 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
|
[#FF] Podróż Rincewinda do Cintry |
| Autor |
Wiadomość |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
Wysłany: 1 Luty 2005, 23:55 [#FF] Podróż Rincewinda do Cintry
|
|
|
Zacznijmy od drobnego komentarza: nie jest to nic specjalnego, w dodatku to mieszanka ŚD z Potterem i Wiedźminem.. Miłego czytania :]
"Podróż Rincewinda do Cintry"
Los rozejrzał się po twarzach zebranych.
-To jak- nikt nie chce grać?
Bóstwa pokręciły głowami. Nikt nie chciał grać z Losem, bo zawsze wygrywał.
-Na pewno nikt?
W tłumie zrobiło się drobne poruszenie. Ktoś zamierzał dostać się do planszy. Bogowie rozstąpili się.
Los spojrzał na osobę, która zmierzała w jego kierunku. Uśmiechnął się. "No, nareszcie godna przeciwniczka"-pomyślał.
-Ja zagram- powiedziała Pani.
-W co?- Los wiedział, że do Pani trzeba odnosić się z szacunkiem ale nie miał zamiaru jej nadskakiwać. Według niego wystarczyło to "W co?" powiedzieć uprzejmie.- Może Państwa i Władcy?
Pani pokręciła głową- grali w to przecież ostatnio i zakończyło się remisem.
-Może Wielcy Odkrywcy?- zaproponowała.
-Nie, nie lubię tego... A co powiesz, Pani, na Zakochanych?
Pani zastanowiła się. Lubiła tą grę, jednakże miała dziś zamiar pograć swoją ulubioną figurą, a w Zakochanych nie było na nią miejsca, człowiek którym grała był całkowicie pozbawiony romantyzmu.
-A może w Bohaterów?
-Świetny pomysł. Jakie będą mieli zadanie?
-Jedna z czarodziejek potrzebuje pomocy. Trzeba dostarczyć list.
-To ma byc zadanie dla bohaterów? Chociaż...-Los zastanowił się.- Zgoda . Kim będziesz grała, o, Pani?
-Wybierz pierwszy swoje postacie. Ja zdecyduję potem.
-Dobrze.-Tu Los wyciągnął z zakamarków swojej szaty kilka figurek.-Oto oni.
Pani przyjrzała się uważnie pionkom.
-Srebrna Orda?
Los pokiwał głową.
-Twoja kolej.- powiedział.
Pani postawiła na planszy (do złudzenia przypominającej Dysk) dwa misternie rzeźbione pionki. Jeden z całą pewnością miał zbyt wiele nóg.
Los przyglądał się uważnie obydwóm figurkom aż wreszcie powiedział:
-Ten orangutan to Bibliotekarz Niewidocznego Uniwersytetu, prawda?- Pani skinęła głową.- Ale to drugie? Przypomina kufer na nóżkach...
-To Bagaż Rincewinda - wytłumaczyła Pani.
-Rincewinda? Wybacz, Pani, ale znów będziesz grała tą samą postacią? To zaczyna się robić nudne.
Pani zgromiła go wzrokiem.
-Zaczynaj.
-Kobiety mają pierwszeństwo.
Pani sięgnęła po kości.
***
Cudo Tyłeczek spojrzała zaskoczona na postać, która stała przed nią. Cudo mieszkała w Ankh Morpork dopiero od niedawna i nie słyszała jeszcze o tutejszym Bibliotekarzu z Niewidocznego Uniwersytetu.
-Uuk?
-Słucham?!? - Cudo była coraz bardziej zdziwiona. Gdy wstępowała do straży nikt nie mówił jej, że będzie musiała porozumiewać się z orangutanami. Miała mieć swój alchemiczny światek i pomagać komendantowi Vimesowi. Niestety, odkąd stary Colon odszedł na emeryturę zajmowała się jego pracą.
-Uuk! - powiedział stanowczo Bibliotekarz i wskazał na drzwi.
Cudo wstała. Domyśliła się, że ma do nich podejść. Bibliotekarz ruszył chwiejnym krokiem za nią.
-Uuk.
Kapral Tyłeczek otworzyła drzwi. Ulice Ankh Morpork szczelnie wypełniała mgła... Jak na Ankh Morpork była to mgła normalna, jednak gdyby pojawiła się w innym mieście wzbudziłaby sporo zamieszania. Mgła ta była czymś w rodzaju rzeki Ankh unoszącej się w powietrzu w postaci drobniutkich kropelek. Cudo starała się przebić wzrokiem przez mgłę, która z wiadomych powodów pachniała błotem. Była tak gęsta, że można by ją kroić nożem... Nie tylko w przenośni.
W pewnym momencie Cudo zuważyła pewien zarys... zarys bagażu... Po chwili ów bagaż wyłonił się z mgły, minął panią kapral i wszedł do pomieszczenia. Tak, wszedł- poruszał się na kilkudziesięciu małych nóżkach wystających spod niego.
Cudo Tyłeczek westchnęła. Nie ma co- nieźle się zapowiada. Orangutan i chodzący bagaż... Nie, raczej Bagaż. Było w nim coś, co wyraźnie wskazywało na to, że posiada osobowość. Miał bardzo inteligentny wyraz dziurki od klucza. Westchnęła ponownie i zamknęła drzwi.
Skoro tych dwóch się tutaj pojawiło musiała wypełnić kilka formularzy- kim są, dlaczego się tu znaleźli, itd, itp... Czuła, że będzie to ciężka praca.
***
-Wiatr? Jaki znowu wiatr? Pytałam się o cel waszego pojawienia się na komendzie a nie o pogodę! A zreszta nie ma wiatru!
-Uuk! -zniecierpliwił się bibliotekarz.
-'Uuk"? Powtarzasz to od dwóch godzin! Może wymyślisz coś nowego???
-Iik?
-No, tak- bardzo twórcze - Cudo ze zdenerwowaniem odrzuciła formularze i wyszła zza biurka.- I co ja mam z wami zrobić?- zapytała samą siebie.
W tej chwili drzwi komendy otworzyły się i do pomieszczenia wszedł kapitan Marchewa. Tyłeczek odetchnęła. Marchewie na pewno uda porozumieć się z tymi dwoma.
-Kapral Tyłeczek! Co tu się dzieje?
-Melduję kapitanie, że sama nie mam pojęcia- odpowiedziała zapytana.- Tych dwóch pojawiło się tu ponad dwie godziny temu i usiłują mi coś przekazać- tu wymownym gestem wskazała Bagaż, który szczerzył wieko oraz bibliotekarza, który wykazywał coraz większe zdenerwowanie.
-Uuk!
-No, właśnie! On tak przez cały czas a ja nic z tego nie rozumiem.
-Nie rozumiesz bibliotekarza?- zapytał zaskoczony Marchewa.
-Nie, kapitanie.
-Uuk!
-Już, chwileczkę, zaczekaj. Tyłeczek! Proszę mi odnaleźć kapral Anguę. To ważne. Im szybciej znajdzie się na komendzie tym lepiej. I proszę wrócić z nią. Też będziesz nam potrzebna.
-Tak jest, kapitanie- odparła Cudo i ruszyła przez mgłę na poszukiwania Angui.
Tymczasem Marchewa dogadywał się z bibliotekarzem.
-Uuk!
-Rincewind? Ten pechowy mag, tak?
Bibliotekarz spojrzał na niego zaskoczony. Skąd Marchewa zna Rincewinda? Nie było go w Ankh Morpork od lat! No, ale cóż- Marchewa znał wszystkich.
-Uuk!
-No, dobrze, ale po co wam on?
-Iik!
-Znowu? A co tym razem ma tak konkretnie zrobić?
-Uuk.
-I co jeszcze?
-Uuk.
-Acha. No, dobrze. Tylko nie rozumiem po co wam straż miejska i jaką rolę ma odegrać ten kufer.
-Uuk.
-No, dobrze, bagaż.
-Iik!
-A co to za różnica?
-Uuk!
-Urażony? No, ok, Bagaż. Teraz lepiej?
-Uuk.
-Ale musimy jeszcze zaczekać na Cudo i Anguę.
-Uuk.
Zaczekali.
***
-Co???- Angua była zaskoczona nie bardziej niż Tyłeczek.- Ja protestuję! Ani ja ani Cheri nie będziemy podróżować na czymś takim!
-Cheri?- zapytał Marchewa.
-Tak, Cheri- powiedziała Angua a widząc kompletnie zdezorientowanego Marchewę wyjaśniła- Cudo zmieniła imię: teraz jest Cheri.
Marchewa pokręcił głową, ach, te krasnoludy. Nie, inaczej- ach, te krasnoludzkie kobiety.
-No, dobrze. Ale wytłumaczcie mi co się wam nie podoba w Bagażu?
Angua i Cheri vel Cudo spojrzały na wyżej wspomniany przedmiot. Nie było w nim nic strasznego, z pozoru. Mogły podróżowac w jego towarzystwie, ale nie (tak jak proponował Marchewa) - na nim.
-Po prostu odpada. Nie mamy ani chęci ani ochoty siedzieć okrakiem na czyjejś własności i przemierzać pół Dysku! To jest wykluczone! - tu Angua prawie krzyczała.- Ja mogę sama się dotrzeć na miejsce, a Cheri usiądzie na mnie! Jeśli chcesz, ty możesz korzystać z tego piekielnego... piekielnego... - tu Angua urwała. Po prostu zabrakło jej słów. Dzięki temu w rozmowę włączyła się Cheri.
-Zaraz, zaraz: ja mam jechać na tobie? Ale Angua... ja, ja...
-No, co?- subtelnie warknęła wyżej zapytana.- Co ci nie odpowiada w moim grzbiecie?
-No, ten, tego... No, wiesz... Ten Bagaż nie wygląda tak źle...
-A ja wyglądam, tak? A może chodzi ci o to kim jestem?- Tu Angua spuściła z tonu i spojrzała łagodnie na Cheri.- Chodzi ci o to, że jestem... -przełknęła ślinę.- wilkołakiem? Nie bój się. Ja naprawdę nie jestem niebezpieczna. Sama ostatnio mi to przyznałaś i przestałaś nosić przy sobie tą srebrną łyżeczkę, prawda?
Cheri nieśmiało kiwnęła głową.
-No widzisz. Ale dobrze, jeśli chcesz jedźmy na Bagażu. - Angua spojrzała na Marchewę- To jak? Jedziemy?
Marchewa skinął głową i wskazał wieko Cheri. Za nią usiadła Angua a na końcu przycupnął Marchewa.
-W drogę- rzucił i chwiejnym "bagażowym" krokiem ruszyli w nieznane.
Za nimi na ulicy pozostał tylko Bibliotekarz, który wytrwale machał im na pożegnanie chusteczką póki nie zniknęli na horyzoncie. Potem odwrócił się a jego wzrok padł na srebrną łyżeczkę, którą "niechcący" upuściła Cheri. Bibliotekarz podniósł ją, pokręcił głową z dezaprobatą i kołysząc się na boki ruszył w stronę Niewidocznego Uniwersytetu.
***
Wielki Żółw A'Tuin sunął przez bezkres wszechświata dźwigając na swej ogromnej, pooranej kraterami pozostałymi po zderzeniach z meteorytami skorupie cztery słonie. Były one nieco mniejsze od A'Tuina ale ich rozmiary i tak przechodziły ludzkie wyobrażenia. Na słoniach opierał się Dysk. Nie był to byle jaki dysk, tylko taki przez duże "D". Znajdowały się na nim morza, kontynenty, żyli na nim ludzie, krasnoludy, elfy, trolle i wiele innych zadziwiających stworzeń. Jednym słowem był to świat, Świat Dysku.
Nie wiadomo, czy Wielki Żółw zdaje sobie sprawę z tego, że na jego barkach znajdują się cztery stworzenia, ani tym bardziej co znajduje się na nich. Magowie z Niewidocznego Uniwersytetu od lat próbuja poznać myśli A'Tuina. Wychodzi im to średnio- trudno jest zrozumieć myśli czegoś TAK ogromnego, szczególnie że myśli kilkaset razy wolniej (w porównaniu z ludźmi). Kiedyś magowie rozszyfrowali jedną myśl, a raczej uczucie- Żółw wyraźnie czegoś oczekiwał. Niestety dowiedzieli się czego - wielki meteoryt zbliżał się do Dysku, jednakże udało się opanować sytuację z pomocą pewnego maga.
Obecnie mag ten przebywal na kontynencie XXXX- nie odkrytym jeszcze fragmencie Dysku. Oczywiście, niektórzy żeglarze zapuszczali się w tamte tereny, ale opowiadali o wielkich szczurach skaczących po sawannach, w co jakoś nikt nie chciał im uwierzyć. Do ich słów podchodzono z wielkim dystansem dlatego jeszcze nie powstały mapy tych terenów. Ale niedługo miało się to zmienić
***
Oto Ocean Krawędziowy. Otacza on cały Dysk wypuszczając swe wody w niezbadany wszechświat. Przyjrzyjmy mu się bliżej. W oddali majaczy jakiś punkt. Zbliża się bardzo, ale to naprawdę BARDZO szybko.
Przybliżmy obraz jeszcze trochę. Kształt wydaje się strasznie nieforemny. Aż dziw, że dał radę tak daleko przepłynać.
Przyjrzyjmy się temu jeszcze bliżej...
Och! Przecież to komendant straży miejskiej Ankh Morpork, Marchewa! Przed nim znajduje się jego dziewczyna, Angua, a przed nią...
-O, żesz!-zaklęła Cheri Tyłeczek.
-Mówiłam, żebyś podróżowała na moim grzbiecie. A ty nie chciałaś. Twój wybór- odpowiedziała jej Angua i uważnie przyjrzała się horyzontowi.- Hej! Widać brzeg!
-A, faktycznie... Ale nie jestem pewien czy to nasz cel. Pamiętasz jak dwa dni temu przepływaliśmy obok portu? Bagaż nawet nie zwolnił- Marchewa westchnął. Był już zmęczony tą podróżą a czekało ich jeszcze namawianie jakiegoś szalonego maga do powrotu do miasta no i sam powrót. "Ale wrócimy statkiem!"- obiecał sobie Marchewa.
Zapanowała cisza mącona tylko odgłosem pluszczących odnóży Bagażu.
-Ale dlaczego on to zrobił?- zapytała ni z tego ni z owego kapral Tyłeczek.
-Co zrobił?- zapytał chórek złożony z Angui i Marchewy. Nie musieli pytać kto, bo tak prawdę mówiąc dobrze wiedzieli o co chodzi.
-No, dlaczego on pożarł tego rekina?-wytłumaczyła Cheri wskazując na Bagaż.
-Może lubi?-zasugerował kapitan.
-No, możliwe.- przytaknęła Angua.- A co, wolałabyś, żeby to nas zeżarł?
-Kto? Rekin czy Bagaż?- Cheri widocznie straciła wątek.
-Jeden i drugi!
-Jeśli jeden by nas zjadł to drugi by już nie mógł- wytłumaczył spokojnie Marchewa nie zdając sobie sprawy z gromów ciskanych przez oczy Angui.
-Mniejsza z tym- przerwała Cheri.- Patrzcie! Bagaż zwalnia!
Faktycznie tak się stało, albowiem dopłynęli do swego celu. Bagaż wyszedł na brzeg, zrzucił pasażerów, po czym otrząsnął się z wody. Bardzo przypominał przy tym psa.
Członkowie straży zebrali się z ziemi, rozejrzeli uważnie a nie widząc nic co by im zagrażało (na obcej ziemi znajduje się zwykle dużo zagrożeń) ruszyli niepewnie za Bagażem, który nagle przestał się śpieszyć. Człapał sobie spokojnie i rozkoszował się ciepłym słoneczkiem. W oddali ujrzeli zbliżającą się postać.
***
-Bagaż!- zawołał mężczyzna-. No wreszcie się zjawiłeś!- spojrzał zaskoczony na świtę, która podążała za jego własnością, wzruszył ramionami, po czym kontynuował dalej.- Co się z tobą działo? Czyżbyś znowu zapomniał kto jest twoim właścicielem??? Masz za mną podążać gdziekolwiek bym się znalazł!!! A ty co??? Wolne sobie wziąłeś???
Gdyby ktoś inny próbował krzyczeć na Bagaż nie dokończyłby zdania, a obecni przy tym wydarzeniu usłyszeliby tylko trzask zamykanego wieka. Jednakże był to Rincewind, właściciel Bagażu, a jemu wolno było wszystko.
Gdy wyżył się już na nim dostatecznie skierował swój wzrok na przybyszy. Oni z zaciekawieniem wpatrywali sie w niego od paru ładnych minut- nie często widuje się staruszka z długą siwą brodą, w krótkich spodenkach w palemki i spiczastym kapeluszu z wytartym napisem Maggus. W dodatku wzbudził w nich szacunek zwracając się tak opryskiliwie do ich kompana, do którego sami czuli niemały respekt.
Rincewind podszedł do jedynego (poza nim samym) w tym gronie mężczyzny, uścisnął mu prawicę i powiedział:
-Kapral Marchewa, jak mniemam?( jest rzeczą niesamowitą, że Marchewa zna wszystkich ludzi, jednakże bardziej niesamowity jest fakt, że wszyscy ludzie znają Marchewę).
-Kapitan, jeśli łaska- zwrócił uwagę właściciel tegoż stopnia.- Pozwoli pan, że przedstawię: kapral Angua i kapral Tyłeczek ze straży miejskiej Ankh Morpork.
Kobiety przywitały się ze staruszkiem, po czym wszyscy ruszyli w kierunku, z którego Rincewind przyszedł.
-Nie sądziłem, że jeszcze spotkam kogoś z Ankh. Chociaż... Nie, chyba jednak sądziłem. Żyję sobie w ciszy i błogim spokoju, nikomu nie wadzę, to zawsze wtedy ktoś się zjawia i mówi:"Rincewindzie mam do ciebie niewielką prośbę: czy mógłbyć uratować świat? Mi się nie chce, a ty masz w tym doświadczenie, pójdzie ci w trymiga". - Tu podejrzliwie obrócił się do nich- A wy czego ode mnie chcecie?-spytał.
-Porozmawiamy o tym później.- zbył go Marchewa.- Teraz chcielibyśmy choć trochę odpocząć. Mieliśmy wyczerpującą podróż.
Wkroczyli do miasta.
***
Kontynent XXXX był wielką niewiadomą, nawet dla magów. Dlatego znalezienie osoby przebywającej na nim za pomocą
szklanej kuli było nieco skomplikowane.
-Panie Stibbons, co to ma znaczyć??? Śnieg??? Na XXXX??? Tam jest gorąco!!!
-Nadrektorze, ale... ale to może być inny fragment tego kontynentu- tłumaczył się Myślak.
-Proszę mi natychmiast zlokalizować Rincewinda!
-Tak, jest, ale... Jak już wcześniej proponowałem, z pomocą HEXa byłoby szybciej. I na pewno dokładniej...
Ridcully spojrzał zaskoczony na Stibbonsa.
-Ale przecież on tego nie potrafi!
Myślak lekko się zmieszał.
-Ale widzi pan, nadrektorze... Myślę, że już potrafi. W nocy wśród elementów HEXa pojawiła się szklana kula... - urwał. Spojrzenie nadrektora stanowczo mu się nie podobało.
Wyżej wspomniany osobnik zastanowił się porządnie a potem westchnął i udzielił Myślakowi pozwolenia na wykorzystanie jego maszyny. Maszyny do używania magii.
Może kontynent XXXX był dla ludzi jedną wielką niewiadomą, jednak dla HEXa był tylko kolejnym rzędem mrówek przechodzącym przez jego rurki. Bez problemu odnalazł Rincewinda.
***
Ulice miast Squax mimo, że wyglądały biednie, były ulicami niezwykle czystymi. Większość domów była zbudowana z czegoś, co Cheri kojarzyło się ze słomą, jednak nieco sie od niej różniło.
-Co to?- zapytała wskazując strzechę.
-Trzcina- wyjaśnił mag.- Tutaj buduje się z tego domy. Tylko najbogatszych stać na glinę. A oto mój dom- powiedział Rincewind wskazując na jedną z chat. Zapraszam do środka.
***
Kilka postaci pochyliło się nad kulą.
-Ała! Nadrektorze! Pański kapelusz ugodził mnie w oko!
-To proszę się nie pchać, rektorze! I tak jest tu mało miejsca.
Pierwszy prymus zrobił kujonowatą minę i powiedział:
-Tak, rektorze, proszę się nie pchać. Dostęp do szklanej kuli jako pierwszy powinien uzyskać nadrektor.
Rektor spojrzał na niego jak na rozdeptanego robaka. pierwszy uczeń się skulił się i wybiegł z pokoju.
-No tak lepiej- mruknął do siebie rektor i powrócił do kłębowiska wykładowców otaczających HEXa.
-Nie pchać się! - usłyszał stłumiony głos Myślaka Stibbonsa.- Zaczynam coś widzieć, tylko proszę się nie pchać.
Zapadła cisza, jednakże tłum magów falował nadal- każdy chciał zajrzeć do szklanej kuli, żeby sprawdzić, czy... czy to coś... wciąż przebywa w pobliżu Rincewinda.
-Jest!- krzyknął Stibbons.
Krąg wokół niego stanowczo się zawęził. Chłopak zaczął mieć problemy z oddychaniem.
-Wi..widzę go. Rektorze..., proszę... zejść... z... mojej... stopy...! No, tak lepiej. Widzę go, tylko... Co??? Kapitan Marchewa?!?
Rozległy się zaskoczone głosy. Marchewa na XXXX? Czyżby HEX także miał problemy z odnalezieniem zaginionego maga? Przyjrzeli się dokładniej. Tak, to na pewno kapitan Marchewa, a obok niego, w spiczastym kapeluszu, z nieudolnym napisem "Maggus"...
-Rincewind- odetchnął nadrektor. - No, nareszcie! Tylko co tam robi Marchewa?
W tym momencie do pomieszczenia wszedł bibliotekarz a za nim starając się wyglądać, jakby go tu wcale nie było wślizgnął się pierwszy prymus.
-Uuk.-stwierdził orangutan.
-Słucham?- zapytał nadrektor.
-Uuk.-powtórzyło stworzonko i usiadło na krześle pod ścianą.
- Jak mogłeś??? To sabotaż! Łapać bibliotekarza!
Wszyscy spojrzeli na Ridcully'ego. Zwariował czy co? "Łapać bibliotekarza!", dobre sobie. Niech sam sobie łapie.
-Iik!
-Ale skąd wiedziałeś???
Bibliotekarz spojrzał na niego wymownie.
-Uuk.
-Niech cię szlag! No, trudno. Zaczekamy.- powiedział nadrektor po czym zwrócił się do grona nauczycielskiego.
-Panowie wykładowcy- zaczął. Profesorowie plu pierwszy prymus utkwili w nim wzrok.- Jak zapewne wiecie mieliśmy sprowadzić tu maga Rincewinda, by wykonał pewne... zadanie o które poprosiła nas nasza znajoma z sąsiedniego świata.
Magowi kiwnęli głowami. Wiedzieli.
-Jednakże nasz bibliotekarz- tu nadrektor wskazał na orangutana, który jakby nigdy nic zaczął obierać zdobycznego banana.- Jendakże nasz bibliotekarz NIECHCˇCY usłyszał naszą rozmowę z panną Yennefer i postanowił zadbać o pełne powodzenie misji i sprowadzić maga Rincewinda do nas drogą lądową, a nie za pomocą magii. Przy okazji, żebyśmy się nie WYGŁUPILI, jak to określił, pochował nam wszystkie przyrządy potrzebne do rytuału przyzywania, czyli jednym słowem panowie, musimy zaczekać na przybycie Rincewinda i jesteśmy obecnie w mocy tego stworzenia.
Kilkanaście par oczu wpatrzyło się w bibliotekarza, który zjadł już owoc i teraz próbował wchłonąć jego skórkę.
-Czyli, nadrektorze jesteśmy wolni?- zapytał jeden z wykładowców. Nadrektor kiwnął głową.- To dobrze, bo mam teraz wykłady w sali 30 b...- tu wykładowca wyszedł z pomieszczenia.
-O, ja też!- przypomniał sobie profesor runów współczesnych i ruszył za kolegą.
-I ja!
-I ja!
Magowie opuścili pokój. Za nimi spokojnie poczłapał bibliotekarz. Zatrzymał się tylko na chwilę przy HEXie i poklepał go po monitorze.
-Uuk- pochwalił go po czym wyszedł.
Przez chwilę panował spokój, a potem mrówki zaczęły przemieszczać się szybciej.
Z otworu przeznaczonego na dawanie odpowiedzi wysunęła sie kartka. Myślak Stibbons, który po jakimś czasie wrócił do pokoju, by sprawdzić jeszcze parę rzeczy wziął ją i przeczytał:
"#Nie-Ma-Za-Co. ##$##$## Zacznij-Z-Początku#"
Myślak postanowił nikomu o tym nie mówić.
***
Rincewind westchnął. No tak. Znów to samo.
-Proszę się nie martwić, to prosta misja- pocieszał go Marchewa.
Rincewind spojrzał na niego jak na idiotę.
-Tak, tak- wiesz ile razy to słyszałem???
-Ile?- zaciekawił się kapitan.
Rincewind już chciał rzucić jakąś sarkastyczną uwagę, ale się powstrzymał. Ten człowiek i tak by nie zrozumiał.
Siedzieli teraz na murku przed domem Rincewinda. Angua i Cudo spały- były strasznie zmęczone kilkudniową podróżą.
-W każdym bądź razie nigdzie się nie wybieram - oznajmił mag po dłuższej chwili milczenia.
-Ale dlaczego? Sam bym chętnie przeżył jakąś przygodę, a tu nic tylko wypełnianie papierów... Chętnie bym kiedyś uratował świat- rozmarzył się Marchewa.
Rinceiwnd prychnął.
-Więc proszę bardzo, misja jest twoja. Dostarcz list, gdzie trzeba. Tylko uważaj przy teleportacji- jak coś sknocą to już się nie pozbierasz.
-Bardzo chętnie bym ją przejął, panie Rincewind, jednakże wydaje mi się, że to pan jest potrzebny. Ze względu na swoje umiejętności wykorzystywania magii, zapewne- dodał z podziwem.
-Ale ja nie posiadam żadnych umiejętności! Nie umiem czarować! Jestem najbardziej nieudolnym magiem na całym Dysku- przyznał się Rincewind.
-Musi być pan bardzo skromny. Przecież magowie nigdy by nie wybrali do takiej misji nieudacznika, tylko największego z nich. Naprawdę musi pan być bardzo skromny.
Rincewind westchnął po raz kolejny tego dnia. Już kiedyś spotkał osobę, która tak uważała. A Marchewa był do niej bardzo podobny. Tak, Dwukwiat i kapitan posiadali tą samą prostolinijną naturę.
Mag zakończył rozmowę i wskazał Marchewie łóżko, w którym ten mógłby się przespać a sam ruszył na przechadzkę.
DZIEŃ DOBRY.- usłyszał za swoimi plecami.
***
-Yennefer? Jesteś pewna, że ten człowiek da sobie radę?- Geralt poważnie zaczął się zastanawiać, czy czarodziejka nie postaradała czasem zmysłów.
-Wierz mi, tylko on może to zrobić.
-Ale... ale to taki nieudacznik...
Yennefer spojrzała w szklaną kulę, jej oczom ukazało się życie Rincewinda. Faktycznie, był strasznym pechowcem.
-Tak, to nieudacznik.- przyznała.- Ale ktoś mu sprzyja.- wskazała na kulę. Geralt podszedł do niej i zerknął na istotę, która pojawiła się w szklanej kuli. Nie powiedział nic.
Tak szczerze mówiąc, to go zatkało.
***
-Ś-Śmierć!- wyjąkał Rinceiwnd.- Miło cię znów spotkać...
CIEBIE TAKŻE, RINCEWINDZIE.
Rincewind dostał gęsiej skórki od tego głosu. Brzmiał niczym... niczym... no, w każdym razie niczym coś związanego z grobami.
-C-co cię tu s-s-sprowadza?- jakął dalej przerażony mag.
TO CO ZWYKLE- Śmierć wymownym gestem wskazał na kosę, którą dzierżył w ręku. Jego kościane palce zaciskały się na rękojeści.
-A, no tak...- Rincewind zaczął się zastanawiać, czy dużym nietaktem będzie zapytanie o to, czy przyszedł po niego. Postanowił spróbować troszkę okrężną drogą.- A kto tym razem?
W WIOSCE ZAWALI SIĘ JEDEN Z DOMÓW. BĘDZIE PRZY TYM TROCHĘ PRACY.
Rincewind odetchnął.
ALE...-ciągnął Śmierć- JEST JESZCZE JEDEN POWÓD DLA KTÓREGO SIĘ TU ZJAWIŁEM.
Mag znowu zaczął panikować. Dłonie strasznie mu się spociły i zaczęły trząść. Język odówił mu posłuszeństwa, dlatego też nie przerywał.
CHODZI O CIEBIE, RINCEWINDZIE.-Tu Śmierć spojrzał wreszcie na swego rozmówcę, a widząc go trzęsącego się ze strachu i rozglądającego się za najlepszą drogą ucieczki uspokoił go.-SPOKOJNIE, DZIŚ MNIE TWOJA DUSZA NIE INTERESUJE. CHODZI O PROPOZYCJĘ, KTÓRˇ ZŁOŻYŁ CI KAPITAN MARCHEWA.
Rincewind zaczął wracać do siebie. O propozycję?
CHCIAŁBYM ŻEBYŚ Jˇ PRZYJˇŁ.
-T-tak, o-oczywiście.... -powiedział Rincewind, ale po chwili całkowicie oprzytomniał.- Zaraz, zaraz? Dlaczego mam ją przyjmować? Ja NIENAWIDZĘ przygód, a ta oferta bardzo się z nimi wiąże.
TAK, RINCEWINDZIE, ALE JEŚLI JEJ NIE PRZYJMIESZ DŁUGO NA DYSKU NIE POŻYJESZ.
-D-dlaczego?
Śmierć się nie odezwał. Zaczął szukać czegoś w czeluściach swojej czarnej szaty. W końcu to znalazł.
DLATEGO.-powiedział.
Rincewind wpatrywał się uważnie w klepsydrę, którą wyciągnął Śmierć. Tak, dobrze wiedział co to. Te ziarenka piasku to jego życie... A zostało ich tak mało...
-A-ale - znów zaczął się jąkać.- jeśli wypełnię misję, to co?
WTEDY BĘDZIE WIĘCEJ PIASKU.- wytłumaczył Śmierć i udał się w kierunku wioski.
Rincewind został sam. Chciał uciec od tego, tak jak zawsze uciekał. Ale nie mógł. Skoro nawet Śmierć się w to wmieszał... On go znajdzie wszędzie....
Wschodzący księżyc z zaskoczeniem ujrzał płonące zgliszcza domu, po których przechadzała się postać w długiej białej szacie. Płomienie zdawały się jej nie przeszkadzać.
Tak samo zdziwiona była surykatka, w którą jakiś zrozpaczony mężczyzna wędrujący samotnie po sawannie rzucił butem.
***
PIP!- zawołał oburzony Śmierć Szczurów.
MUSIAŁEM GO OKŁAMAĆ. Z NIˇ NIKT NIE ZADZIERA.
PIP?
Śmierć spojrzał zdziwiony na swego towarzysza.
JESZCZE SIĘ PYTASZ?
Śmierć Szczurów pokiwał głową. No faktycznie, głupie pytanie.
Z NIˇ NIKT NIE ZADZIERA.- powtórzył Śmierć i powrócił do swoich zajęć.
***
Ranek wstał jak każdy ranek w Świecie Dysku. Słońce obudziło się ładne parę minut wcześniej, zanim zaspane światło dotarło na Dysk i bezczelnie zajrzało Rincewindowi w oczy.
Ten przewrócił się na drugi bok i chrapał dalej.
***
Marchewa obudził się już dawno. Czekał teraz aż Angua i Cudo, to jest, tego.... Cheri dokończą poranną toaletę.
"Kobiety!"-pomyślał.
Marchewa próbował znaleźć ich gospodarza, ale z mizernym skutkiem. Znalazł tylko Bagaż, który wygrzewał się na słońcu za domem.
"Skoro jest Bagaż jego właściciel musi przebywać gdzieś w pobliżu"-pomyśłał i usiadł na murku przed domkiem. Wtedy ujrzał zbliżającą się postać.
Rincewind wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Włosy i brodę miał strasznie rozczochrane, cały był brudny od piasku, a po głowie kręciła mu się surykatka, z którą, po uprzednim przepędzeniu a następnie przeproszeniu za swoje zachowanie, zaprzyjaźnił się.
-Witaj, Rincewindzie- przywitał go Marchewa. - I jak przemyślałeś przez noc naszą propozycję?
Mag rozejrzał się podejrzliwie dookoła. Z jego włosów spadło parę ziarenek piasku.
-Tak...-powiedział z namysłem- chyba tak...
-No i...?- dopytywał kapitan.
Rincewind znowu rozejrzał się a potem przegonił surykatkę, która, obrażona, poszła zaprzyjaźnić się z Bagażem.
-Przyjmuję ofertę- stwierdził.- Ale wyruszamy wieczorem. Teraz muszę odpocząć.
Mag wszedł do domu i rzucił się na kanapę, na której wcześniej spał Marchewa. Po czym zapadł w głęboki sen.
***
-Panie Stibbons!- Ridcully porozumiewał się z podwładnym konspiracyjnym szeptem.
-Tak,nadrektorze?- Myślak mimo swej wiedzy technicznej na konspiracyjnych szeptach nie znał się ani trochę, więc pytanie wypowiedział pełnym głosem.
-Ćśś!!! Nie chcę, żeby Bibliotekarz nas usłyszał.
Stibbons spojrzał na niego zaskoczony. Byli w pokoju HEXa a drzwi były zamknięte. W jaki sposób nie tylko orangutan, ale ktokolwiek mógłby ich podsłuchać? No, ale dobrze, ma być cicho to będzie.
-Tak, nadrektorze?- zapytał jak najciszej potrafił.
-Nic nie słyszę! Powtórz trochę głośniej!
Naczelny technik Niewidzialnego Uniwesytetu westchnął. Zapowiadała się ciężka rozmowa, a zanim ona się zacznie trzeba jeszcze dobrać natężenie głosu. Masakra.
-Tak, nadrektorze?- zapytał po raz trzeci tym razem zadowalając swego pracodawcę.
-Posłuchaj, Stibbons. Udało nam się zdobyć przedmioty potrzebne przy przyzywaniu ludzi, jednakże jest pewien problem- mamy ich zbyt mało, by udało się przyzwać Rincewinda z tak daleka.- Myślak pokiwał głową. Tak, odległość grała dużą rolę w teleportacji.
-Jednakże w Klatchu przebywa kilka osób, które mogłyby nam pomóc w wypełnieniu powierzonej nam misji.
Myślak spojrzał uważniej na nadrektora. Ktoś zamiast Rincewinda?
-Kim są?
-Nazywają się Srebrną Ordą. Podobno wśród nich przebywa Cohen Barbarzyńca.
W technicznym umyśle Stibbonsa zaczęła rysować się wizja przyzwania SO. Tak, to może się udać, ale potrzeba będzie dużo ciężkich materiałów.
-Dobry pomysł, nadrektorze, nie wiemy ile trzeba będzie czekać na Rincewinda. Zaraz poproszę HEXa o pomoc.
-Poprosisz?- Nadrektor utkwił zdumiony wzrok w maszynie.- Przecież to urządzenie!
Myślak wyraźnie się zmieszał.
-Ale widzi pan, nadrektorze... Z czasem zaczyna się traktować ją jak żywą istotę. Szczególnie ze względu na te nowe części, które pojawiają się niewiadomo skąd. Ona... On.... Rozwija się.
Nadrektor obrzucił Stibbonsa przerażonych spojrzeniem po czym udał się na rozmowę z rektorem. Towarzystwo tej maszyny wyraźnie źle wpływało na umysł Myślaka. "Trzeba go będzie wysłać na wakacje, żeby odpoczął od tej przeklętej maszyny"- pomyślał.
***
-Komu w drogę temu tenisówki zabrali- stwierdził mało optymistycznie Rincewind, chwycił surykatkę w objęcia i wsiadł na Bagaż. Przy brzegu stali Marchewa, Angua i Cheri.
-Jesteście pewni?- zapytał po raz setny.
Część Straży Miejskiej Ankh Morpork pokiwała głowami. Tak, byli pewni.
-W lodówce jest jedzenie, a pod materacem w sypialni zostało jeszcze trochę pieniędzy.
Podziękowali.
-Tylko po co wam ta wyprawa po XXXX?- dopytywał mag.
-Marchewa ma ambicję zrobienia pierwszych map tych terenów- wytłumaczyła mu Angua.
-Ambicja.. No, tak, ciężka rzecz. A jak potem wrócicie?
Marchewa wskazał na jednostkę pływającą przycumowaną przy brzegu.
-Ale ta łódka nie wygląda zbyt trwale.
Teraz wzrok wszystkich przeniósł się na drewniną. Faktycznie, nie wyglądała na wytrzymałą.
Marchewa wzruszył ramionami.
-Proszę się nie martwić. Damy radę. A do tego mamy zamiar zatrzymać się w tym porcie, który mijaliśmy. Chcemy zwiedzić miasto.
-No dobrze. W takim razie żegnajcie.- pożegnał się Rincewind a Bagażowi rzucił.- Ruszajmy!
Marchewa, Angua i Cheri stali przy brzegu aż sylwetka Rincewinda nie zniknęła na horyzoncie.
Potem sami ruszyli w podróż.
***
W piwniacach Niewidocznego Uniwersytetu zebrało się całe grono pedagogiczne powyższej placówki oraz pierwszy prymus. W tajemnicy przed Bibliotekarzem zaczęła odbywać się ceremonia przyzywania. Na środku dwóch oktogramów ustawiono kupę żelastwa- ciężar, na który miała zostać zamieniona Srebrna Orda.
Odpowiednie przedmioty zostały ustawione w odpowiednich rogach oktogramów. Odpowiednie osoby zaczęły recytować odpowiednie słowa. Zebrane pośrodku żelastwo zaczęło wirować.
***
-Wolę umrzeć niż wpuścić was do świątyni!
Świsnął miecz.
-Eeee, Willie?
-Tak, Cohenie?
-Pamiętasz co o tym zdaniu mówił Ucz?
Na czole Willie'ego pojawiła się zmarszczka wysiłku.
-Że...że...
-Że tak się tylko mówi, prawda? Należało się go zapytać, czy jest tego pewien. Mieliśmy być bardziej cywilizowani!
-Przpraszam, Cohenie.
-Tak lepiej. No, to panowie, do dzieła- plądrujemy!
W tym momencie świat wokół nich zawirował,a chwilę później przeżyli niemiłe spotkanie z wilgotną posadzką.
Cohen rozejrzał się. Wokół niego znajdowało się kilkanaście postaci w spiczastych kapeluszach.
"Acha, magowie"- pomyślał.
- Witaj, Wielki Cohe...
W tym momencie do piwnicy wkroczył Bibliotekarz. Rozejrzał się uważnie i pokręcił głową z dezaprobatą.
***
-To oszustwo!
Pani uśmiechnęła się.
-Dlaczego?
Los nie odpowiedział.
***
Za orangutanem stał Rincewind i zrezygnowanym wzrokiem wpatrywał się w scenę, jaką zastał. Zza jego nóg wyglądał Bagaż.
Rektor zauważył tylko fragment wieka ale wspomnienia odżyły w nim natychamiast.
-Aaa! Znowu to coś!!!!- wrzasnął i po raz kolejny w obliczu Bagażu wykazał się niezwykłym zmysłem akrobatycznym. Po prostu wbiegł na szafę, która z niewiadomych powodów znajdowała się w piwnicy.
Reszta magów także zauważyła towarzysza Rincewinda i przylgnęła do ścian. Na polu bitwy pozstali tylko nadrektor i SO.
Rincewind wszedł do pomieszczenia i przywitał się z Cohenem.
-Kopę lat.- mruknął.
Dżyngis Cohen uśmiechnął się błyskając diamentowymi zębami.
-Rincewind! Wreszcie ktoś normalny. Nie wiesz może dlaczego się tu znaleźliśmy?- Dżyngis wskazał na SO, a potem zatoczył ręką koło mające zapewne obrazować budynek, w którym przebywali.- Co to jest?- zapytał.
-Niewidoczny Uniwersytet- mruknął niechętnie Rincewind.
W tym momencie postanowił wtrącić się nadrektor.
-Może przejdziemy na herbatkę do mojego gabinetu?
***
Rincewind siedział na fotelu w gabinecie nadrektora i pił powoli kawę. Zaczynał trawić warunki misji.
Mag uważnie wpatrywał się w sufit. Tak, niewiele się zmienił od ostatniego razu gdy tu był. O, tam jest nowy zaciek, a tam dwie muchy... Ale to naprawdę wszystkie różnice.
Rincewind, gdy jeszcze uczył się na NU dużo czasu spędzał u nadrektora słuchając jego narzekań na kompletny brak wyników w nauce. Zdążył dobrze zapamiętać, to co miał nad głową-przemówienia ówczesnego nadrektora były niezwykle nudne.
-To, jak Rincewindzie?- głos Ridcully'ego przywrócił go do rzeczywistości.
Rincewind spojrzał na Cohena, ten wzruszył tylko ramionami i zrobił minę w stylu:"Decyzja należy do ciebie". Westchnął.
-Dobrze, zgadzam się. Tylko proszę mi wszystko wytłumaczyć. Od początku do końca.
-Ależ oczywiście- nadrektor rozpromienił się.- Jak zapewne pan wie istnieje wiele światów, nie tylko nasz. Każdy nadrektor utrzymuje luźne kontakty z magami mieszkającymi na nich. Żadko się zdarza, że któryś prosi nas o pomoc. To się właśnie stało.- Ridcully wstał, podszedł do szafy i wyciągnął z niej szklaną kulę. Postawił ją na biurku i gestem nakazał Rincewindowi do niej zajrzeć.- To panna Yennefer- tłumaczył, gdy oczom Rincewinda ukazała się piękna kobieta o kruczoczarnych włosach.- Posiada naprawdę wielką moc, ale nie wolno jej podróżować między światami, bo teoretycznie umarła... Po prostu po śmierci zamiast do nieba, czy w co tam ona wierzyła trafiła do innego świata. Jakiś błąd administracji, czy co... Teraz chciałaby skontaktować się z kimś, kto znajduje się w jej starym świecie. Nie znam szczegółów. Należy po prostu przekazać list, to wszystko. Jedyne problemy moga wyniknąć podczas poszukiwania adresata. Jest nim królowa Cintry, jakiegoś małego kraju ale niestety, nie wiemy w którym miejscu się aportujecie. Może trochę wam zająć odnalezienie jej...
Rincewind pokiwał głową. Więc to takie buty...
***
Rincewind stanął po środku oktogramów. Wokół niego stłoczyła się Srebrna Orda.
Bagaż spojrzał na właściciela tęsknym... tęskną dziurką od klucza.
-Stop! - zawołał mag.
Osoby otaczające oktogramy zamarły zaskoczone.
-Nigdzie nie jadę bez Bagażu!
Kilka osób odetchnęło z ulgą.
-Pkp.-odezwał się nagle jakiś głos.-Pkp.
Rincewind spojrzał na ziemię w pobliżu drzwi. Stała tam surykatka.
-I bez niej- dodał.
Ceremonia zaczęła się od początku.
***
Jaskier siarczyście zaklął. Jego koń, Trubadur potknął się o coś i zaczął kuleć.
-No i widzisz?- powiedział poeta.- Mówiłem, żebyś uważał, a ty co?
Koń, gdyby mógł, nawymyślałby Jaskrowi, że nie należało tyle kraść ukochanej- to przez te juki tak się ślamazarzył i nie miał siły podnosić kopyt no i zahaczył o korzeń.
-No i co ja mam zrobić? Ciri będzie się martwić....
W tym momencie kilka głazów, które właśnie mijali zamieniło się w ludzi.
-Aaaa! -wrzasnął Jaskier na widok paru staruszków i jednego kufra. - Aaa!- kontynuował.
-Może go uciszyć?- zaproponował Cohen.
Rincewind pokręcił głową.
-Lepiej nie. Musimy mieć kogo zapytać o drogę.
***
Tłumaczenie Jaskrowi, że nie są krwiożerczymi trollami i chcą tylko dowiedzieć się, którędy do Cintry zajęło parę godzin.
Zapadł zmierzch.
-No, dobrze a po co wam Cintra?- zapytał podejrzliwie poeta. Głazy zamieniające się w ludzi moga byc TYLKO trollami... Chociaż ci do trolli podobni nie byli, to nie był pewny, czy może im ufać.
-Mamy... mamy jedną sprawę do królowej- wyjasnił nie zbyt przekonująco Rincewind.
Jaskier prychnął.
-I myślicie, że wam pozwolą na audiencję?
Cała SO spojrzała na niego zaskoczona.
-A po co? Wystarczy przedrzeć się przez gwardzistów i dostać do sali tronowej.- wytłumaczył spokojnie Cohen.
Jaskier prychnął ponownie.
-To wy nie wiecie, że Lwiątko strzeżą najlepsi wojownicy z całego królestwa? Ułożono o nich nawet pieśń- powiedział i zaczął śpiewać (nie dodając przy tym, że autorem pieśni jest on sam):
"Silni i dzielni, Cintrze oddani.
To właśnie oni, straże naszej pani.
Oni obronią,
wrogów przegonią
I nic nie straszne jest już nam!"- zakończył i rozejrzał się po zebranych.
Cohen ziewnął.
-Badziewie- stwierdził i ułożył się do snu.
***
Ciężko było przekonać Jaskra by wskazał im drogę do Cintry. Ale w pewnym momencie zdradził, że także jedzie do tego miasta. Namówienie go by został kompanem ich podróży stało się tylko kwestią czasu.
***
"To ciekawe. Podróżwałem już z krasnoludami, z elfami, z wiedźminami nawet, a teraz... -rozejrzał się po towarzyszach- a teraz przyszła pora na trolle... Tylko takie bardziej cywilizowane. Chociaż nie do końca".
Jaskier zaczął wspominać wczorajszy ranek.
Po paru godzinach marszu (Jaskier jechał na koniu razem z tym najmłodszym jak on miał.... Rincewind? A reszta szła obok konia , co dziwne nie wykazując żadnych przejawów zmęczenia) dotarli do jakiegoś miasteczka.
Wszyscy bardzo zgłodnieli całodzienną wędrówką, więc postanowili coś przekąsić. W miasteczku nie było gospody, musieli prosić ludzi o kęs chleba. Niestety, choć mieszkańcy wydawali się w miarę zamożni nikt nie chciał podzielić się z podróżnikami.
I wtedy się zaczęło.
Poetycka dusza Jaskra stwierdziła, że przez wiele lat będą śpiewane pieśni o tej masakrze. Sam już zaczął jedną układać:
"Mieszkańcy miasta żyli sobie raz,
Aż przyszedł dla nich ostateczny czas,
Do miasteczka wkroczył orszak jakich mało,
Lecz miasteczko ludziom tym pomóc nie zechciało.
Tak więc staruszkowie, bo to oni byli,
Oręż swój wyjęli, lekko się wkurzyli,
I roznieśli wszystko: ludzi wraz z domami,
I uciekli z łupem lasem i polami."
Jaskier nie był jeszcze do końca pewien ostatniej linijki, albowiem uciekanie przez pola i lasy nie był czynem wzniosłym, jednakże nic innego mu do rymu nie pasowało.
Wędrowali wiele dni. Podróż lasem nie była najgorsza- szli w cieniu i chłodzie, od czasu do czasu natrafiając na jakąś wioskę, gdzie mogliby się pożywić (plotka o zmasakrowanym miasteczku szybko obiegła okoliczne wsie). Koszmar zaczął się później.
***
-Gorąco...- wyjęczał Rincewind.
SO i Jaskier pokiwali głowami.
-Gorąco...- przytaknął poeta.
Przez ostatnie dwa dni podróżowali szlakiem handlowym, który wiódł przez puste pola i nie zamieszkane równiny ( Dlaczego więc szlak handlowy? Nie wiem. W każdym bądź razie prowadził do Cintry a tam zmierzali wszyscy kupcy).
W oddali zamajaczyly mury zamku.
-Cintra- wymruczal Jaskier, bo na okrzyk radości nie starczylo mu siły- Jesteśmy na miejscu.
***
Cintra! Ach cóż to za miejsce! Ankh Morpork tego świata!
Nie, jednak niezupełnie....
Ankh jest zdecydowqnie czystsze...
Gdy dotarli do miasta udało im się odnaleźć gospodę. Posili się i udali na poszukiwania wejścia do zamku...
***
-Tak nie wolno!- zaprotestowała Pani.
Los uśmiechnął się sarkastycznie.
-Ty też, Pani nie od razu Rincewinda do gry wprowadziłaś.
Pani westchnęła.
-No, dobrze. Więc Jaskier jest twoją nową postacią?
Los skinął głową.
Zagrzechotały kości.
***
Rincewind, Jaskier i Srebrna Orda bez problemu odnaleźli główne wejście.
Cohen pogłaskał głownię miecza.
-Prościzna- mruknął do siebie.
Rincewind nieco zbladł na widok garnizonu.
-Ekhm, a... a może poszukamy innego wejścia? Np. od tyłu? - zaryzykował pytanie.
Srebrna Orda spojrzała na niego jak na karalucha.
-Pytania nie było- powiedział szybko Rincewind i znowu spojrzał na żołnierzy ustawionych przy głównej bramie. Przełknął ślinę.
-A po co chcecie się dostać do królowej?- zapytał po raz setny Jaskier.
Cohen zastanowił się. Poeta okazał się niegroźny, a nawet pomocny przy określeniu kierunku, w którym zmierzali. Należy mu się wyjaśnienie.
-A bo list mamy- rzucil zdawkowo- od jakiejś czarownicy. Nie mogła się inaczej z królową skontaktować, więc list skrobnęła no i tego, no... Dać go mamy tej całej królowej, to wtedy może jakąś nagrodę dostaniemy...
Jaskrowi zabłysły oczy. Nagroda...
W jego umyśle zaczął układać się szatański plan...
***
-Profesorze, proszę się nie pchać!
Wykładowca run współczesnych spojrzał zaskoczony na nadrektora.
-Przecież to pan się pcha- powiedział z oburzeniem.
-Tak ale ja jestem nadrektorem!-powiedział z dumą Ridcully i puścił w ruch łokcie. Z akompaniamentem "Auciów" i "Au'ów" dopchnął siędo HEXa.
-I jak, Myślak?- zapytał.
-Całkiem nieźle nadrektorze. Dotarli już do zamku. Teraz czeka ich najgorsze.
-Przedarcie się przez straż?
Stibbons pokręcił głową.
-Nie, nadrektorze. Pozbycie się tego czubka. - Myślak wskazał na szklaną kulę, w której pojawił się Jaskier.- dziwny jest i źle mu z oczu patrzy... Mam nadzieję, że oni to zauważyli.
Nadrektor przyjrzał się poecie uważnie po czym mruknął:
-Ja też... Ja też...
***
-No to jak? Jatkę czas zacząć?- zapytał dziarsko Cohen. Reszta Ordy ochoczo pokiwała głowami i wyciągnęła miecze.
Jaskier spojrzał na nich przerażony:
-Jak to??? Chcecie w pięciu przedrzeć się przez straż???
-W czterech - skorygował Cohen.- Rincewind się nie liczy, on jest magiem, nie barbarzyńcą.
-Magiem???- Jaskier przyjrzał się uważnie Rincewindowi pod kątem bycia potencjalnym magiem. Nie, on mu stanowczo na takiego nie wyglądał. Magowie nosili się dumnie i mieli bogate szaty a nie takie obdarte jak ten tutaj.
-Tak, jestem magiem i co z tego?- zapytał w/wym.
-Nic, nic- uspokoił go Jaskier po czym pomyślał: "Mag! Na pewno! Myślą, że jestem głupi?"- A wracając do tematu: mam lepszy sposób na dostanie się do zamku.
Orda plus Rincewind spojrzeli na niego powątpiewająco.
Poeta ruszył w stronę bramy.
-Straż! -krzyknął zbliżając się. Gwardziści przyglądali mu się z uwagą.- Jam jest Jaskier, przyjaciel królowej i jej towrzysz w każdej niemal podrózy. Powróciłem dziś z dalekich wojaży. Zaprowadźcie mnie i moich towarzyszy-tu wskazał na Ordę i "maga"- do najlepszych komnat a gdy się odświeżymy zaprowadzicie nas do Lwiątka, które jak mniemam, na Lwicę już wyrosło.
Gdy Jaskier zamilkł przez chwilę panowała cisza, a potem gwardziści zaczęli się śmiać.
-Buhahaha! Hihihihi!- ryczał pierwszy.
-Hahahahaha!- zawtórował mu drugi.- Wybacz, Panie ale twój wygląd, jak i wygląd twoich towarzyszy nic nam nie mówi o waszej godności. A imię twe nie jest nam znane. Przykro mi ale nie możemy was wpuścić.
-Mówiłem, że trzeba po mojemu?- wypomniał Jaskrowi Cohen.
Świsnęły miecze.
***
Jaskier rozglądał się niepewnie po korytarzu. Nie czuł się najlepiej zostawiając tych martwych ludzi przy głównym wejściu.
W końcu udało mu się określić kierunek.
-Tędy - pokazał palcem i ruszył we wskazanym przez siebie kierunku. Reszta kompanii ruszyła za nim.
Szli dość długo nie używanymi korytarzami, co rusz spotykając żołnierzy. Srebrna Orda radziła sobie z nimi dość szybko, ale teraz już cały zamek był zaalarmowany, że do środka wdarli się intruzi.
***
-Pani, powinnaś uciekać! Ci złoczyńcy zabijąją wszystkich gwardzistów nie zatrzymamy ich!
Ciri zważyła miecz w dłoni i uśmiechnęła się złowieszczo.
-Dobrze. Dawno nie czułam zapachu krwi.- powiedziała i poszła do swych komnat, by zmienić suknię na coś wygodniejszego.
***
Jaskier zatrzymał się.
-To tutaj- powiedział.
Rincewind rozejrzał się uważnie.
-Co tutaj?
Nagle w ścianie, którą poeta obmacywał od dłuższego czasu, coś kliknęło.
-Co tutaj?- powtórzył pytanie Rincewind, ale odpowiedź nie była mu potrzebna- pod jego nogami otworzyła się zapadnia i wraz ze Srebrną Ordą zaczęli spadać w dół.
W ciemności Jaskier uśmiechnął się do siebie, po czym udał się do lochów, gdzie odnalazł cały swój orszak.
- I jak? Wygodnie wam?- zapytał postaci uwięzionych w klatce.
Rincewind splunął.
-Ty potworze!
Jaskier zaśmiał się. W jego oczach zamigotały pochodnie.
-Nie ja tu jestem potworem, lecz ty! Ty i ta twoja podstarzała hałastra! Gadaj, gdzie masz list!
-List??? Skąd wiesz o liście???
W lochach rozległo się taktowne chrząknięcie.
-Rincewindzie- odezwałCohena- chyba ja mu powiedziałem.
Mag zamilkł emanując dezaprobatą do barbarzyńskich wojowników, a szczególnie tego jednego.
Jaskier zaczął się obłąkańczo śmiać:
-Ha! Haha! Hahaha! Hihhahahhuehuehue! Huehuehue! Ekhm, ekhm, ekhm - po ataku śmiechu naszła pora na atak astmatycznego kaszlu.
Coś zgrzytnęło.
-Phi! - powiedział Cohen.- Co to za klatka. Metal już dawno przerdzewiał.
Jaskier podniósł głowę i go zatkało. Cała Orda, jeden po drugim wychodziła z klatki (Hamisha trzeba było wynieść razem z wózkiem).
-No dobrze. To co robimy z tym plugastwem?- zapytał herszt SO.
-Zabij...- usłyszał głosy swoich przyjaciół.- Zabij...
-Ekhm- to Rincewind próbował zwrócić na siebie uwagę (swoją drogą udało mu się)- czy nie byłoby rozsądniej wziąć go ze sobą? Nie wiemy przecież dokąd iść.
Jaskier gorliwie pokiwał głwoą:
-Taktakjaznamcałyzamekawybyściesiępogubiltakijestduży-wyrzucił z siebie jednym tchem..
-Cohen przyjrzał mu się uważnie.
-No, dobra bierzemy tą padlinę, ale trzeba by mu czymś łapy związać- zadecydował. Jego wzrok padł na kapelusz maga.
-O, nie !- zaprotestował Rincewind.
***
Dziwna gromada przesuwała się po zamku. Czterech staruszków (Mały Willie, T. Nieprzyejmny, Wściekły Hamish i Cohen Barbarzyńca) nieśli miecze celując nimi w postać, która miała związane ręce czymś co wyglądało jak zwinięta tiara. Szósty, ostatni przynależny do tej bandy, szedł ze zwieszoną głową ze smutkiem wpatrując się w ów zmiętoszony przedmiot.
Szli długo, zabijając raz po raz grupki pałętających się po zamku strażników.
W końcu dotarli na miejsce.
-To tu- wymamrotal Jaskier wskazując na wielkie, masywne drzwi. - Sala tronowa- dodał dla wyjaśnienia.
Cohen spojrzał na swój miecz.
-Postaraj się- szepnął do niego.
Wtedy wrota się rozwarły.
Ich oczom ukazała się wielka komnata, pełna zdobień i złoceń (bazylika Św. Piotra, to badziewie, przy okazałości tej sali). Na samym końcu, na przeciwko drzwi był podest, na podeście stał tron, a obok niego stal rycerz. Budziłby grozę, gdyby nie pewien fakt.
-Kobieta?- wyszeptał ze zdumieniem Rincewind. Była ubrana w... spodnie! Przeżył ciężki szok. W świecie Dysku spodnie nosili tylko mężczyźni, a tu do tej pory nie zauważył uchybień od tej zasady.
Niewiasta poprawiła spadający na czoło kosmyk swych złocistych włosów, po czym zaczęła mówić:
-Wiem, że przybyliście tu by mnie zgładzić. Jednak nie dostaniecie mnie bez walki- w jej dłoniach świsnął miecz.
-Ciri, nie!- Jaskier wyrwał się z rąk Srebrnej Ordy i podbiegł do dziewczyny. - Zaczekaj! To ja Jaskier! Nie zabijaj mnie! Oni mnie porwali- tu wymownym gestem wskazał na kapelusz Rincewinda zgrabnie oplatający jego nadgarstki.- I kazali do ciebie zaprowdzić. Grozili mi śmiercią! Ale wiedziałem, że nawet jeśli tu dotrą, to ty ich w walce pokonasz!- krzyknął energicznie i zaczął pochlebne peany na cześć królowej.- Ach, jak przypomnę sobie jak posługujesz się mieczem! Te ruchy! Ta siła! Przy tobie Geralt wygląda zabawnie!
Ciri, choć z początku wydawała się mile połechtana komplementami poety, teraz posmutniała i przerwała ten potok słów.
-Nie. Nie, Jaskrze. Od Geralta nigdy lepsza nie będę. Ach, jak mi go brak... I jak mi brak Yennefer...- tu pojedyncza łza spłynęła po je policzku.
Rincewind uznał, że pora się wtrącić.
-Eee... - zaczął inteligentnie.-Przepraszam, że się wtrącam, ale my tu właśnie w tej sprawie.
Ciri przeniosła na niego swój wzrok.
-Bo widzi pani... Czarownica o imieniu Yennefer nie umarła.
-Czarodziejka- poprawiła machinalnie Ciri nie zdając sobie na razie sprawy z wagi tych słów.
-Czarodziejka? Ach, no tak... Bo ja mam list od niej dla pani...
Królowa Ciri, niegdysiejsze Lwiątko z Cintry, wnuczka Calanthe, po której otrzymała swój obecny tytuł Lwicy spojrzała na niego smutno.
-Nie, myli się pan. Yennefer nie żyje. To pewne. Widziałam jej śmierć.
Rincewind uśmiechnął się z wyższością.
-No, właśnie o tym mówię. Ona nie umarła! Trafiła do innego świata! I przesyłą pani list.
Ciri spojrzała na maga podejrzliwie, po czym podeszła do niego i wzięła wyciągniętą w jej stronę kopertę. Drżącymi rękoma rozdarła papier... Przeczytała krótką informację, a potem wybiegła z komnaty zalewając się łzami.
Rincewind podniósł z ziemi upuszczony list a potem siarczyście zaklął.
Jaskier spojrzał mu przez ramię i przeczytał na głos:
-"Zawsze będziemy Cię kochać. Geralt i Yennefer".
Słowa te, wypowiedziane, zabrzmiały dla Rincewinda gorzej, niż gdy znajdowały się tylko na kartce. Zaklął ponownie i zaczął tyrradę:
-Jak mogli??? Jak mogli??? Wysyłać mnie do odległego świata tylko po to, by ktoś mógł komuś powiedzieć, że go KOCHA?!? To przechodzi granice! Nigdy więcej...- urwał, bo świat wokół niego zawirował.
***
-Uuk?- zapytał bibliotekarz Myślaka Stibbonsa.
-Przyzywają Rincewinda- wytłumaczył ten drugi.
-Iik?
-Nie, Srebrnej Ordy nie. Cohen prosił, by zostawić ich na tamtym świecie. Chcą poznać nowe miejsca, nowych ludzi...
Bibliotekarz pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym wrócił do swoich zajęć. Pomyślał, że o ile zna tych magów to na pewno coś sknocą.
I miał rację.
***
-Widzisz, mówiłam ci, że da radę - Yennefer uśmiechnąła się do Geralta najpiękniej jak potrafiła.
-No tak, ale gdyby Pani mu nie sprzyjała...
-To nie powierzyłabym mu tej misji- ucięła czarodziejka.
***
-Wygrałam- Pani uśmiechnęła się triumfalnie.- Rincewind dostarczył wiadomość.
-Ale gdyby nie Srebrna Orda...
- No i co z tego? To nie oni wykonali zadanie. Wygrałam.
-Chyba tak- przyznał Los po czym uśmiechnął się złośliwie.- Ale na kimś zemścić się muszę- rzucił, a następnie zakrzywił tor lotu Rineciwnda.
***
-Znowu się włóczymy po nocy, Potter?
Harry siarczyście zaklął.
- Jak ty się wyrażasz przy nauczycielu? Gryfindor traci - tu Snape się zastanowił. Pałętanie się po szkole, przeklinanie, na pewno knucie czegoś niedobrego...
Harry spuścił głowę. Znowu Hermiona będzie narzekać, że nie po to zdobywa punkty na lekcjach, by on je bezmyślnie tracił podczas nocnych eskapad.
Nagle poczuł silny powiew powietrza. Podniósł głowę. Obok niego zamiast Snape'a stał jakiś staruszek.
Harry zrobił dwa kroki do tyłu i w zakamrkach szaty odnalazł różdżkę. Wyciągnął ją przed siebie i powiedział:
-Mam różdżkę i nie zawaham się jej użyć!
Rincewind (bo to on był tym staruszkiem) spojrzał zaskoczony na chłopaka, potem na wyciągniętą w jego kierunku różdżkę, po czym uśmiechnął się niczym rekin z Encyklopedii PWN.
-Grozisz mi tym patykiem?- zapytał rozbawiony.
Harry był zszokowany. Mugol jakiś, czy co?
-To nie patyk. To różdżka.- wytłumaczył spokojnie, jak jakiemuś idiocie.- Służy ona do rzucania zaklęć. Jeśli zrobi pan coś, co mi się nie spodoba, to jej użyję. Rozumie pan?- Harry mówił najwolniej jak potrafił, żeby staruszek go zrozumiał. Nie lubił miotać zklęciami do nieuzbrojonych osób.
Rincewind spojrzał na niego z powątpiewaniem.
-Chłopcze, nie żartuj! Ile ty masz lat? 15? 16? Nie miałbyś czasu nauczyć się nawet połowy zaklęcia...
Harry był zaskoczony. Co ten facet wygaduje?
- Chyba się panu coś pomyliło. Znam całkiem sporo zaklęć. A teraz proszę mi powiedzieć, jak się pan nazywa.
Rincewind zastanowił się. Ten chłopak był taki pewny tego co mówi... Pewnie wykładowycy z NU po raz setny coś skopali i trafił do następnego świata. Pewnie tutaj łatwiej można nauczyć się czarów. A może po prostu ludzie nie starzeją się tak szybko.
-Nazywam się Rincewind, mag. Gdzie ja jestem?
Harry sprawiał wrażenie coraz bardziej zdezorientowanego. Staruszek albo przybył z innego świata albo był genialnym aktorem. Sądząc po jego wyglądzie, raczej to pierwsze. Nie wyglądał na kogoś obdarzonego wielkimi talentami. Mimo to Harry wciąż zachowywał dystans. Zbyt wiele przeżył, zbyt wiele widział, by stracić czujność.
-W Hogwarcie, Szkole Magii i Czarodziejstwa- wyjaśnił.
Rincewind rozejrzał się dookoła. Byli w jakimś korytarzu... A te drzwi... Tak, one mogły prowadzić do sal wykładowych. Wyjrzał przez okno.
Zamek. No, tak, czyli faktycznie jakiś uniwersytet magiczny. Trzeba by znaleźć nadrektora, może on mu pomoże.
-Chłopcze, czy mógłbyś zaprowadzić mnie do waszego nadrektora?- poprosił.
-Nie mamy nadrektora- odpowiedział zgodnie z prawdą Harry.- Ale mamy dyrektora. Nazywa się Albus Dumbledor- dodał z dumą.
-Prowadź.
Harry wskazał Rincewindowi drogę po czym ruszył za nim cały czas celując różdżką w jego plecy. Mag starał się nie zwracać uwagi na nastolatka. Bardziej był zajęty oglądaniem wnętrza budynku. Podobało mu się tu. "Może uda mi się tutaj zostać?" -pomyślał.
Harry krzyknął do niego, żeby się zatrzymał. Stali przed posągiem chimery. Rincewind patrzył zaskoczony na chłopaka, który wykrzykiwał:
-Fasolki wszystkich samków Bertiego Boota! Karaluchowy blok! Cukrowe pióro! Dropsy! Omdlejki grylażowe! Krwotoczki truskawkowe! Bombonierka lesera! Kremowe piwo! - Harry'emu wyraźnie kończyła się wena twórcza, więc Rincewind podpowiedział:
-A może kawa z Klatchu?
W tym momencie chimera się odsunęła a ich oczom ukazały się schody.
Harry pomyślał, że skoro ten facet odgadł hasło do gabinetu Dumbledora, to chyba jednak nie jest jakimś przybyszem z odległego wszechświata. Tylko co to ten "Klatch"?
Weszli po schodach na górę i zapukali do drzwi.
-Proszę!- usłyszeli.
Rincewind po raz pierwszy znalazł się w takim gabinecie (a bywał w wielu). Ściany zdobiły podobizny różnych ludzi, które w dodatku poruszały się! Na najróżniejszych półkach i półeczkach porozstawiane były przedmioty, których nigdy wcześniej nie widział (a widział wiele, wierzcie mi).
Coś zagęgało w kącie. Rincewind spojrzał w tamtą stronę i ujrzał najpiękniejszego ptaka na świecie. "To chyba feniks"-pomyślał. Z zamyślenia wyrwały go słowa chłopca:
- I wtedy dyrektorze zobaczyłem tego człowieka. Nie wiem co się stało z profesorem Snape'em.
-Dziękuję ci, Harry. - powiedział jakiś mężczyzna siedzący za biurkiem. Rincewind dopiero teraz zwrócił na niego uwagę. Domyślil się, że jest to dyrektor.
-A więc to ty jesteś Rincewind?- zagadnął a jego długa siwa broda zafalowała na wietrze, którego tam być nie powinno ale z niewiadomych mi powodów tam właśnie się znalazł.
-Tak, panie...
-Albus Dumbledor- powiedział dyrektor zerkając wesoło na maga zza swoich okularów-połówek.- Miło mi pana gościć w naszej szkole. Nadrektor NU wspominał mi o panu.
Rincewind odetchnął. Skoro Dumbledore znał nadrektora nie będzie musiał się tłumaczyć.
-Gdzie ja trafiłem?- zapytał.
-Jesteś właśne w równoległym świecie, w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Prawdopodobnie podczas teleportacji nastąpił jakiś błąd w obliczeniach i zostałeś zamieniony miejscem z naszym nauczycielem, profesorem Snape'em. Niestety nie jesteśmy w stanie odesłać cię do twojego świata- Harry słuchał słów dyrektora jak zaklęty. Ha! A jednak miał rację.-Jednakże mamy wolny wakat nauczyciela eliksirów. Czy zająłbyś jego miejsce?
Harry wstrzymał oddech. Ten facet zamiast Snape'a? "Niech się zgodzi! Niech się zgodzi!"-myślał gorączkowo.
Rincewind skinął głową:
-Myślę, że przyjmę tą propozycję, tylko że.. ja nie znam się na eliksirach.
Dumbledore uśmiechnął się porozumiewawczo.
-Spokojnie. Dysponujemy odpowiednimi księgami. Wszystkiego można się nauczyć.- a potem rzucił Harry'emu- Potter, zaprowadź naszego nowego nauczyciela do jego gabinetu.
-Do gabinetu profesora Snpe'a?- zapytał Harry nie wierząc swojemu szczęściu.
-Tak, ale to teraz jest gabinet profesora Rincewinda- Rincewind wypiął dumnie pierś- Rzeczy Severusa Snape'a zostały już przeniesione do schowka.
Harry wyprowadził Rincewinda z gabinetu i wskazał mu drogę do lochów a sam pędem rzucil się do dormitorium.
-Nie ma Snape'a!!!- wrzasnął wpadając do sypialni.
***
Rincewind rozglądał się po swoim nowym pokoju. "Nie jest tak źle- myślał- cisza, spokój, własny pokój i bycie profesorem. Nie jest tak źle"-powtórzył, a potem rzucił się na łóżko obite czarnym aksamitem i od razu zasnął. Był strasznie zmęczony.
***
Snape rozglądał się niepewnie po zebranych "#%&#$!"- zaklął w myślach, co było niezwykłym wyczynem lingwistycznym- Gdzie ja, do jasnego cukru, jestem???"
Nadrektor podszedł do niego niepewnie:
-Pan chyba nie jest Rincewindem?
KONIEC |
_________________ Nie daj się zwieść polskim producentom cyckonoszy! Sprawdż swój PRAWDZIWY rozmiar! |
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 2 Luty 2005, 09:34
|
|
|
Nie, no spox. Bardzo dobry pomysł
A z tym przeniesieniem Rincewinda do Harrego Portfela to był strzał w 10 |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 2 Luty 2005, 11:36
|
|
|
Chyba sobie to wydrukuję i powieszę w ramki
Kiedy to pisałaś ? |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 19 Luty 2005, 21:28
|
|
|
Krasnola, jedna sprawa.
Dlaczego, na bogów postarzasz Rincewinda!!!!
Ja wiem, że ś.p. Kirby tak go malował, ale on NIE BYŁ TAKI STARY
Miał jakąś czterdziestkę, TO JEST STARY???
Do tego czemu Rince miał dom na XXXX??? , Rince poza NU nie miał domu i zazwyczaj nie osiedlał się byle gdzie. Elementem przesłodkim była zato Surykatka .
Czepiania się narazie koniec, przepraszam, ale taka już moja natura :aniol: . |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 21 Luty 2005, 22:17
|
|
|
| Cytat: | | Miał jakąś czterdziestkę, TO JEST STARY??? |
No, wiesz ś.p Kirby go tak malował - i to niestety się utrwaliło -
Lecz Kidby przedstawia go jako wcaleniestarąosobę więc może się wszystko wyprostuje |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
|
|
|
 |
Agutii

Wiek: 19 Dołączyła: 11 Maj 2006 Skąd: Skądś na pewno
|
Wysłany: 30 Sierpień 2007, 20:03
|
|
|
Muszę przyznać, że czytając to opowiadanko ubawiłam się setnie. W dodatku, mimo wcześniejszej lekkiej obawy, uważam, że połączenie Pottera, wiedźmina i ŚD to strzał w dziesiątkę! Jestem pod wrażeniem
PS. Czy Rincewindowi powiodło się w karierze nauczyciela eliksirów? |
_________________ "-Dlaczego chcesz patrzeć na gwiazdy?
-Tam mieszkam.
-Wśród gwiazd?
-Tak..."
"K-Pax" |
|
|
|
 |
arekrem

Wiek: 21 Dołączył: 10 Sie 2007 Skąd: Inąd Zdrój
|
Wysłany: 2 Wrzesień 2007, 17:32
|
|
|
Gut. Ale mimo wszystko jest parę błędów - Ciri nie została królową Cintry. Zamiast niej Emhyr osadził na tronie sobowtóra... Tak więc cała intryga jest bez sensu. No i związki NU z Hogwartem Gdyby Dumbledore miał kontakt z Ridcully`m to by Harry coś o tym wcześniej wiedział... |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
Wysłany: 3 Wrzesień 2007, 21:07
|
|
|
Agutii, dziękuję Jakby co krasnola.er.pl (inne w podobnym stylu rzeczy tego typu - chłopcy, nie zabijajcie mnie za podawanie adresu strony, proszę).
arekrem, Oj, Wiedżmina czytałam dawno, na długo zanim powstało to opowiadanie. Nie pamiętam z niego nic, a jakaś intryga skądś się musiała wziąć. A co się tyczy ostatniego zdania, to proszę, nie załamuj mnie ... :] |
_________________ Nie daj się zwieść polskim producentom cyckonoszy! Sprawdż swój PRAWDZIWY rozmiar! |
|
|
|
 |
arekrem

Wiek: 21 Dołączył: 10 Sie 2007 Skąd: Inąd Zdrój
|
Wysłany: 5 Wrzesień 2007, 19:57
|
|
|
Dobra, dobra. To był żart Ale przyznacie, że Harry dowiadywał się wszystkiego, nawet gdy było to pozbawione logiki No i zamiast cieszyć się że nie ma Snape`a rozpocząłby dochodzenie a w finałowej scenie z gracją Herkulesa Poirot rozwiązałby zagadkę znikajacego Snape`a... Tylko byłoby za późno, bo pewnie Snape zginąłby wychodząc z NU
Ale nawet nieźle |
_________________ "Wiele może się wydarzyć rzeczy niespodziewanych między ustami a brzegiem pucharu." |
|
|
|
 |
Agutii

Wiek: 19 Dołączyła: 11 Maj 2006 Skąd: Skądś na pewno
|
Wysłany: 15 Wrzesień 2007, 17:43
|
|
|
Za adres bardzo dziękuję i na pewno zajrzę ...
Mam tylko jedno pytanie: Czy będzie kontynuacja?? |
_________________ "-Dlaczego chcesz patrzeć na gwiazdy?
-Tam mieszkam.
-Wśród gwiazd?
-Tak..."
"K-Pax" |
|
|
|
 |
Krasnola
Kochanica Kora

Wiek: 23 Dołączyła: 18 Paź 2004 Skąd: Poznań (Zalasewo)
|
Wysłany: 16 Wrzesień 2007, 14:13
|
|
|
Kontynuacji nie będzie, aczkolwiek zastanawiałam się nad przerobieniem tego na normalne opowiadanie. Trochę musiałabym dodać, trochę postaci pozmieniać, ale mogłoby wyjść nieźle.
Ja w ogóle z FF dawno skończyłam. Teraz głównie piszę ciąg dalszy "Gangu Mangust Pręgowatych", ale niewiele na razie ukazało się w Internecie. No i opowiadania te potrzebują jeszcze wielu przeróbek. Na stronie u mnie coś tam było, więc jak chcesz to poszukaj, ale nie wiem, czy nie lepiej w starej wersji strony (jest link na stronie głównej). |
_________________ Nie daj się zwieść polskim producentom cyckonoszy! Sprawdż swój PRAWDZIWY rozmiar! |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group |