 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
|
[FF] Mordercze wiewióry |
| Autor |
Wiadomość |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 2 Lipiec 2005, 10:01 [FF] Mordercze wiewióry
|
|
|
No, to był mój pierwszy dyskowy ff, sądze, że jeszcze wiele można by od niego wymagać, ale nie jest taki znowu tragiczny
arrrgh!!
Zeżarły mnie!!!!!
arrrrgh
Zjadły mnie
One są wszędzie!!!!!
Zaraz cię zjedzą
Wiewiórki!!!!!!!!
aaaaaaaaaaaaaa
arghhhhh, wiewiórka!!!! argharrgh ugryzłaa mnie!!!!!!!
help, help!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!aaaaaaa
ona.......nie ruszaj się.....jest przy twoim ramieniu....AAAAA UCIEKAJ ZARAZ SIĘ NA CIEBIE RZUCI!!!!!
ONE UKRADŁY MI WSZYSTKIE ORZESZKI!!!!!
WIELKIE!!!!!
STRASZNE WIEWIÓRY!!!!!
ZABÓJCY
ONE CHCĄ NAM ODEBRAĆ WSZYSTKIE ORZESZKI!!!!!
CHROŃMY LASKOWE
DAJMY IM ZIEMNE
TO NA JAKIŚ CZAS JE ZAJMIE
i wtedy siem prześliźniemy
ale one nas będą gonić...buuuuuuuuuuuu
To booooooooooooooooli!!!!! Arghhhh, nie w twarz Nie w twaaaaaaaarz!!!!
Bum bum. Pac, pac.
- Hej, hej, Sam obudź się, miałeś zły sen, mój drogi.
- Co się stało, Sybil???
- Chyba śniły ci się...wiewiórki.
- Aha, dobrze, że nikt o tym nie wie. Nie ma świadków.
- No nie byłabym taka pewna, obudziły mnie odgłosy zza krzaków i zobaczyłam uciekającego pana de Worde (to ten od gazety w Ankh).
- NIE, NIE, Ankh Morpork mnie może o tym wiedzieć!!!!
"NAGŁÓWEK W ANKH MORPORK TIMES:
KOMENDANT VIMES I PSYCHOZA WIEWIÓRKOWA
Czy przewodnik miejskich strażników się starzeje? Co się dzieję z komendantem Vimesem, cierpiącym na fobie wiewiórek?..”
- NIEEEEEEEE, ZABIJE CIĘ WORDE!!!!.
".... Pan Vimes chyba niezwykle przepada za orzeszkami, głównie laskowymi, może drodzy przestępcy uda wam się przekupić go? Wolność za orzeszka!!
Ale strzeżcie się, bo kto z was da komendantowi orzeszka ziemnego długo nie pochodzi po tym świecie - Pan Vimes na pewno naśle na was MORDERCZE WIEWIÓRY strzeżcie się więc.
Wasz oddany William de Worde"
Patrycjusz Vetinari wziął do ręki poranną gazetę
- Vimes i mordercze wiewióry - przeczytał. Cóż, dzień zapowiadał się ciekawie.
Sierżant Colon kiedyś do pracy chodził zawsze wieczorami, ale cóż, czasy się zmieniły. Dziś wstał przed świtem i gdy tylko słońce zaczęło wlewać swój blask do Ankh Morpork można było ujrzeć sierżanta dzielnie maszerującego na komendę Pseudopolis Yard.
Nagle przed zaspanymi oczami Colona pojawiła się sugestia lśniącego, rudego futerka. Sierżant przystanął na chwile.
- Nie...- pomyślał - musiało mi się wydawać. I ruszył dalej.
Pożegnała go wzrokiem przyczajona za rogiem wiewiórka, po czym odbiegła dalej.
Komendant Vimes ubrał się pośpiesznie i zbiegł po schodach. W głowie kłębiły mu się myśli "Cała Straż mnie wyśmieje, jak można szanować człowieka, który krzyczy o orzeszkach laskowych o trzeciej nad ranem, czy można się bardziej zbłaźnić?".
Pożegnał się z Lady Sybil i wyszedł przed rezydencje Ramkinów..., a właściwie Vimesów.
Spojrzał na swą lektykę, westchnął i ruszył piechotą przed siebie.
Przez kłębiące się w jego głowie myśli nie dostrzegł wpatrujących się w niego kaprawych oczek, które śledziły go aż zniknął w wylocie alejki.
Patrycjusz wezwał do siebie sekretarza.
- Drumknott, proszę o pilne wezwanie do siebie pana de Worde.
- Tak panie. - z patrycjuszem nie warto było się kłócić. Szybko wybiegł więc z komnaty.
"Ten de Worde jest niebezpieczny - myślał Vetinari - Może zepsuć rolę, jaką przygotowywałem dla Vimesa, by był użyteczny, Vimes musi być szanowany..., ale jeśliby się zastanowić, de Wordem można odpowiednio pokierować...jak marionetką...jak całym tym miastem". Patrycjusz układał w głowie nowy, genialny plan.
Na komendzie przebywały dwie osoby. Sierżant miał zaszczyt zostać tą trzecią.
- Cześć Nobby, witam kapitanie Marchewa.
Rzucił szybkie powitanie. Zaraz potem dodał:
- Słuchajcie, czy nie wiecie przypadkiem, co może być takie jednocześnie szczurowate i jednocześnie rude??.
- Zmutowany szczur? - zgadywał Nobby - Szczur, który wpadł do Ankh? Szczur, który zjadł pasztecik Dibblera??.
Marchewe nagle olśniło.
- Chyba nie ma pan na myśli wiewiórek, sierżancie? Przecież w Ankh Morpork nie żyją wiewiórki! Nie mogłyby!!.
- A czytaliście o komendancie - wtrącił Nobby. - Staremu Vimesiowi odbija.
Zamilkł pod spojrzeniami przyjaciół. Marchewa wzruszył ramionami.
- Musiało mi się wydawać - powiedział Colon. - Byłem zmęczony.
Po chwili Nobby dodał przestraszony.
- Fred...tobie też odbija...
Sierżant Angua otworzyła zaspane oczy. Pierwsza rzeczą, jaką ujrzała była siedząca na parapecie wiewiórka.
- A sio - krzyknęła dziewczyna - chyba nie chcesz być zjedzona?
" Tak dawno ich nie smakowałam, myślała Angua, one mają delikatne mięsko, ale nie, nie wolno mi tak myśleć. Spokojnie, Angua skup się."
Dziewczyna złożyła palce wskazujące z kciukami, usiadła po Klachiańsku (turecku) i zaczęła medytować.
- Ummmmmm - powtarzała w kółko, obserwując stworzonko.
Nagle wiewiórka wydęła oczka i skoczyła na sierżant Angue wściekle.
Po minucie Angua wstała i otrzepała się.
- Jak dobrze, że niedawno była pełnia, to zwierze miało chyba wściekliznę.
Złapała w rękę zwłoczki i wyrzuciła przez okno. Tam wiewiórka podzieliła się na dwie części ożyła i odbiegła.
Pan Mango, jako dziecko, zawsze marzył żeby zostać kimś wartościowym. Chciał zostać piekarzem, rzeźnikiem, złodziejem, skrytobójcą, ale nie... w spadku dostał wielki stragan z owocami. Sąsiedzi zawsze naśmiewali się z tego. "Jakie nazwisko taka praca", mówili. No cóż, może nie jest to coś wspaniałego, myślał Pan Mango, ale przynajmniej będę to robił dobrze.
Miał właściwie tylko jednego stałego klienta, był nim Bibliotekarz z Niewidocznego Uniwersytetu. Właśnie, ludzie często zastanawiali się skąd ta małpa bierze tyle owoców. Właśnie od niego. Często przychodził tu też pomocnik bibliotekarza... jak on się nazywał, ten nieudany mag? Rincewind? Tak, chyba tak. Przychodził tu z zamówieniami na banany i pomarańcze, a później taszczył je w wielkich paczkach z powrotem, jakby nie mógł użyć prostego zaklęcia przenoszenia. To umieją nawet początkujący studenci. Ale widocznie nie mógł.
Pan Mango rozstawił wielki stragan. Robił to długo, bo gdy skończył słońce już dawno wzeszło.
Zadowolony z siebie Pan Mango usiadł na krzesełku. Choć był duży i otyły, owoców było tak wiele, że zza nich wystawała tylko jego wielka głowa.
Nie zauważył więc pięciu rudych stworzonek, które z zaciekawieniem przyglądały mu się spod lady.
Sprzedawca zauważył je dopiero dlatego, że zaczęły głośno popiskiwać wszystkie w jednym kierunku, jakby czegoś oczekiwały.
- Zmykajcie paskudy, bo Dibbler zrobi z was kiełbaski, uhhh. Choć robił je już z gorszych rzeczy niż wy, maluchy. - odezwał się do nich cicho. Jeśli ktoś się dowie, że gadam ze szczurami, to nawet Bibliotekarz przestanie tu kupować.
Z uliczki na przeciwko straganu zaczęła wysypywać się fala rudego futra.
Jedyną, ostatnią rzeczą w życiu, jaką zdołał zrobić Pan Mango było ujrzenie setek czerwonych oczek i wydobycie stłumionego krzyku spod morza futra.
Komendant Vimes wszedł punktualnie do Podłużnego Gabinetu.
Patrycjusz siedział za biurkiem bacznie mu się przyglądając.
Vimes spojrzał na blat i zobaczył gazetę.
- Ughhhh... - wyszeptał.
- Słucham, komendancie? - zapytał zdziwiony Patrycjusz.
- Nic się nie stało, sir. - odparł z kamienną twarzą Vimes, patrząc w przestrzeń.
- A jednak... - zaczął Patrycjusz - Czytał już pan dzisiejszą gazetę, sir Samuelu?
- Tak, sir. - mruknął Vimes.
- Zdaję sobie sprawę z tego, iż jest pan przepracowany, sir Samuelu, ale takie pogłoski, nie są użyteczne dla miasta. Mieszkańcy mogą pomyśleć, że największe miejskie autorytety w mieście podupadają.
- Tak, sir.
- Jest pan pewny, że nie potrzebuje pan wypoczynku?
- Nie, sir.
- Skoro jest pan przekonany...
Gdy Vimes odchodził, Patrycjusz gestem nakazał mu słuchać.
- Może być pan pewien, sir Samuelu, że porozmawiam sobie z panem de Worde, to mój... hmmm... obywatelski obowiązek. Ale wiewiórki, sir Samuelu? Nie mogły być pająki albo skorpiony?... Żegnam.
Vimes rzucił się w stronę schodów.
Ten wyliniały gad naśmiewał się z niego, w żywe oczy. Do tego udawał, że się o niego troszczy. "Obywatelski obowiązek", jakbym ja sam nie mógł tego załatwić.
Po czym komendant pobiegł na komendę.
Sierżant Angua raźne zmierzała do pracy. Nie zapomniała, wprawdzie o zdarzeniu z tego ranka, ale kiedy mieszka się w takim domu... U pani Cake zdarzały się dziwniejsze rzeczy.
Strażniczka zdziwiła się więc, kiedy przechodząc ulicą Filigranową, u jej wylotu zauważyła pełno porozrzucanych i pozgniatanych owoców. Sąsiadujące gildie jeszcze spały, zapewne niczego jeszcze nie zauważyły.
Angua postanowiła iść dalej tym tropem. Posuwała się dalej i dalej, gdzie było coraz więcej owoców... Zauważyła coś na końcu alejki...
I szybko rzuciła się w stronę komisariatu.
Z duszą na ramieniu, Vimes wszedł do budynku Pseudopolis Yard.
Powitały go tam spojrzenia Marchewy, Colona i Nobby'ego.
- Witamy w nowym dniu, komendancie - powiedział z uśmiechem Marchewa.
Widocznie pochowali wszystkie egzemplarze gazet, pomyślał Vimes.
- Czy są jakieś specjalne zadania do zrobienia? - odrzekł szybko sierżant Colon.
Sierżant chciał szybko usunąć się z pola rażenia, nie wiadomo w jakim Vimes jest nastroju.
Uwagę Vimesa przykuł skręt Nobby'ego.
- Kapralu Nobbs, z czego zrobiliście tego papierosa?
Nobby zaczął krztusić się dymem, ale parskając odpowiedział:
- Z gazety, komendancie, bo w niej są same bzdury, tylko do tego się nadaje.
- Słusznie - odparł krótko Vimes.
W drodze do swego gabinetu, rzucił jeszcze:
- Nobby, jeżeli usłyszę dziś słowo orzeszek, to naprawdę, niezwykle się zdenerwuję - i ruszył dalej.
Po chwili sierżant dodał cicho:
- Kapralu, zamknijcie usta, bo wyglądacie głupio.
Drzwi otworzyły się nagle i dość głośno uderzyły w ścianę. Na tyle głośnio, że Vimes, który stał na szczycie schodów, przystanął nagle.
- Chłopaki, odkryłam dziwne morderstwo.
Vimes szybko zbiegł po schodach.
- Gdzie? - rzucił szybko.
- Na Filigranowej. - odpowiedziała.
- Sierżancie, pan zostaję, proszę o przysłanie na miejsce kaprala Tyłeczka, kiedy tu przyjdzie, kapitanie, Nobby idziemy. Sierżant Angua prowadzi.
Wywołani wybiegli z komendy zostawiając zaskoczonego sierżanta.
Co za dzień, myślał sierżant, dzień pełen wrażeń.
W biegu Angua opowiedziała co znalazła:
- Kiedy przechodziłam obok Gildii Skrytobójców, znalazłam tego człowieka. Wiem, że prowadził duży stragan z owocami, kiedyś kupiłam od niego jabłko, wie pan, terapia wegetariańska. I kiedy znalazłam tego człowieka wyglądał strasznie...
W tym momencie dobiegli do zaułka Filigranowej.
- Na bogów... - rzucił cicho Marchewa.
Człowiek, a właściwie to, co z człowieka pozostało, wyglądał jakby został pogryziony przez bandę wściekłych szczurów. W około walały się resztki owoców i straganu.
- Nie wie, pani sierżant przypadkiem gdzie mieszkał ten człowiek? Albo chociaż jak się nazywał?
- To miało związek z jakimś owocem... Mango!! Nazywał się Mango...
Po chwili Vimes nie miał wyjścia:
- Kapralu Nobbs, proszę się w tej chwili uspokoić!!!
Marchewa zajął się uspokajaniem Nobby'ego.
Po kilku minutach nadbiegła zdyszana kapral Tyłeczek.
- Co się stało, sir? Sierżant Colon nie mógł mi wiele powiedzieć.
- Masz ikonograf? Dobrze, proszę zrobić obrazki...
W tym czasie Angua, pochylona badała miejsce zbrodni.
Żadnych śladów, nie ma motywu, bo kto chciałby pozbyć się zwykłego sprzedawcy owoców, może sprzedał komuś zgniłą pomarańcze...?
Ale jej wzrok przyciągnęła ręka nieboszczyka.
Była mocno zaciśnięta na kłębku rudych włosów.
- Komendancie, ślad!
Vimes podszedł.
- Tyłeczek, proszę obrazek.
Potem wyjął włosy z dłoni sprzedawcy.
- Trzeba je zbadać, Tyłeczek, zajmiesz się tym? Kapralu proszę wyrysować obrys zwłok. Kapitanie Marchewa, zaniesie pan je potem na komisariat. Sierżant Angua, może się pani dowiedzieć co to?
Angua odbiegła za róg i po chwili podbiegł do nich wielki wilk. Biegał chwile, węszył, szybko odbiegł za róg, a po chwili przejęta Angua krzyknęła:
- To wiewiórki! Świeży zapach, jedna zaatakowała mnie dziś rano! Chyba mają wściekliznę, ale jego musiało zaatakować całe stado!
Nobby spojrzał niewinnie na Vimesa, który patrząc podejrzliwie na Anguę zapytał:
- Czy czytała pani dzisiejszą gazetę?
- Nie, a co...
- Ja czytałam! - wtrąciła kapral Tyłeczek, która chyba poprzez niewyspanie wolniej myślała.
- To w takim razie możecie opowiedzieć to sierżant w drodze do komisariatu. Jeżeli znajdziecie tam Detrytusa, to możecie powiedzieć mu żeby znalazł funkcjonariusza Rzygacza i przysłał go to, niech pilnuje. Dobrze chyba wszystko załatwione. Pójdę się rozejrzeć.
Wszyscy zajęli się powierzonym im obowiązkom.
PAN MANGO?, zapytał Śmierć.
Po chwili dosłyszał wśród mamrotania słowa:
- Co to było!! Na bogów. Zaatakowany przez zmutowane szczury.
ZDAJE PAN SOBIE SPRAWĘ, ciągną Śmierć, ŻE JEST PAN MARTWY?
- A kim ty jesteś? - spytał sprzedawca, nagle zauważając chudą sylwetkę. - Chcesz coś kupić? Wygląda pan, za pańskim przeproszeniem, dość chorowicie. Może życzyłby pan sobie pożywną morelę? - jak każdy dobry sprzedawca, pan Mango zawszę najpierw zajmował się interesami.
NIE, odparł Śmierć, ALE JEŻELI PÓJDZIE PAN ZE MNĄ...
- Jesteś Śmiercią? Te małe bestie mnie zabiły?!
SĄDZĘ, ŻE TU MA PAN RACJĘ.
- Co z moim biednym straganem?! - rozpaczał pan Mango. - Te wszystkie owoce pięknie poukładane, segregowane przez cały ranek!!!
NIECH PAN SIĘ NIE MARTWI, Śmierć położył mu kościstą dłoń na ramieniu, TRAFI PAN DO KRAINY... HMM... OWOCAMI PŁYNĄCĄ?
- Ale nie będę musiał ich już więcej układać, co? Wiesz, jaka to strasznie męcząca praca?
SPOKOJNIE, TO PAN BĘDZIE TERAZ WŁADCĄ OWOCÓW. BĘDZIE MÓGŁ PAN PRZESKAKIWAĆ NA LIANACH, PO DŻUNGLI, KRZYCĄC ILE SIŁ W PŁUCACH, SKAKAĆ Z MAŁPAMI I ZJADAĆ POŻYWNE BANANY.
- To mi się podoba! Ale mam chyba nieodpowiedni strój...
WYSTARCZY PRZEPASKA.
Kiedy duch pana Mango w końcu zniknął, Śmierć przystanął na chwilę, a jego oczodole zamigotały wesołe iskierki.
CORAZ LEPIEJ MI IDZIE, pomyślał, DO KAŻDEGO KLIENTA TRZEBA PODCHODZIĆ NA NOWO.
Może nie powinienem, myślał William siedząc przed Podłużnym Gabinetem, mogłem zostawić Vimesa w spokoju.
Nagle coś się w nim zbuntowało: "ale przecież każdy ma prawo wiedzieć!!!".
Został wezwany do gabinetu.
Patrycjusz postanowił od razu zacząć od konkretów.
- Panie de Worde, czytałem pańską gazetę, a konkretniej pański artykuł dotyczący Sir Samuela Vimesa i nie życzę sobie tego typu historii, rozumie pan?
- Ale przecież ludzie mają prawo wiedzieć!
- O takich bzdurach?! Jest pan dziecinny, panie de Worde. Gdyby spędzić trochę czasu u pana na pewno mógłbym znaleźć wiele... śmieszniejszych fobii. Może boi się pan mrówek, może wróbli, nie wnikam, ale stanowczo nie życzę sobie tego typu historii więcej. Chcę by pan... - Vetinari uśmiechnął się drapieżnie. - Napisał jak najbardziej pochlebny artykuł o pracy naszej straży miejskiej. Rozumie pan? Same plusy. Niech nie pozwoli mi się pan zatrzymywać.
Patrycjusz stracił zainteresowanie "ofiarą".
William szybko się oddalił, nie powiedział nic. Miał własny plan. Całkiem prosty. Jego plan brzmiał po prostu "Prawda". Pisz tylko prawdę i nie przejmuj się niczym, raz się żyje. Zrobi to co Patrycjusz mu kazał, tylko że "prawdziwie". Straż musi mieć jakieś słabe strony.
Po wyjściu de Worde'a, Vetinari podniósł głowę znad papierów i spojrzał w zamyśleniu na drzwi.
Myślał, - Ten de Worde to twarda sztuka i był jakiś... cichy, podejrzane. Może coś knuje? Jeżeli tak to świetnie! Będzie przynajmniej jakieś zajęcie w nudne wieczory.
Chmury burzowe psuły efekt pięknego poranka, zapowiadało się na deszcz.
Vimes zastanawiając się nad tajemniczą sprawą morderstwa zaczął powoli kierować się w stronę Pseudopolis Yard, mruczał do siebie cicho:
- Czego szukać, nie ma niczego... hmmmm... wiewiórki?! O co chodzi z tymi przeklętymi bestiami!...
Zauważył Williama de Worde'a zmierzającego w tym samym kierunku co on. Worde szedł ponury, zamyślony, ale po chwili i on zauważył przyglądającego mu się wygłodniale Vimesa.
- Witam pana - powitał go komendant. - Nie widzieliśmy się zaledwie od nocy, prawda?
Worde ze zgrozą patrzył na to jak Vimes rozprostowuje i zaciska morderczo pięści. Zastanawiał się, "gdybym spotkał go w ciemnym pomieszczeniu to byłbym bardzo biedny".
- Co sprowadza pana do naszej dzielnicy? - ciągnął dalej Vimes z krwiożerczą uprzejmością.
- Ja... ten.. hmmm... - plątał się Worde. Westchnął i postanowił mówić Prawdę. - Lord Vetinari zlecił mi napisanie artykułu...
- O czym tym razem? - przerwał mu Vimes.
- Mam napisać jak dobrze działa nasza straż miejska. - William spojrzał na komendanta niewinnie. Vimes nie patrzył mu w oczy, w ogóle starał się o nim nie myśleć. Gdyby pomyślał wprost: "Masz przed sobą de Worde'a, zrób użytek z pięści" - to rzeczywiście by tak zrobił. Odparł jednak automatycznie:
- W takim razie zapraszam pana na komendę, ale ostrzegam, nie możemy poświęcić panu wiele czasu. Badamy właśnie dziwne morderstwo...
Słowa Vimesa uwolniły w umyślę de Worde'a zapędy dziennikarskie. Nie przejmując się niebezpieczeństwem, które nad nim groziło, zapytał:
- A o co dokładnie chodzi?
Teraz Vimes spojrzał mu w twarz i ironicznie uśmiechnął.
- O wiewiórki, panie de Worde. Może pan kontynuować swój reportaż.
Dopiero teraz William zauważył, że ludzie na ulicy pokazują Vimesa palcami i uśmiechają się złośliwie.
Podreptał więc za Vimesem potulnie.
Angua razem z Cheri doszła już do komisariatu. Detrytus właśnie przyszedł na służbę. Wysłały go więc po Rzygacza, ci dwaj dobrze się dogadywali.
- To ja pójdę zbadać próbki włosia, do zobaczenia. - rzuciła Cudo i oddaliła się w stronę swojej "pracowni".
Angua poczuła się zbędna. Trzeba trochę powęszyć. Skoro najpierw były u mnie, następnie na Filigranowej, to muszą szybko się przemieszczać, ale ich zapach szybko się ulatniał. Angua postanowiła wrócić na miejsce zbrodni "w cywilu".
Patrycjusz zastanawiał się głęboko.
Taak, to najlepsze co mógł zrobić. Vimes i de Worde zajmą się sobą i nie będzie konieczności użycia jamy ze skorpionami. Trzeba tylko uważać, żeby nie posunęli się za daleko. Vetinari zajmował się obywatelami jak grą w szachy. Każdy był pionkiem, chociaż nie... Czymś więcej niż pionkiem, ale władza Patrycjusza polegała mniej więcej na ruchach gracza, czasem trzeba coś poświęcić, czasem komuś zagrozić, ale wszystko to jakoś działa. Działa wręcz doskonale...
Sierżant Angua znajdowała się w innym miejscu i w innej postaci.
Była na miejscu zbrodni w ciele wilka. Wiewiórki niezwykle ciężko było wywęszyć, mają coś takiego w strukturze zapachu, że ich ślad po chwili znika. Zapewne po to by zmylić potencjalnego drapieżnika.
Ale delikatny powiew, przez nos widziany jako kolor bury, dawał się odczytać w powietrzu.
Sierżant szła powoli. Często gubiła trop, myliła go z innymi, podobnymi zapachami i ledwo później odnajdywała.
W końcu po męczącej pogoni Angua stanęła nad brzegiem Ankh.
Tam trop się urywał... i co? Chyba nie wskoczyły do Ankh? Te wredne bestie przechytrzyły nawet mnie.
Zrezygnowana wilczyca wróciła do punktu wyjścia i na komendę.
Zanim Angua dotarła na komendę doszli już tam Vimes i de Worde.
Poza nimi był tam tylko sierżant Colon, bo Cheri robiła eksperymenty i nie była duchowo obecna.
Kiedy Colon zobaczył KTO stoi za Vimesem, mocno się przeraził. "Będę świadkiem rzezi!!".
Jednak Vimes zwrócił się do niego spokojnie.
- Fred zajmij się panem de Worde, dobrze? Ja nie będę mógł mu poświęcić tyle uwagi.
- Tak, sir.
- Powiedz mu wszystko o tej sprawie, niech ma jakieś pojęcie. Panie de Worde - zwrócił się uprzejmie do Williama. - Muszę poprosić pana o nie publikowanie wiadomości o morderstwie, dopóki ta sprawa nie zostanie rozwiązana, rozumiemy się?
- Tak jest, sir Samuelu.
- Mam nadzieję, że poczuje się pan u nas jak w domu. - tu Vimes złośliwie się uśmiechnął. - Dostanie pan własny pokój, żeby mógł pan śledzić nasze poczynania przez okrągłą dobę.
Vimes oddalił się do swojego gabinetu.
- Eee... - zaczął sierżant. Rozpoczynanie rozmów nie było jego mocną stroną.
William zlitował się w końcu i powiedział:
- Niech pan powie co się stało. Ma pan ikonogramy? Może mi je pan pokazać?...
Na Niewidocznym Uniwersytecie powoli mijała pora obiadowa, co nie znaczy, że magowie rezygnowali z posiłku. Wręcz przeciwnie, dopiero się rozgrzewali.
Jeden z nich był inny, był wyjątkowy. Głównie dlatego, że o tej porze nie spożywał posiłku. Jak na maga było to wyjątkowo dziwne zachowanie. Co więcej mag ten nie znał się w ogóle na czarach. Był też chudy i miał smutną, zmartwioną i lekko przestraszoną twarz..., ale był tu szczęśliwy, był tu bezpieczny. Dla tego maga bezpieczeństwo było podstawą.
Rincewind, podczas pobytu w Bibliotece (choć nadal był nauczycielem Niezwykłej i Okrutnej Geografii, to i tak pomagał w Bibliotece) i po oddzieleniu od siebie kilku niesfornych grimoire'ów, znalazł niezwykle interesującą książkę, i zajął się lekturą.
Był w Bibliotece sam, ponieważ Bibliotekarz (przynależność gatunkowa: orangutan) skierował swe chwiejne, na pozór, kroki w stronę ulubionej owocodajni, jak tłumaczył, zwięźle używając określenia "Uuk", żeby zjeść świeżego banana podczas popołudniowego spaceru do menażerii Patrycjusza (nie chciał wyjawić w jakim celu się tam udaje).
Rincewind czytał o małych gryzoniach. Podobało mu się to, dlatego że czuł wśród wyżej wymienionych małych gryzoni małe bratnie dusze. Jego los wyglądał podobnie. Przeszedł właśnie rozdział o szczurach (gdyby Rincewind miał swój herb zapewne byłby na nim szczur) i zaczął czytać o wiewiórkach. Te małe bestie, wbrew pozorom, były całkiem sprytne... a mając wściekliznę, diabelnie groźne... gdyby zaatakowały całą chmarą... ciekawe co by się stało...
Bibliotekarz był coraz bardziej zirytowany. Nie po raz pierwszy spotkał się z brakiem ludzkiego zrozumienia, ale ten osobnik był niezwykle tępy.
- Uuk. - powtórzył cierpliwie i powoli jeszcze raz.
- Naprawdę nie chodzi ci o ulotkę? Mam ich dużo, może mógł byś rozdać je swoim... eee znajomym? - funkcjonariusz Wizytuj nie poddawał się łatwo, a jak ludzie nie chcieli go słuchać to może spróbować nawrócić tego małpiszona? Na szczęście nie powiedział tego na głos.
- Uuk! - Bibliotekarz wyraził w ten sposób myśl: "Słuchaj gościu, jesteś irytujący, więc zaraz się zirytuję, a potem to już szybka droga przez zdenerwowanie i wściekłość... do... no właśnie!!! Nie chciałbyś tego wiedzieć".
W tej chwili Marchewa wszedł i rozpromienił się na widok małpy.
- Bibliotekarzu! Jaka to miła niespodzianka. Zapewne sprowadza pana w te strony brak pańskiego ulubionego sprzedawcy?
Bibliotekarz postanowił grzecznie zignorować wyrażenie "Pan" i kiwnął głową.
- Niestety, został dziś zamordowany, przyczyny nie są do końca znane. Ale poinformujemy gdyby coś się wyjaśniło.
Marchewa uśmiechnął się smutny.
- Wyglądał strasznie, ale chyba niedługo cierpiał.
Bibliotekarz powoli przyswoił sobie te informację i w zamyśleniu powiedział poważnym tonem:
- Uuk...
- Tak rzeczywiście, bardzo filozoficzne podejście.
Podczas tej wymiany zdań funkcjonariusz Wizytuj z coraz większym zdumieniem patrzył to na jednego to na drugiego.
Teraz z otwartymi ustami wpatrywał się w wychodzącego, kaczkowatym krokiem, Bibliotekarza.
Odparł powoli:
On... nie chciał... ulotki.
Rincewind skończył czytać, teraz w zamyśleniu wpatrywał się na mżawkę za oknem.
Była godzina podwieczorku, słońce zostało zasłonięte przez chmury i robiło się coraz ciemniej. Magowie zbierali się w głównym holu do kolejnego posiłku. Stamtąd właśnie, z okien, wydobywał się żółto pomarańczowy blask lamp i świec, i Rincewind widział cienie służby przesuwającej się za oknami. Już podawali kolacje.
Rincewind, siedząc na parapecie i wpatrując się w kropelki deszczu na szybie, myślał.
Był dziś jakiś nie swój. Nie miał ochoty dołączać do innych magów. Najlepiej zostanie tu, w ciszy Biblioteki.
Wokół regałów powoli przesączał się gęstniejący mrok.
Nagle, cicho pojawił się Bibliotekarz, strząsając z siebie krople deszczu jak pies.
Rincewind spojrzał na jego smutną, szeroką twarz i czekał.
- Uuk. - wymamrotał cicho Bibliotekarz. Zdołał w tym pomieścić wiele słów, żalu, smutku i troski o jutrzejszy dzień.
Po chwili milczenia Rincewind odpowiedział.
- W taki dzień jak dziś wszystko mogło się zdarzyć. Nie jestem wcale zaskoczony. Ale... skąd mu teraz będziemy zdobywać banany, przecież dzisiejsze już się skończyły?
- Uuk... - Bibliotekarz był bliski łez, było mu niezwykle ciężko na duszy, nawet jeżeli była to małpia dusza.
- Nie martw się, coś wymyślimy...
- Uuuuuuuk! - zawył Bibliotekarz.
- Ciii, bo obudzisz książki.
Rincewind zasępił się. Spojrzał na swoją kieszeń i wręczył coś w ciemności Bibliotekarzowi.
- Masz, to miała być moja kolacja, ale tobie jest bardziej potrzebna.
Bibliotekarz spojrzał na trzymanego w łapie banana i na Rincewinda. Uśmiechnął się do niego. Wyciągnął dłoń, przypominającą pomarszczoną, aksamitną rękawiczkę i dotknął dłoni Rincewinda.
- Uuk. - powiedział i poszedł do swojego legowiska, pod kocem... pod biurkiem.
Poprzez tą sylabę wyraził zwykłe "dziękuję", ale jego słowa miały głębie, wiele znaczeń i różne uczucia.
Rincewind uśmiechnął się do siebie w ciemności, usiadł na parapecie i wpatrując się w kropelki deszczu, powrócił do rozmyślań.
Już dawno miasto opanował nieprzenikniony mrok. Było zimno, deszcz przypominał zamrożone kryształki lodu, ale nie był jeszcze śniegiem.
Kapral Nobby Nobbs posuwał się swym charakterystycznym i niezwykle cichym krokiem po ulicach.
Możliwe, że wiedział gdzie się znajduje. Tylko edukowane sandały komendanta bezbłędnie podałyby miejsce i poziom wilgotności gleby.
Nobby, za to miał dość nowe i ledwo używane okute buty, które szczęśliwym trafem kapral znalazł na pobitej ofierze Gildii Złodziei, kilka tygodni temu.
Teraz kapral znalazł się w zaułku, wiedział, że można tu znaleźć bardzo ciekawe towary. Magazyn był zawsze pełny a właściciel zapominalski... może nie zamknął drzwi?
Nobby delikatnie dotknął klamki i... sukces! Drzwi były otwarte. Zamknął drzwi i sięgnął do kieszeni. Myślał przy tym: "Tu zawsze można znaleźć dobry alkohol! Poszczęściło mi się!". W końcu odnalazł zapałki i zapalił jedną. Dawała całkiem mocny blask i przy mrozie podwórza była rozkosznie ciepła. Nobby wyciągnął ją przed siebie... i zamarł. Papieros, który trzymał w zębach spadł zapomniany, na lekko zakurzoną podłogę. Oczy kaprala widziały wiele, ale ten widok osłupiał nawet te, tak zaprawione w boju...
Nobby rzucił się do ucieczki.
Kapitan Marchewa pisał list do rodziców. Wspominał im o pracy, o zwykłych rzeczach i przesyłał im gorące pozdrowienia.
Siedział w swoim pokoju. Świece powoli, ale nieprzerwanie zmniejszała swoją wysokość. Można było usłyszeć dźwięczącą ciszę. Marchewa się zastanawiał.
Za uchylonym oknem usłyszał dźwięki butów kogoś kto nie tylko wybiera buty ze względu na ich moc w zakresie użycia przeciwko innej istocie, ale także nie przejmującej się aktualnie siłą z jaką kaleczą bruk i wywoływanym hałasem.
Po chwili Marchewa usłyszał, drugi raz w tym dniu, jak drzwi uderzają o framugę, uznawane ze przeszkodę w danej sytuacji myślowej sprawcy zamieszania.
Spojrzał na swoje drzwi, które czekał zapewne taki sam los.
Nie mylił się.
Marchewa jeszcze nigdy nie widział Nobby'ego w ta wielkim szoku. Oderwał więc wzrok od pęknięcia w ścianie, nowej atrakcji pokoju i wstał żeby podtrzymać zdyszanego kaprala.
- Nobby, co się stało, do l*cha!!!
- Panie kapitanie!! Na... Holo…fernesa.. uff... uff... to było straszne!!!!!
- Nobby, spokojnie, usiądź. O tak, oddychaj. - mówił Marchewa poklepując Nobby'ego po plecach. - Już możesz mówić?
- Kapitanie, szedłem ulicą Holofernesa i... tam jest taki magazyn... i drzwi nie były zamknięte, więc tam zajrzałem i... to było straszne!! - kapral ukrył twarz w dłoniach.
- Ale co, Nobby? Spokojnie, nie spieszy się. - Marchewa był przerażony zachowaniem kolegi, jeszcze go takim nie widział.
- Nie, nie spieszy, bo on już bardziej martwy nie będzie.
- Kto?!!
- Właściciel magazynu... chyba... nie widziałem za dobrze, ale ten wyglądał tysiąc razy gorzej niż ten rano...
Marchewa podniósł wzrok i marszcząc czoło spojrzał w przestrzeń.
- Dobrze kapralu, dobra robota, ale teraz idź, Nobby, wyśpij się, zwalniam cię dziś z reszty pracy.
Gdy Nobby, mrucząc pod nosem wyszedł, kapitan wziął płaszcz i skierował swe kroki do Alei Scoona.
Sierżant Colon miał problem.
Wrócił do domu, spodziewał się ujrzeć tam śniadanie. W planach miał także długi, kojący sen.
Już na ulicy zobaczył, że w progu stoi jego najstarsza córka, z rękami skrzyżowanymi na piersi i przytupująca niecierpliwie nogą.
Sierżant bardzo się zdziwił. Co prawda czasem odwiedzały go dzieci i wnuki, ale było to zazwyczaj po obiedzie, a najdłuższe spotkania mieli w Święta Strzeżenia Wiedźm. Tymczasem dopiero minął świt. Pani Colon zapewne nie było już w domu.
Gdy dziewczyna zauważyła nadchodzącego ojca, zmarszczyła brwi.
- Nareszcie jesteś...
- Przecież ja zawsze tak wracam...
- Nie tłumacz się już, wejdź do domu. Tylko zdejmij buty, posprzątałam tu!
Sierżant nie mógł zignorować bezpośredniego rozkazu. Jeszcze chwila a stanąłby na baczność.
Opanował się jednak.
- Co ty tu robisz moje dziecko? Czemu nie jesteś u siebie?
- Nieważne tato.
Córka od razu zrobiła się miła i potulna.
- Choć zjedź coś, mama zrobiła ci coś pysznego. Potem powinieneś odpocząć, przecież tak ciężko pracujesz.
Colon dał odprowadzić się do stołu, mając mętlik w głowie.
Przed świtem komendant wiedział już co się zdarzyło.
Więcej, biegł już z Marchewą przez Nowy Most, w stronę magazynu.
Oznaczyli miejsce zbrodni. Zrobili to co się dało, bo cóż jeszcze można było zrobić? Mężczyzna (chyba) ten wyglądał rzeczywiście tysiąc razy gorzej niż pan Mango. Potwierdzenie jego tożsamości nadeszło z chwilą, gdy rodzina uznała go za zaginionego i zgłosiła to Straży.
Tym razem nie było kawałków futra, ale człowiek ten miał takie same ślady jak poprzedni. Te same ślady długich zębów, nie nadających się do jedzenia mięsa, ale za to przebijających twarde orzechy.
Vimes siedział w swoim gabinecie ze wzrokiem wbitym w blat biurka.
Rozległo się ciche pukanie.
- Wejść.
Drzwi uchyliły się ukazując twarz zmartwionego Williama.
- Niech pan wejdzie, panie de Worde. - powtórzył komendant.
- Sir Samuelu, zastanawiałem się nad tymi śladami i myślę, że można by zdjąć ze zwłok te odciski zębów. Może znajdzie się ktoś w mieście kto zna się na szczękach zwierząt?
Vimes zmarszczył czoło i odpowiedział szczerze:
- To znakomity pomysł, panie...
- William.
- ...Williamie. - zgodził się komendant.
- Mam jeszcze prośbę Sir Samuelu. Chciałem przeprosić za ten artykuł ośmieszający pana, nie wiedziałem, że będzie to miało takie konsekwencję.
Vimes zasępił się.
- Vetinari ci kazał?
- Nie, sam chciałem przeprosić.
Komendant się zdziwił.
- W porządku, wybaczam.
Kiedy William wyszedł Vimes wezwał do siebie Tyłeczka.
- Możesz zdjąć odciski? Co prawda sierżant Angua twierdzi, że to wiewiórki, ale sama mówiła o ulatniającym się zapachu.
- Tak, sir.
Hmmm, kto może znać się w tym mieście na zwierzęcych szczękach?
Pani Colon wróciła dziś do domu wcześniej.
Wytłumaczyła mężowi wszystko.
Ich córka, Frida (po tacie) pokłóciła się z mężem i teraz miała mieszkać u nich... z dwójką rozwrzeszczanych dzieci, które lepią się i żądają słodyczy.
Przyszłość nie rysowała się w jasnych barwach.
Następnego dnia sierżant Colon opowiedział o swych problemach komendantowi.
Vimes pomyślał przez chwilę.
- Widzę, Fred, że nie możesz zajmować się dłużej de Wordem, nie szkodzi, ktoś inny go przejmie. Znajdziesz kogoś na dyżurze. A skoro masz wnuki na głowie, to zamiast siedzieć tu bezczynnie, weź sobie wolne i nie będę potworem z piekieł. Wolne płatne.
- Bardzo dziękuję, komendancie.
Po twarzy sierżanta rozlał się prawdziwy i szczery uśmiech ulgi.
William został przydzielony komuś innemu, właściwie, były to dwie osoby. Miały nawzajem się uzupełniać.
Pan de Worde był zdziwiony, że komendant daje mu taką ochronę.
Vimes w swym gabinecie rozmawiał z Marchewą.
-... i ma na głowie wnuki, więc nie mógł zajmować się de Wordem.
- Co pan z nim zrobił?
- Przydzieliłem mu Wizytuja...
- Ojej, czy to bezpieczne?
- Też tak pomyślałem, więc do ich pilnowania dałem jeszcze Rega Shoe...
- Czy William o tym wie?
- Jeszcze nie. - Vimes spojrzał w podłogę. - Ale już nie długo przekonamy się, czy ma coś przeciwko nieumarłym i fanatykom religijnym.
Pani Windows wychyliła się przez okno, by wywiesić na słonce świeżo wypraną pościel.
Pod sobą usłyszała rozmowę.
Jeden głos mówił szybko, był bardzo ożywiony, drugi monotonny, mówił ciągle to samo, bezskutecznie próbując zwrócić uwagę tego pierwszego.
- ...widzi więc pan, że dla gazety bardzo pożytecznie byłoby...
- Kocioł...
- ...gdyby umieścić w nim rubrykę religijną...
- Kocioł...
- ...także artykuły i wywiady z wierzącymi...
- Kocioł...
- ...co bardzo ubarwiło by szare strony i dało dodatkowych czytelników!
Pierwszy przerwał by nabrać tchu.
- Kocioł, daj mu spokój...
W tym momencie rozległ się trzeci głos, troszeczkę roztrzęsiony.
- A ty pewnie chcesz żeby umieścić rubrykę zmarłych!
- Nie...
- Ależ to by był świetny pomysł, Reg! Pomyśl!...
- Nie...
- Jeżeli myślicie, że się na to zgodzę...
Głosy ucichły w oddali...
Pani Windows odkryła, że ze zdumienia sama zawiesiła się na sznurze. |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
SStefan
VIP

Wiek: 22 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Druga Ćwiartka
|
Wysłany: 2 Lipiec 2005, 13:04
|
|
|
Okej, okej, specjalnie dla Kochanego Blejda edytuję.
Otóż jest jednak coś, co mnie w tym fiku uraziło: gdy PTerry, lub dowolny DOBRY pisarz ficków (np. sam Blejd ) uśmierca kogoś, wplata rozmowę tego kogoś ze Śmiercią... Tutaj mi tego bardzo wyraźnie brakuje, tak jakby... Wyróżnia to ten fik od innych, niestety, IMHO na minus...
Ale poza tym szczegółem, nad którym można przejść do porządku dziennego, fanfik b. fajny ^^. |
_________________ "Zacznijmy od tego, że za czasów Józefa chłopaki wyprowadzili się do Egiptu jak w PRL-u za chlebem. Przez długi czas Izraelici i Egipcjanie byli ziomalami. Ale potem przyszła niewola izraelska. (Wiecie, widocznie zły diabeł zaczął działać)." <--N ie ma to jak wykwalifikowana katecheza XD |
| |
|
|
|
 |
Sayoko
VIP

Wiek: 20 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 4 Lipiec 2005, 08:54
|
|
|
Łał! To fcionga !
Jeszcze trochę, a będziesz mogła konkurować z wielkim PTerry'm! To jest genialne ! |
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement |
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 4 Lipiec 2005, 11:38
|
|
|
Ja chciałem to już wcześniej napisać, ale z braku możliwości nie napisałem. Teraz nadrabiam straty :
Jeżeli już macie coś pisać pod FF to piszcie coś sensownego. Tematy te nie są po to, żeby tu pisać teksty w stylu :
" łał genialne ", " ekstra twoje ficki są thebest ", " fcionga "
Bo takie coś człowieka może wnerwić.
Ja proponuję tym co dopisują komentarze do ff, żeby nie robili bigosu. Więc jeżeli już musicie wychwalić fick, to napiszcie co się wam w nim podobało, jaki moment w ficku był fajny i inne tego typu.
Poza pochwałami przydało by się także trochę krytyki - naprawdę, nie bójcie się, że jak znajdziecie jakieś błędy, lub jak się wam coś nie spodoba i o tym napiszecie to się autor obrazi. Nic podobnego ! Przyjmie raczej to jako podziękowanie i dobre rady.
Aha, i ja tu nikogo nie stresuję, ale poszanujcie moją (i chyba nie tylko moją) psychikę, ok ?
Głównie do esme ( sayoko ), Sstefan i innych ... - Nie złościć się na mnie
Mam nadzieję, że mnie popieracie... |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Sayoko
VIP

Wiek: 20 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 4 Lipiec 2005, 17:51
|
|
|
Choroba, a na co ja tu niby mam narzekać, jak wszystkie fiki są genialne?!Myślicie, że mi łatwo to przyznawać?!
A jak komuś zależy, to tarzałam się po podłodze, gdy przeczytałam zdanie:
| Monkey napisał/a: | Patrycjusz Vetinari wziął do ręki poranną gazetę
- Vimes i mordercze wiewióry - przeczytał. Cóż, dzień zapowiadał się ciekawie. |
|
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 4 Lipiec 2005, 17:58
|
|
|
Eee...
Mała prośba, Blade i Sayoko
Blade, dzięki za wszelką pomoc, za wszelkie próby ładengo wyglądu tematów i ich nie zaśmiecania.
Sayoko dziękuję za słowa uznania, nawet nie wiecie jak się cieszę...
Podobał się ten cytat? To bardzo miło.
Jednak dla własnego bezpieczeństwa lepiej napisz to na PM, będzie mi tak samo miło, a ty będziesz bezpieczna i nikt Ci nic nie wlepi
Ludzie, nie w miom temacie!! Kłótnie na PM albo gg.
Z uszanowaniem,
Autor (czyt. hodowca) Morderczych wiewiórów
PS: Postaram się jeszcze jakieś części dopisać, bo TO jest dopiero początek |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
Kor
Moderator

Wiek: 30 Dołączył: 25 Kwi 2004 Skąd: Mstuff
|
Wysłany: 4 Lipiec 2005, 22:15
|
|
|
| Blade_Master napisał/a: | Tematy te nie są po to, żeby tu pisać teksty w stylu :
" łał genialne ", " ekstra twoje ficki są thebest ", " fcionga "
Bo takie coś człowieka może wnerwić. |
Można tak pisać, nie jest to zabronione w "regulaminie" (narazie ), tylko czy jest sens pisać post dla posta. Ale z tym wnerwianiem
| Blade_Master napisał/a: | | Więc jeżeli już musicie wychwalić fick, to napiszcie co się wam w nim podobało, jaki moment w ficku był fajny i inne tego typu. |
I to ma sens i jest konstruktywne.
| Monkey napisał/a: | | Jednak dla własnego bezpieczeństwa lepiej napisz to na PM, będzie mi tak samo miło, a ty będziesz bezpieczna i nikt Ci nic nie wlepi |
Bez przesady... jedynie naślemy na Ciebie CBŚ A tak na poważnie to bez przesady.... |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 5 Lipiec 2005, 23:16
|
|
|
| SStefan napisał/a: | | Otóż jest jednak coś, co mnie w tym fiku uraziło: gdy PTerry, lub dowolny DOBRY pisarz ficków (np. sam Blejd ) uśmierca kogoś, wplata rozmowę tego kogoś ze Śmiercią... Tutaj mi tego bardzo wyraźnie brakuje, tak jakby... Wyróżnia to ten fik od innych, niestety, IMHO na minus... |
?????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????
JAK TO?? JAK TO?? JAK TO??
a TO??: | Cytat: | PAN MANGO?, zapytał Śmierć.
Po chwili dosłyszał wśród mamrotania słowa:
- Co to było!! Na bogów. Zaatakowany przez zmutowane szczury.
ZDAJE PAN SOBIE SPRAWĘ, ciągną Śmierć, ŻE JEST PAN MARTWY?
- A kim ty jesteś? - spytał sprzedawca, nagle zauważając chudą sylwetkę. - Chcesz coś kupić? Wygląda pan, za pańskim przeproszeniem, dość chorowicie. Może życzyłby pan sobie pożywną morelę? - jak każdy dobry sprzedawca, pan Mango zawszę najpierw zajmował się interesami.
NIE, odparł Śmierć, ALE JEŻELI PÓJDZIE PAN ZE MNĄ...
- Jesteś Śmiercią? Te małe bestie mnie zabiły?!
SĄDZĘ, ŻE TU MA PAN RACJĘ.
- Co z moim biednym straganem?! - rozpaczał pan Mango. - Te wszystkie owoce pięknie poukładane, segregowane przez cały ranek!!!
NIECH PAN SIĘ NIE MARTWI, Śmierć położył mu kościstą dłoń na ramieniu, TRAFI PAN DO KRAINY... HMM... OWOCAMI PŁYNĄCĄ?
- Ale nie będę musiał ich już więcej układać, co? Wiesz, jaka to strasznie męcząca praca?
SPOKOJNIE, TO PAN BĘDZIE TERAZ WŁADCĄ OWOCÓW. BĘDZIE MÓGŁ PAN PRZESKAKIWAĆ NA LIANACH, PO DŻUNGLI, KRZYCĄC ILE SIŁ W PŁUCACH, SKAKAĆ Z MAŁPAMI I ZJADAĆ POŻYWNE BANANY.
- To mi się podoba! Ale mam chyba nieodpowiedni strój...
WYSTARCZY PRZEPASKA.
Kiedy duch pana Mango w końcu zniknął, Śmierć przystanął na chwilę, a jego oczodole zamigotały wesołe iskierki.
CORAZ LEPIEJ MI IDZIE, pomyślał, DO KAŻDEGO KLIENTA TRZEBA PODCHODZIĆ NA NOWO. |
Przepraszam, że się brzydko wyrażę, ale... ŚLEPAŚ CZY CO??!! Tu mnie wnerwiłaś... też mi coś... na minus, nie ma Śmierci, a Śmierć jest. |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
SStefan (kurde, no!)
Gość
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 14:11
|
|
|
Cholera, ciągle mnie wylogowuje... A, kij.
Hm... Czyżbym coś pokręciła? A może to nie ten fik? Zakręcona jestem od południa... (powinno być: rana, ale ja tak wcześnie nie wstaję.)
Wybacz, błagam, wybacz... *klęka i całuje w rączkę*
Zdenerwowałam się trochę i wystraszyłam tym postem Blejda... Więc napisałam coś na szybko. Oczywiście pomyliłam wydruki: chyba zacznę je robić różnokolorowym tuszem...
Pomyliłam Twego fika z innym... Chyba Blejda... Kurde, następnym razem wypiję meliski.
Jeszcze raz błagam: wybacz! *całuje w drugą rączkę*
A, oczywiście jedyną rzeczą, która mi się naprawdę TUTAJ nie podobała było, to, o czym wspomniałam przy okazji fika Sayo-chan:
| SStefan napisał/a: | Cóż, z całym szacunkiem, fiki Monkey mi się podobają, mają swój styl, ale... Tym razem masz rację. Widać, że "Wiewióry..." były Twoim pierwszym (niemniej, jak na debiut, bardzo udanym)
Ale nie o tym chciałam mówić, topic o Twoim fiku jest gdzie indziej...
Otóż... Bardzo mi się podoba pokazanie Vetinariego w sposób, jaki to zrobiła Sayo-chan: niezwykle praczetowo. Facet zachowuje się dokładnie tak, jak patrycjusz (BTW: czemu w książce to się pisze raz z dużej, raz z małej?) powinien. W tamtym fiku mnie trochę uraziło "zaglądanie" jakby do jego głowy i wskazywanie, co myśli... |
A konkretnie ten fragment:
| Monkey napisał/a: | | "Ten de Worde jest niebezpieczny - myślał Vetinari - Może zepsuć rolę, jaką przygotowywałem dla Vimesa, by był użyteczny, Vimes musi być szanowany..., ale jeśliby się zastanowić, de Wordem można odpowiednio pokierować...jak marionetką...jak całym tym miastem". Patrycjusz układał w głowie nowy, genialny plan. |
Nie wiem, jakoś mi nie pasuje, taki... Trochę jakby niezręczny, czy coś... No nie wiem...
Tylko błagam: nie gniewaj się wiecej na mnie... Zresztą, i tak idę się targnąć chyba... Ja tego nie przeżyję... |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 14:47
|
|
|
Spokojnie, spokojnie, chodziło ci o "Mordy Magów", bo wszyscyście się uczepili! Spokojnie, Śmierć będzie, zawsze jest, tylko troszkę cierpliwości.
I mi tu wiewióry malutkie zostawiać
| Gość napisał/a: | | Nie wiem, jakoś mi nie pasuje, taki... Trochę jakby niezręczny, czy coś... No nie wiem... |
Ty chyba jeszcze nie czytałaś Popojutrze! |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 15:20
|
|
|
| Cytat: | | Pomyliłam Twego fika z innym... Chyba Blejda... Kurde, następnym razem wypiję meliski. |
Nie, nie z moim. I ja tu nikogo nie straszyłem, tylko lekko nakierowałem.
---
Mi troszkę nie pasują imiona dawane w fickach... Powiedzmy pani Windows.
| Cytat: | | Drzwi otworzyły się nagle i dość głośno uderzyły w ścianę. Na tyle głośnio, że Vimes, który stał na szczycie schodów, przystanął nagle. |
Drzwi dość głośno uderzyły ? Chyba głośno - mocno ... Wiem czepiam się |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 15:27
|
|
|
| Blade_Master napisał/a: | | Mi troszkę nie pasują imiona dawane w fickach... Powiedzmy pani Windows. |
Tia... i pewnie Pan Mango też jest do niczego, czysta beznadzieja... prawda?
Ale jest jedno ważne pytanie: co ci się w nich KONKRETNIE nie podoba? bo chyba powód jest najważniejszy. Jak mam ich nazywać? Mr Fwljdfizlcm;e?? Mrs Dededededededededdedede?
| Blade_Master napisał/a: | | Drzwi dość głośno uderzyły ? Chyba głośno - mocno ... Wiem czepiam się |
Mocno? Mi nie chodziło o siłe. Najważniejszym czynnikiem jest tu dźwięk, głos jaki wydają drzwi uderzone o ściane. |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
Sayoko
VIP

Wiek: 20 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 15:46
|
|
|
| Jak dla mnie, jest rzeczą oczywistą, że drzwi rąbią o ścianę głośno; jest to tak samo logiczne jak "mocno". |
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement |
|
|
|
 |
Kor
Moderator

Wiek: 30 Dołączył: 25 Kwi 2004 Skąd: Mstuff
|
Wysłany: 6 Lipiec 2005, 17:08
|
|
|
| Gość napisał/a: | Nie wiem, jakoś mi nie pasuje, taki... Trochę jakby niezręczny, czy coś... No nie wiem...
Tylko błagam: nie gniewaj się wiecej na mnie... Zresztą, i tak idę się targnąć chyba... Ja tego nie przeżyję... |
Koniec z wazeliną w stylu nie podoba mi sie, jakieś dziwne, ale błągam nie atakuj za tego posta mojego kompa trojanami. Plisss.....
Remember. Konstruktywna krytyka. I czepialstwo |
|
|
|
 |
Agutii

Wiek: 19 Dołączyła: 11 Maj 2006 Skąd: Skądś na pewno
|
Wysłany: 30 Sierpień 2007, 13:37
|
|
|
Opowiadanko jest po prostu suuuuper! Tak mnie wciągnęło, że żałuje, że się skończyło...
Czy będzie kontynuacja?? |
_________________ "-Dlaczego chcesz patrzeć na gwiazdy?
-Tam mieszkam.
-Wśród gwiazd?
-Tak..."
"K-Pax" |
|
|
|
 |
pasztetgnida

Wiek: 21 Dołączyła: 17 Sie 2008 Skąd: Tomaszów Lub.
|
Wysłany: 9 Październik 2008, 13:58
|
|
|
Rozwaliły mnie zwłaszcza dwa kawałki: początek (biedny Vimes... de Worde zawsze w pogotowiu, nawet nie można w nocy powrzeszczeć w spokoju o wiewiórkach XD ) i końcówka (a pani Windows się zawiesiła... XD)
Mam może jedną uwagę - troszkę za bardzo to jak na mój gust 'rozdziabane' na akapity. Ale może się czepiam... (chociaż dzisiaj jakoś nie jestem w nastroju do czepiania się, aż samą mnie to dziwi... )
Eh, wciągnęłam się... Nie będzie może dalszego ciągu? |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group |