynek.
Funkcjonariusz zatrzymał się przy dużym oknie i odwrócił się do niego plecami.
Nagły ryk, gorszy niż największy koszmar wstrząsnął budynkiem.
Jego źródło znajdowało się w pokoju, obok którego przebywał Rzygacz.
Okno otworzyło się z impetem, zapewne od fali wtórnej. Rzygacz został ogłuszony i zleciał z piątego piętra.
Podniósł się ciężko z błotnistego trawnika i ruszył w stronę komendy. Myślał przy tym "Pogrzeb babci, to mam jeszcze do wykorzystania...".
Lord Vetinari chodził po pałacu. Nie zdarzało mu się to często, ale kiedy służba zawodzi, trzeba zrobić to samemu.
Patrycjusz szukał aktualnie swego psa. Nie widział go od przyjazdu Potwory i bał się, że coś mu się stało.
Mam nadzieję, myślał Vetinari, że nie dobrały się do niego te bestie Księżnej, z braku innych opcji nazywane kotami.
Były to bardziej zwierzęta puszczy i dżungli, niż "słodkie kiciunie", obecnie zastraszające cały zwierzyniec w pałacu i okolicach.
Patrycjusz cieszył się, że w pałacu nie przebywało wiele służby... mogliby rozsiać złośliwe plotki na temat...
W tym momencie do pałacu, ostrożnie i cicho wszedł Vimes.
W korytarzu obok zobaczył...
Musiał odwrócić się, by nie parsknąć głośno śmiechem.
Stał tam Vetinari, przygarbiony, patrzący na niego ze zdziwieniem, trzymając w ręku miskę (Móy kohhany Szczekacz) z ohydną papką i z różowiutkim, obgryzionym, puszystym pantoflem w drugiej.
Vimes żałował, że w pobliżu nie było ikonografu. Ale ten widok zostania przynajmniej w jego głowie, niezapomniany...
Służący zaprowadził go do pokoju. Wskazał ręką drzwi i powiedział cicho.
- Patrycjusz osobiście wybrał dla pana ten pokój.
Po czym oddalił się w bliżej nieokreślonym kierunku.
Vimes wszedł do swojej nowej kwatery... i sparaliżowany stanął w progu.
Pokój był w barwach nieprzeznaczonych dla oczu zwykłego humanoida.
Różowawy fiolet idealnie nie współgrał z ciemną, wojskową zielenią.
Wszędzie walały się pluszowe, zezowate i beznadziejnie tandetne smoczki. W karniszach okiennych widoczny był transparent z napisem: "Dla wielbiciela smoków" tuż obok zasłon z tańczącymi misiami.
Vimes ze skrajnym obrzydzeniem usiadł na kanapie zrzucając misia "kocham cię" i sprawdził, co spakowała mu do torby Lady Sybil.
Było tam kilka ubrań i mundur strażnika... na samym dnie zaś różowe kapcie z pomponikami.
- Co to jest?! - wykrzyknął komendant przerażony (za dużo wrażeń jak na jeden dzień).
W jednym papuciu tkwiła karteczka. Jej treść głosiła: "Wiem, że to twoje ulubione kapcie. Noś je i się nie przezięb w przypadkowym przeciągu - Sybil".
Vimes spojrzał w niebo z miną ostateczną.
- Nie, to nieprawda!! Zawsze są położone po mojej stronie! To nie moja wina, że jak rano jestem zaspany to je wkładam... za co mnie tak bogowie pokarali?
Demonstracyjnie machnął pięścią w niebo... aktualnie niewidocznego, z powodu stojącego złośliwie sufitu i kilku pięter.
Lord Vetinari obudził się. Było jeszcze ciemno. W pokoju nie było zegara ani budzika, ale Patrycjusz miał zegar w organizmie... nieomylny, staje dopiero z chwilą śmierci właściciela.
Vetinari zrobił to, co każda rozsądna istota po przebudzeniu. Nadal nie znalazł Szczekacza.
Do tego zjadł pizzę przed północą i to był błąd. W rozpaczy rozkołatanych nerwów wysłał sługę (przygłuchego weterana wojennego, silny charakter, ale trochę ospały) do pizzeri za rogiem.
Dziś za to spróbuję agatejszczyzny, podobno jest zdrowa. Odkąd kucharz z rodziną wyjechali na dwa pogrzeby babci (podobno wioska została zmasakrowana przez wściekłe borsuki), nie było co jeść. Spiżarnie opróżniali "goście".
Patrycjusz zszedł na niższe piętro, by rozprostować nogi.
Drzwi, które właśnie minął otworzyły się ostrożnie, z cichym piskiem. Vetinari się zatrzymał... i odwrócił powoli.
Na korytarz wyglądał Vimes w długiej nocnej koszuli. Choć był zaspany, to instynkt nie pozwalał reszcie ciała zapomnieć o niebezpieczeństwie czyhającym w pałacu.
Vetinari skierował wzrok niżej.
- Vimes, co ty masz na nogach?
Vimes podążył za jego wzrokiem. Ughh, pomyślał, zapomniałem ich schować... (ponieważ komendant codziennie rano miał już nie w zwyczaju, ale w odruchu wkładanie kapci z jego strony łóżka, ironia losu rzucała zawsze w te stronę różowe kapcie z pomponami).
- Eee... moje kapcie, sir?
- Aha.
Po czym się oddalił.
Vimes cicho zamknął drzwi i oparł się o nie z drugiej strony.
Potem wrócił na kanapę w celu dalszej kontynuacji przerwanego snu. Na tym terenie nie dało się spać spokojnie.
Spojrzał na podłogę, gdzie leżała torba. Obok niej stał, opierając się o torbę, żółty kotek. Uśmiechał się ukazując komplet całkowicie tępych zębów.
Patrząc na zwierzaczka z nienawiścią i skrajnym obrzydzeniem Vimes zdjął kapeć i dopiero wtedy walnął nim maskotkę. Potoczyła się pod stół.
Powolne słońce wlało swe zaspane promienie do koszmarnego pokoiku, który Vimes w myślach nazywał "Piekłem kiczu". Postanowił, że wymyśli mu jakąś nazwę, ale i tak żadna nazwa nie określi tego raju dla babć i ciotek bez gustu i stylu.
Z góry posypał się tynk... potem rozległ się wrzask. Księżna się obudziła.
- Dzień dobry, Potworo. Czas zacząć nowy ranek. - szepnął Vimes.
Vetinari dalej spacerował po pałacu.
Nagle zza zakrętu wypadł z zawrotną szybkością jakiś sługa.
Wpadł na Vetinariego, stanął osłupiały, aż w końcu zalał się łzami.
Patrycjusz nie wiedział, co zrobić. Nikt przy nim jeszcze nie płakał... no może jęczał o litość, ale to nie to samo. Nie jesteśmy w jamie ze skorpionami, no i facet nie jest mimem.
Vetinari oddalił się więc taktownie.
Vimes ubrał się szybko. Obudził się już kompletnie.
Kiedy w pośpiechu zagarniał swoje rzeczy usłyszał ciche piszczenie.
Schylił się i z pod kanapy wyjął małego, starego i cuchnącego pieska.
- Eee... Szczekacz? Tak chyba masz na imię.
Złapał psa za skórę na karku, w miarę delikatnie i jak najdalej wyciągnął przed siebie rękę.
- Czas wrócić do właściciela, maleńki.
Szczekacz szczeknął nerwowo i zamachał... ekhm... ogonem.
W takiej samej pozycji Vimes zjawił się w Sali Szczurów aktualnie służącej za jadalnie.
Potwora już tam siedziała i spożywała posiłek, bo owsianki raczej się nie masakruje... najczęściej.
Jadła ją w takim tempie i takim stylu, że komendant był gotowy zrezygnować nie tylko ze śniadania, ale z jedzenia do końca życia, a na pewno dotyczyło to owsianki.
Do sali wszedł Patrycjusz.
Dopiero wtedy Księżna zlokalizowała aktualną teraźniejszość.
- Witaj, mój chłopcze! Siadaj i jedź! Musisz być silny! Mali chłopcy muszą jeść dużo szpinaku!
Vetinari skrzywił się, najwyraźniej pod wpływem wspomnienia.
W tym czasie Księżna z zawrotną szybkością złapała garnek z czymś zielonym i glutowatym i nałożyła na najbliższy talerz 99,9% specyfiku.
Vetinari zauważył Vimesa... i pieska.
Rzucił się na niego jak mały chłopiec.
- Szczekacz, gdzie byłeś, skarbie?
Umilkł pod osłupiałym wzrokiem komendanta.
- Dziękuję, Vimes. - rzucił tylko.
Kiedy Vimes wyszedł z jadalni, popędził na górę kilka pięter, oparł się o ścianę i wtedy zaczął się śmiać.
Po pięciu minutach był trochę zmęczony, ale nadal nie mógł się uspokoić.
Vetinari karmiony szpinakiem!
Miał kolor twarzy jakby zobaczył poranną toaletę Nobby'ego.
Miejmy nadzieję, że nie zatruł się "szpinaczkiem".
|
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
| |
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 31 Maj 2006, 17:09
|
|
|
W pierwszej chwili chciałam przemówić w imieniu wszystkich fanek Lorda Vetinariego, ale później pomyślałam, że może się okazać, iż tylko ja jestem aż tak nienormalna. Przemówię więc za siebie.
Po pierwsze, wcale nie mam zamiaru Cię zjeść - wystarczy mi szpinaczek (mniam!).
Po drugie... to było cudowne!!! Pokój dla Vimesa jest wręcz przecudnej urody, a świetnie przedstawiona ciotka - despotka, wszechobecne różowe kapcie, miseczka Szczekacza i reakcje Patrycjusza zwaliły mnie z nóg i rozłożyły na łopatki. Całości dopełnia oczywiście szpinaczek oraz stwierdzenie: "Miło mi, Haevy, że masz tak wielu znajomych! Zawsze byłeś niezwykle towarzyski, mój chłopcze.".
Jednym słowem: cud, miód i orzeszki ziemne
Bardzo przepraszam, że nie napisałam niczego... eee... konstruktywnego, ale w tej chwili potrafię tylko trwać w zachwycie i wymieniać najlepsze perełki, co właśnie czynię. |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 31 Maj 2006, 18:02
|
|
|
Też prawda.
Ech, tak to jest, jak się komentuje prawie tydzień po przeczytaniu tekstu...
Skleroza jednak boli. |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
Jagienka
Wiek: 33 Dołączyła: 09 Lip 2007
|
Wysłany: 18 Lipiec 2007, 11:05
|
|
|
Pomysł niezły. ale pozbawiać nas złudzeń co do dwóch najbardziej męskich postaci ŚD to trochę dużo... i wydaje mi się, że przydało by się jeszcze kilka akapitów mówiących o tym, jak cała sytuacja z Potworą została rozwiązana. bez tego opowiadanko wydaje się niedokończone.
ale ogólnie gratuluję i życzę wytrwałości w pisaniu. |
|
|
|
 |
Sayoko
VIP

Wiek: 20 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 19 Lipiec 2007, 12:12
|
|
|
| Ekhem... ono, tak jakby, JEST niedokończone, Jagienko. |
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement |
|
|
|
 |
Jagienka
Wiek: 33 Dołączyła: 09 Lip 2007
|
Wysłany: 19 Lipiec 2007, 17:44
|
|
|
| no to kiedy ciąg dalszy??? bo już sporo wody upłynęło... |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 20 Lipiec 2007, 17:46
|
|
|
Czy ciąg dalszy będzie, tego nie wiem. Jak można zaobserwować rzadko tu przebywam i nie mam na razie absolutnie weny i pomysłu na ciąg dalszy. Pewnie jakbym przysiadła, coś by z tego było. Czekać nie radzę, spójrz Jagienko na datę - 2005. Było to już jakiś czas temu. Jednak nie wiadomo czy coś mi kiedyś nie odbije i dokończę. Nic nie obiecuję.
Dziękuję bardzo za komentarz. |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group |