 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
|
[FF] Hadrian, mamy problem... |
| Autor |
Wiadomość |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 20:03 [FF] Hadrian, mamy problem...
|
|
|
[speszona] Ych. Oto mój pierwszy fanfik dyskowy - mam nadzieję, że nie zaniży poziomu tego forum. Życzę miłej lektury i proszę o konstruktywną, acz nie za surową krytykę. [/speszona]
Ach, i jeszcze jedno - osoby, które (tak jak ja) są wyczulone oraz uczulone na wszelkiego rodzaju romanse z Patrycjuszem w roli głównej i widzą je wszędzie, pragnę uspokoić. W tym opowiadaniu niczego takiego nie znajdziecie.
Zegar w holu wybił dwanaście uderzeń. Gdzieś pomiędzy trzecim a czwartym nastała północ. I od razu minęła, ponieważ północ jest tak naprawdę jedną trylionową częścią milisekundy, pojedynczym punktem na nieskończenie długiej taśmie Czasu. Dlatego magiczne znaczenie przypisywane północy jest całkowicie nieuzasadnione - niewiele może zdarzyć się podczas jednej trylionowej części milisekundy. Na przykład szanse na to, że akurat wtedy sztylet zagłębi się po samą rękojeść w czyimś sercu, są równe jednej na milion.
Jak wiadomo, w Świecie Dysku szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
To był jeden z nich.
Niemal siedemdziesięcioletni Szef Nadochrony Patrycjusza był w kiepskim humorze od dłuższego czasu, a stercząca mu z piersi rękojeść sztyletu wcale go nie poprawiała. Stojący za nim Derek Srebrne Ostrze uśmiechnął się tryumfalnie – inhumacja Szefa Nadochrony, postrachu skrytobójców, niosła ze sobą pewne konsekwencje, między innymi wszelkie zaszczyty i ogromne uznanie członków Gildii. Nie wspominając o górze dolarów. Nagroda za głowę Szefuńcia – jak mawiali ci z mieszkańców Ankh-Morpork, którzy byli dostatecznie wtajemniczeni, by wiedzieć o jego istnieniu – była niemal tak wysoka jak ta wyznaczona za samego Patrycjusza. A że inhumacja Lorda Vetinariego była praktycznie niemożliwa bez uprzedniego pozbycia się Szefa – którego prawdziwej tożsamości nie znał nawet jego pracodawca – Derek zyskał nagle niepowtarzalną okazję przypieczenia dwóch figginów na jednym ogniu.
To znaczy, zyskałby, gdyby nagle nie zauważył, że w jego aorcie tkwi bełt z kuszy. Ta świadomość była wręcz powalająca – dosłownie.
Skrytobójca otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, którą ujrzał, była wyszczerzona w złowróżbnym uśmiechu ludzka czaszka. Jego wzrok ześlizgnął się w dół, po kolei rejestrując takie zjawiska jak czarny płaszcz, kościste dłonie... a może raczej kości dłoni... kosa, kości stóp...
Kosa?
W tym miejscu należy wyjaśnić, że Derek nie miał nic przeciwko śmierci. Zjawisko śmierci było naturalną, wręcz nieodzowną częścią jego zawodu – o ile przytrafiała się komuś innemu.
Postać w czarnym płaszczu wzięła potężny zamach. Mężczyzna zacisnął powieki w oczekiwaniu na cios, ale jedynym, co poczuł, był świst powietrza. A może tylko go usłyszał – z tego wszystkiego zmysły całkiem mu się pomieszały. Wydawało mu się na przykład, że przez chwilę czuł smak oktarynowego blasku, którym zapewne świeciła kosa.
JUŻ PO WSZYSTKIM.
Derek po dłuższej chwili zastanowienia uznał, że trudno było nazwać to głosem. Słowa brzmiały w jego głowie, choć uszy nie rejestrowały żadnego dźwięku. Pozostawiając wyjaśnienie tej kwestii filozofom, przyjrzał się swoim dłoniom. Mógł przez nie zobaczyć zakrwawioną posadzkę. Kałuża krwi pochodziła z...
- Aha – mruknął ponuro, przyglądając się bezwładnej kukle, która kiedyś była jego ciałem.
Niewysoka postać w czerni wyszła zza popiersia jakiejś starożytnej, dawno zapomnianej i pokrytej stuletnim kurzem królowej.
- To była zasadzka, prawda? – spytał skrytobójca, obserwując tajemniczą postać, która – sądząc po sylwetce – była płci najprawdopodobniej żeńskiej.
TY TO POWIEDZIAŁEŚ. Śmierć błysnął oczodołem. CZAS NA NAS.
- Do jakiegoś konkretnego miejsca, czy po prostu w niebyt? – Srebrne Ostrze zbladł na myśl o miejscu, do którego trafiali wyznawcy Wielkiego Figginożercy, którzy składali ofiary dość... khe, khe... nieregularnie.
TO ZALEŻY, CZY WIERZYSZ W COŚ KONKRETNEGO, CZY PO PROSTU W NIEBYT.
- A czy mógłbym teraz zacząć wierzyć, dajmy na to, że po śmierci dostanę własną złocistą plażę, ciepłe morze i piękne, młode kobiety, które będą mi usługiwały? (1)
Mroczny Kosiarz podrapał się w kość ciemieniową.
ZASADY NIC O TYM NIE MÓWIĄ, oznajmił.
- Czyli nie ma przeciwwskazań – podsumował Derek, zacierając ręce. – Prowadź.
- A ja?! – spytało wspomnienie Szefa Nadochrony, zdejmując widmową maskę. Derek przez chwilę wpatrywał się tępo w odsłoniętą twarz, po czym wykrztusił:
- Och... cześć, wujku Quintusie.
Starszy mężczyzna zmarszczył brwi.
- Młody człowieku, zasługujesz na porządne lanie. I nie tłumacz się, że nie wiedziałeś, że to ja! Co ci mówiłem, kiedy byłeś mały? Nie zadzieraj z Szefem Nadochrony, bo będziesz miał kłopoty. A ty właśnie zadarłeś z nią...
Tymczasem postać w czerni minęła obojętnie byłe ciało byłego skrytobójcy, przyklękła przy zwłokach byłego Szefuńcia i wyjęła z jego wewnętrznej kieszeni ozdobny nóż do rzutów numer cztery oraz dwa pokaźne pęki kluczy – minie trochę czasu, zanim nauczy się wybierać ten właściwy za pierwszym razem.
Cóż, uroczyste symboliczne przekazanie stanowiska dobiegło końca. Od tej pory Lord Vetinari miał już nowego Szefa Nadochrony. A raczej Szefową.
- ...jakbyś nie wiedział, co może szalejąca niewiasta.
Śmierć poklepał po szyi stojącego obok śnieżnobiałego, potężnego konia i spojrzał znacząco na klientów.
- Obawiam się, że nie rozumiem – przyznał Derek, obserwując oddalającą się kobietę.
Śmierć odchrząknął.
- To długa historia – westchnął Quintus – a ten uprzejmy jegomość wygląda na zniecierpliwionego.
I SPÓŹNIONEGO, dodał Śmierć.
- Otóż to. Jak to się mówi... bywaj, siostrzeńcze.
A TY DOKĄD? MIAŁEŚ JECHAĆ Z NAMI. AKURAT MAMY PO DRODZE.
- Dziękuję uprzejmie, ale znam drogę i chyba trafię sam. Zawsze chadzałem własnymi drogami.
Śmierć spojrzał na niego nieufnie.
- Czy wyglądam na kogoś, komu wizja błąkania się po zaświatach wydaje się szczególnie kusząca?
Mroczny Kosiarz rozważył dokładnie to pytanie, po czym bez słowa wsiadł na wierzchowca i rozpłynął się w powietrzu - razem z koniem oraz skrytobójcą.
Quintus uśmiechnął się. Dla niego ta historia właśnie się skończyła, ale dla innych dopiero się zaczynała. Teraz na miejsce dotychczas zajmowane przez jego historię wkroczyła historia Rufiny. I choć ta młoda dama miała zapewne ponad dwudziestoletnie doświadczenie w posiadaniu własnej historii, taka sytuacja to dla niej nowość.
Do obowiązków nowego Szefa Nadochrony należało zadbanie o godny pogrzeb poprzednika; jednak Quintus z doświadczenia wiedział, że w całym tym zamieszaniu nie da się pamiętać o każdym szczególe, który musiał być spełniony, aby pogrzeb przebiegł jak należy. Dlatego przed zgonem zapobiegliwie sam wsunął sobie figgina pod język.
__________________
1) Wyznanie bardzo popularne w całym Multiwersum. |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
| |
|
|
|
 |
Kor
Moderator

Wiek: 30 Dołączył: 25 Kwi 2004 Skąd: Mstuff
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 20:36
|
|
|
Bardzo fajny pomysł. |
|
|
|
 |
Gadzinisko
Aniołek Krejta

Wiek: 21 Dołączył: 18 Kwi 2005 Skąd: Podkowa Leśna
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 20:57
|
|
|
| Hmmm... Świetne. To mogę powiedzieć z czystym sercem... |
_________________
Kto żyw, martwy, kto umiera,
Chodźcie tańczyć Makabrela.
If you don't think your life is worth more than someone else's, sign your donor card and kill yourself. |
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 21:43
|
|
|
Pomysł milusi i oryginalny.
Dwa teksty mnie rozbroiły. Wydają mi się po prostu urocze
| Trino napisał/a: | | W tym miejscu należy wyjaśnić, że Derek nie miał nic przeciwko śmierci |
| Trino napisał/a: | | Mroczny Kosiarz podrapał się w kość ciemieniową. |
Na chwilę się zastrzymałam i sama dotknęłam wyżej wymienionej kości
Jedna uwaga chociaż niekonkretna a bardziej ogólna. Bardzo popularne w dyskowych ff - główna postać to młoda kobieta. Albo ja mam pecha (szczęście?) i trafiam głównie na takie.
|
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
|
|
|
 |
Henna
Aniołek Krejta

Wiek: 23 Dołączyła: 02 Mar 2006 Skąd: Gdynia
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 22:08
|
|
|
| Monkey napisał/a: | | Bardzo popularne w dyskowych ff - główna postać to młoda kobieta. Albo ja mam pecha (szczęście?) i trafiam głównie na takie. |
A moze to dlatego ze zazwyczaj autorkami są młode dziewczyny właśnie - swego rodzaju przeniesienie własnej osoby do opowiadanej historii |
_________________
"Już lepiej powiedz Feniks. Fenomen to diabli wiedzą, co to jest, może jakieś świństwo" -
A Midsummer Night's Dream
|
|
|
|
 |
Monkey

Wiek: 21 Dołączyła: 22 Lip 2004 Skąd: Kwidzyn/Toruń
|
Wysłany: 18 Czerwiec 2006, 22:13
|
|
|
| Gehenna napisał/a: | A moze to dlatego ze zazwyczaj autorkami są młode dziewczyny właśnie - swego rodzaju przeniesienie własnej osoby do opowiadanej historii |
To jest tak zwana Mary Sue i uwierz mi, nigdy nie wychodzi z tego nic dobrego. Nigdy.
Od razu uspokajam: jak na razie to nie uderza mary sue'owatością. Dzięki bananowym niebiosom. |
_________________ "Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi." |
| |
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 19 Czerwiec 2006, 09:46
|
|
|
| Trino napisał/a: | | I choć ta młoda dama miała zapewne ponad dwudziestoletnie doświadczenie w posiadaniu własnej historii, taka sytuacja to dla niej nowość. |
Ja wiem, że to może oznaczać, że Rufina ma lat dwadzieścia jeden, ale tak naprawdę bliżej jej do trzydziestki (a dla każdej Mary Sue jest to wiek emerytalny ). I na pewno nie stanie się moim "ja idealnym", o to możecie być spokojni.
Ach, no i dziękuję za tak miłe komentarze |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
Sayoko
VIP

Wiek: 20 Dołączyła: 16 Maj 2005 Skąd: Kraków
|
Wysłany: 19 Czerwiec 2006, 18:41
|
|
|
| Trino napisał/a: | | Ach, i jeszcze jedno - osoby, które (tak jak ja) są wyczulone oraz uczulone na wszelkiego rodzaju romanse z Patrycjuszem w roli głównej i widzą je wszędzie, pragnę uspokoić. W tym opowiadaniu niczego takiego nie znajdziecie. |
Buuu... a juz miałam nadzieję na jakiegoś kiczowatego harlequina...
Ale tak na serio- podobuje mi się. Zaprawdę, podobuje...
| Monkey napisał/a: | | To jest tak zwana Mary Sue i uwierz mi, nigdy nie wychodzi z tego nic dobrego. Nigdy. |
Buehehe... chętnie bym uczyniła coś w tym stylu, ino nie jestem w stanie wczuć się w myślenie kobiety po trzydziestce, a wszakoż Patrycjusz nie jest młodzieńcem piętnastoletnim...
I tak od roku głowię sie, jak ten problem obejść, i nic mi nie wyszło jeszcze prócz jakiejś nieśmiertelnej bogini czy coś (jak Mary Sue, to na całego!).
Chwilowo świat moze być spokojny, bo nie mam nikogo, z kim mogłabym Vetinariego zeswatać. |
_________________ space may be the final frontier
but it's made in a Hollywood basement |
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 12 Sierpień 2006, 16:50
|
|
|
Sayoko> To mógłby być ktoś albo prawie dokładnie taki sam jak on, albo jego zupełne przeciwieństwo. No i nie sądzę, żeby mógłby to być taki typowy romans - wszakże Vetinari nie jest typowym mężczyzną
Nie wiem, dlaczego, ale nie potrafię sobie wyobrazić Patrycjusza całującego się z kobietą (no dobra - z kimkolwiek), natomiast wszelakie "miłosne precle" widzę bez trudu.
Ale to nie jest temat o matrymonialnym życiu Vetinariego Miałam tylko Was postraszyć, że następna część Rufiny jest w trakcie pisania i pojawi się na pewno - choć raczej nie w najbliższym czasie. |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
XXXX-janka

Dołączyła: 21 Lip 2006 Skąd: XXXX
|
Wysłany: 12 Sierpień 2006, 20:42
|
|
|
jakieś nowe powiedzenie - upiec (*przypiec) dwa figginy przy jednym ogniu
Ogólnie mówiąc podobało mi się |
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 1 Październik 2006, 18:41
|
|
|
(Wryy, wciąż nie mam pomysłu na sensowny tytuł dla tego ff. Trzeba będzie wysilić moje szare komórki. Obie.)
Gadio, czyń swoją powinność.
Tak, miejsce historii starego Quintusa zajęła historia Rufiny – stało się to tak szybko, iż linia historii Nadochrony nawet nie zauważyła, że powinna się przerwać. Ludzie się zmieniają, ale Szefuńcio trwa nadal – niezależnie od tego, czyja twarz kryje się pod maską.
Błędem byłoby stwierdzenie, że pewna młoda, rudowłosa kobieta zaczęła właśnie nowe życie - gdyby pozwoliła sobie na utratę starych wspomnień, wiedzy i umiejętności, jej prywatna historia szybko by się skończyła. Bezszelestne poruszanie się, strzelanie z kuszy i rozpoznawanie trujących substancji są bardzo pomocne, jeśli chce się mieć taką pracę, zaś dobre oko w pchnięciu kolanem bywa wręcz niezbędne, jeśli chce się żyć.
Niektórzy sądzą, że rozpoczynanie nauki zawodu w tak młodym wieku jest odbieraniem dzieciństwa. Rufina – jak większość siedmiolatek – nie miała zdania na ten temat. Po jakimś czasie uznała, że nawet jeśli tak jest, to okres edukacji krótszy niż osiemnaście lat nie przyniósłby zadowalającego efektu.
W każdym pokoju były cztery łóżka, szafa i dywan, który rozmiarami przypominał wycieraczkę – być może dlatego, że był wycieraczką. Pierwszym sprawdzianem było przemeblowanie pokoju, lecz nie było sensu liczyć na dodatkowe punkty za ładne zasłonki, zwłaszcza że stanowiłyby one świetną kryjówkę dla potencjalnego napastnika. Rufina i jej współlokatorki wspólnymi siłami (czyli zaprzęgając do roboty chłopców z sąsiedniego pokoju) przestawiły tapczany tak, żeby każda – leżąc na lewym boku – miała przed sobą drzwi wejściowe. Więcej problemów przysporzyło im ustalenie dogodnej pozycji dla wyżej wspomnianej wycieraczki, którą w końcu przecięły na pół; jedną część umieściły pod drzwiami, drugą pod oknem. Zarówno patent, jak i uczennice zdali egzamin – wkradający się nocą do środka profesor nadepnął na zastawioną w ten sposób pułapkę, której cichy szelest co prawda nie zbudził dziewcząt, ale Los chciał, by jedna z nich właśnie w tym momencie ocknęła się z wrzaskiem z jakiegoś koszmaru. Oczywiście, obudziła pozostałe; któraś zaczęła po omacku szukać lampy, więc nauczyciel musiał ratować się ucieczką.
Ludzie często pytali: co to za szkoła, do której nabór przeprowadza się, wysyłając nauczycieli do sierocińców na całym Dysku, by wyzbierali z nich te dzieci, które będą w stanie nauczyć się, jak odeprzeć atak skrytobójcy, zapobiec mu poprzez rozbrojenie, zabicie, czy nawet inhumowanie przeciwnika, jak przeżyć walkę z grupą uzbrojonych napastników i wreszcie, jak uchronić od śmierci kogoś innego, zarabiając na tym mnóstwo pieniędzy? I cóż to za profesja, której uczy taka szkoła, położona gdzieś w sercu Ramtopów i kierowana przez mnichów – zabójców?
To znaczy, pytaliby, gdyby wiedzieli o istnieniu takowej szkoły bądź profesji. A osób, które wiedziały, było tak niewiele, że nie było sensu wymyślać specjalnych nazw – zresztą, używane przez skrytobójców określenie „oni” było stylowe i takie... złowieszcze.
Jak mawiali niektórzy, dobry on to taki, o którym nikt nie wie. W każdym razie, nikt żywy, kto nie zyska po chwili okazji do powiedzenia: „Twoja żona jest wielkim hipopotamem”.
Po ośmiu latach każdy, kto przeżył, dostawał swój pokój – na pozór urządzony tak samo jak kwatery młodszych uczniów. Ale jeśli odkryło się odpowiednią deskę albo krzywo przyklejony kwiatek na tapecie, można było wpaść w pułapkę na ciekawskich szukających tajemnych schowków na przebrania, z których oni korzystali dla ukrycie swojej prawdzi... poprzedniej tożsamości. Każdy nastoletni adept szkoły onych, który uważał na zajęciach, wiedział, że najlepszy tajemny schowek na przebrania nazywa się szafa. „Nikt nie byłby aż tak głupi, żeby chować przebrania w szafie”, mówili intruzi, po czym ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach po pociągnięciu dźwigni ukrytej w tak nieudolny sposób, by szukanie jej nie zajęło im przypadkiem zbyt wiele czasu.
Nowa tożsamość była ważna. Należało zmienić nie tylko twarz, ale całą sylwetkę*, sposób poruszania się, głos... Nie można było sobie pozwolić nawet na najmniejsze niedopatrzenie. Nagrodą za zdemaskowanie kolegi był podwójny deser do końca pobytu w szkole i trzy dni przepustki; zdemaskowany otrzymywał dożywotnią przepustkę**, ale tracił swój deser. A że zdradzić mogło nawet kichnięcie w taki sam sposób, co przed zmianą wizerunku, trudno się dziwić, że większość uczniów wolała mieć jedną „drugą twarz”, ale porządną.
No i imię. Ono też było ważne. Trzeba było nauczyć się na nie reagować, ale tylko wtedy, kiedy było się w „nowej skórze”. Rufina pomyślała o swoim od razu po wciśnięciu sobie rudej peruki na głowę – a że było ono równie dobre jak każde inne, tak już zostało.
- Wejdź, Rufino – polecił Lord Vetinari, nie podnosząc wzroku znad dokumentów.
Drzwi uchyliły się cicho. Szefowa Nadochrony wślizgnęła się do środka, zamykając je starannie i dochodząc do wniosku, że albo nie zachowała ostrożności, albo nowy pracodawca dowiedział się o jej przybyciu przez echolokację.
Patrycjusz zetknął ze sobą końce palców i spojrzał na stojącą przed nim kobietę. Jej spojrzenie przenosiło się z miejsca na miejsce, jakby szukała wszelkich możliwych kryjówek i alternatywnych wejść, z których mógłby skorzystać napastnik.
- Rozumiem, że wszystko załatwione – odezwał się w końcu.
Jedyną odpowiedzią było skinięcie głową, ale właścicielka tejże głowy patrzyła już na niego.
- I że przed swoim odejściem Quintus oprowadził cię po pałacu, z uwzględnieniem wszystkich tajnych przejść.
Kolejne skinięcie.
- Dobrze. Zawiadom Szefa Podziemia, niech wyznaczy kogoś do zaopiekowania się ciałami, a potem możesz wracać do pracy. Nie pozwól mi się zatrzymywać.
Kiedy wyszła, Patrycjusz przysunął fotel bliżej do biurka i pozwolił sobie na lekki uśmiech. „Powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce i nie sprawiać większych kłopotów – w końcu tak ją wychowano”, pomyślał. „Ale jest młodą, rudowłosą kobietą, która radzi sobie z bronią – tacy ludzie dostają swoje opowieści, a to nikomu nie przyniosło jeszcze niczego dobrego”.
Gdyby był religijny, zapewne zmówiłby w tym momencie krótką modlitwę dziękczynną do dowolnego bóstwa za to, że jej oczy nie były zielone.
Rufina była bardzo zdziwiona, kiedy po raz pierwszy usłyszała nazwy „Nadochrona” i „Podochrona”. Jednak wytłumaczenie jej poprzednika wydawało się całkiem sensowne. W końcu trzeba było jakoś odróżniać te dwie grupy, a że główna różnica między nimi polegała na tym, że jedni pracowali na powierzchni ziemi...
Korytarz prowadzący do podziemnego Ankh-Morpork nie pachniał zbyt przyjemnie, ale i tak stanowił miłą odmianę od charakterystycznej dla Überwaldu mieszanki zapachowej „Krew i tłuszcz”. Rufina podeszła ostrożnie do stojącego nieopodal, ubranego na czarno mężczyzny w masce. Podrapała się w nasadę nosa. W odpowiedzi tamten przeczesał włosy palcami.
- Wojownik Arepo zatrzymał się niedaleko placu Sator, w gospodzie Rotasa – mruknęła.
- Słyszałem, że lubisz operę, droga Tenet – odparł tamten. – Ty musisz być Rufina, Szefowa Nadochrony.
„I jednocześnie cała Nadochrona”, pomyślała Rufina. „Co za cyrk. Brakuje tylko jakiejś Międzyochrony.” Zamiast tego powiedziała:
- Nie mieliście pomysłu na dłuższe hasła?
Mężczyzna zignorował tę uwagę, więc postanowiła przejść do rzeczy:
- Szukam Szefa Podziemia.
A w myślach dodała: „Jeżeli jesteś jego synem... wolę o tym nie myśleć.”
Nieznajomy uśmiechnął się przyjaźnie.
- To świetnie się składa, bo właśnie się do niego wybieram. – Rufina z zadowoleniem przyjęła fakt, że nie powiedział „właśnie wybieram się do ojca”. – A tak przy okazji, jestem Asman, Międzyochroniarz.
Frank, którego służbowe imię brzmiało Hadrian, przyjrzał się nieufnie nieznajomej, stojącej obok jego szefa. Plotka głosiła, że to jedna z Ramtopiaków, co potwierdzałby fakt, że osobniczka była mniej więcej w jego wieku, a nie kojarzył jej ze szkoły. Chyba że była jednym z tych „kameleonów”, które zmieniały tożsamość po ukończeniu szkoły i zmianie posady.
- Fatum, to Rufina, nowy Szefuńcio – powiedział rzeczowo jego zwierzchnik. – Zajmiesz się ciałami – dodał, po czym oddalił się w kierunku podziemi.
Frank westchnął głośno, ale nic nie powiedział – nasłuchał się zbyt wielu szefowskich pogadanek o stosunku liczby członków Podziemia do Nadziemia. Było w tym trochę racji, kobitka nie mogła przecież jednocześnie sprzątać i pilnować porządku, mimo że brzmiało to dość sprzecznie. Ale nie był to powód, by przenoszenie zwłok i czyszczenie posadzki zlecać innemu zespołowi, i to tylko dlatego, że akurat on nie ma problemów z kadrą.
Chcąc nie chcąc, ponownie spojrzał na rudowłosą. „Nawet nie widać, że to peruka”, pomyślał. „Ci z Ramtopów muszą być jednak nieźli”.
- Co sądzisz o tym domu wariatów? – spytał po chwili.
- Jest w porządku – odparła natychmiast kobieta. – Ale zastanawia mnie jedna sprawa. Dlaczego, będąc Szefową Nadziemia, jestem jednocześnie całym Nadziemiem?
- To może mieć jakiś związek z tym, że Nadochroniarze są drożsi, nie uważasz? – Frank uśmiechnął się złośliwie. – Poza tym, Patrycjusz widocznie uznał...
- ...że jeden człowiek wystarczy, bo każdy głupi poradzi sobie ze skrytobójcami? – Jego rozmówczyni nie wyglądała na zagniewaną, przeciwnie – patrzyła na niego z uprzejmym zainteresowaniem. Mężczyzna doszedł do wniosku, że niska liczba absolwentów niekoniecznie musi źle świadczyć o poziomie szkoły.
- Ty to powiedziałaś, ale nie zaprzeczam.
- Więc musi mieć wyjątkowo niskie mniemanie o szkole, w której się uczył.
„Jeden do zera dla ciebie, rudzielcu”, pomyślał Hadrian. A głośno powiedział:
- No dobra, gdzie znajdę umrzyków?
- Na drugim piętrze. Zdaj się na nos, młody zakrwawił chyba z pół korytarza.
Resztę nocy Rufina spędziła, wałęsając się po pomieszczeniach w okolicy gabinetu Patrycjusza. Musiała zachować wszelkie środki ostrożności – dobry skrytobójca z łatwością zauważyłby różnicę między czernią jej kostiumu a głęboką szarością panującą w pałacu. W Ankh-Morpork trudno było trafić na prawdziwie czarną ciemność – to miasto nigdy nie zasypiało. Całe szczęście, że różnica odcieni nie była tak znaczna, by mogła zauważyć ją jedna ze służących. Gdyby było inaczej, na pewno ogromnie by się zdziwiła na widok kobiety przyglądającej się uważnie skrawkom szarych materiałów i wąchającej zasłony. Każdy budynek miał swój własny zapach – ten lub inny rodzaj świec, drewna do kominka, nawet mydło i kurz.
- Widzę, że pracujesz nad wtapianiem się w otoczenie – powiedział drwiąco Fatum, natknąwszy się na rzeczoną kobietę tuż przed końcem zmiany. – A jak tam Patrycjusz, nadal żyje?
Rufina przerwała badanie próbki kurzu i spojrzała na niego beznamiętnym wzrokiem.
- Przypuszczam, że tak. Chyba że to jego pies tak zawzięcie pisze piórem ze stalówką numer trzy, co chwilę charakterystycznie stukając nim w kałamarz. Z mosiężną nasadką, jak mniemam.
Hadrian pogodził się z myślą, że ruda właśnie zdobyła kolejny punkt.
- Nie wydaje mi się, żebyś naprawdę nazywał się Fatum.
- Nie wydaje mi się, żebyś naprawdę nazywała się Rufina – odrzekł, a w duchu dodał: „Ha! Dwa do jednego”.
- Nie naprawdę naprawdę. – Rude stworzenie, które z niewyjaśnionych przyczyn zaczynało już irytować Franka, nie chciało porzucić tematu. – Przecież wiesz, o co mi chodzi – dodało, unosząc cienkie brwi.
- To skrót od Ciąży Nade Mną Fatum Hadriana. Hadrian to moje służbowe imię, reszta jest głupim przezwiskiem. Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym wrócić do domu i odpocząć po ciężkiej nocy.
- Ostatnie pytanie. Co zrobiłeś z młodym?
- Tajemnica służbowa. – Twarz kobiety pozostała niewzruszona, ale Fatum i tak domyślił się, że Szefuńcio była zdziwiona. – Owszem, służbowa. Jestem fachowcem w pozbywaniu się ciał. A wszystko przez to, że ciąży nade mną fatum sprzątania po Nadochronie.
Komendant Vimes w pewnym sensie lubił porządkować swoje służbowe biurko. Takie coroczne sprzątanie polegało zazwyczaj na zgarnianiu starych raportów i nieaktualnych dokumentów do kosza na śmieci z napisem „WAŻNE” – a potem miał już spokój i poczucie dobrze spełnionego obowiązku, mimo że nadal ciężko było dojrzeć biurko pod stosami makulatury. Lubił nazywać ten kosz czarodziejskim pojemnikiem – wieczorem wkładał doń niepotrzebne papiery, a rano w magiczny sposób śmietnik znów był pusty.
Kiedy zastanawiał się, czy powinien umieścić w koszu jeden z zeszłorocznych raportów kapitana Marchewy, czy raczej zachować go dla potomności jako przykład absolutnej nieznajomości ortografii, do jego gabinetu zapukał jeden z młodszych funkcjonariuszy.
- O co chodzi, Wattsohn?
- Przyszedł lord Downey, komendancie. Metodą dedukcji doszedłem do wniosku, że jest bardzo wzburzony. Mówi, że chce złożyć doniesienie o przestępstwie.
- Czy przed chwilą usłyszałem, że szef Gildii Skrytobójców, słynącej z tego, że sama załatwia swoje sprawy, chce powiadomić mnie o popełnieniu przestępstwa?
- Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie to powiedziałem... tak, komendancie. Na to wskazywałaby dedukcja.
- A co twoja dedukcja może mi powiedzieć na temat natury tego przestępstwa? – zapytał Vimes, zanim zdążył ugryźć się w język. Lubił młodszego funkcjonariusza Wattsohna, ale tylko wtedy, kiedy ten milczał – co zdarzało się bardzo rzadko, chyba że chłopak akurat polerował swoją lupę. Mimo to komendant Straży nie poddawał się i – za namową Sybil - nadal szukał w nim czegoś, co nie byłoby denerwujące.
Cóż, młody miał taką dziwną czapkę w kratę, którą zazwyczaj nosił na hełmie. To było nawet zabawne.
- Hmm... Wspominał coś o morderstwie.
- Powiedz mi, Wattsohn... Czy przed chwilą usłyszałem, że głowa Gildii Skrytobójców chce złożyć doniesienie o morderstwie?
- Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie to powiedziałem... tak, komendancie. Na to wskazywałaby dedukcja.
Rufina po cichu wślizgnęła się do domu i zamknęła starannie drzwi. Przeszła na palcach obok gabinetu ojca Anny – co nie było konieczne, gdyż nawet huki, grzmoty i łomoty zwiastujące nadejście absolutnej zagłady nie byłyby w stanie wyrwać go z twórczej pasji – i weszła do sypialni, którą dzieliła z niedoszłą przybraną siostrą. Anna właśnie się obudziła.
- I jak było? – spytała, podnosząc z ziemi kołdrę. „Pewnie znowu zrzuciła ją przez sen”, pomyślała Rufina.
- Dziwnie – odparła, siadając przed toaletką i zdejmując perukę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Szatynka spojrzała na nią czujnie, zmarszczywszy czoło.
- To miejsce to jedna wielka opowieść. Nadochrona, Podochrona, Międzyochrona... przydługawe hasła, głupie uwagi tego całego Hadriana i wreszcie Patrycjusz, który wydaje się czytać ludziom w myślach. Anno, ja... chyba się boję.
- Przecież to ja chciałam uciec od opowieści. Ty zawsze mówiłaś, że o nie nie dbasz, zwłaszcza jeśli ci płacą... Że możesz się przyzwyczaić, tak jak prędzej czy później każdy z onych.
- Ale wtedy mieszkałyśmy w Überwaldzie. To nie wyglądało na opowieść, to była po prostu jedyna możliwość znalezienia pracy. A teraz jesteśmy w Ankh-Morpork, to zupełnie inna para chodaków.
- Masz rację, ale teraz wieko się zatrzasnęło, nie ma odwrotu. Wytrzymasz, przecież jesteś dzielna. Może to tylko wygląda na opowieść. – Anna podeszła do siostry i przytuliła ją mocno. Rufina skrzywiła się, patrząc w lustro – wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego widoku, czy raczej jego braku – i zasłoniła je wiszącą na krześle chustą. Dopiero wtedy odwzajemniła uścisk.
- Rufina? – Anna zmarszczyła pokryty piegami nos.
- Tak?
- Tyle razy ci mówiłam, że Überwald i wszystko, co z nim związane, zostawiłyśmy za sobą. Tu nas nie znajdzie. Wyrzuć ten czosnek, który masz w kieszeni.
_____________________________
*Jedna z dziewcząt, której matka, babka i prababka należały do Gildii Szwaczek, wykorzystała tę okazję, by powiększyć pewne istotne części ciała. Inne patrzyły na to z lekkim zaskoczeniem, gdyż ich całkowicie wolna od myśli o płci przeciwnej jako o czymś interesującym, ukształtowana przez mnichów natura nie była w stanie pojąć sensu skarpetek w staniku.
**Dziwnym zbiegiem okoliczności, taka przepustka nigdy nie trwała zbyt długo. Każdy wyrzucony uczeń niemal natychmiast popełniał samobójstwo – taka była wersja oficjalna. Istniała także inna wersja, ale nikt nie śmiał mówić o niej głośno... Zresztą - to nieważne, zapomnijcie o tym.
Gadio, wciąż cierpliwie czekam na korektę... |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
Ewincja
Wiek: 21 Dołączyła: 06 Lut 2008
|
Wysłany: 7 Luty 2008, 21:08
|
|
|
Jak na razie ze wszystkich przeczytanych FF twój styl opowiadania wydaje mi się najbardziej podobny do stylu w jakim pisze Pratchett. Moje uszanowanie |
|
|
|
 |
Blade_Master
VIP

Wiek: 20 Dołączył: 23 Lut 2004 Skąd: Ostrowiec Św.
|
Wysłany: 7 Luty 2008, 23:01
|
|
|
| Powiem, że ciekawe, ale poszczególne fragmenty powinny być dłuższe. Naprawdę ciekawie napisane. |
_________________ Du ju lana it banana?
 |
|
|
|
 |
Lu-Tze
VIP

Wiek: 40 Dołączył: 31 Sty 2007 Skąd: Chotomów
|
Wysłany: 11 Luty 2008, 23:36
|
|
|
kilka nawiązań baaardzo mi się podobało, kilka innych mniej.
najmniej początek i zakończenie - którego chyba nie było?
gdybym coś przeoczył - to wina Kapitana Morgana, który asystował mi w lekturze
takie FF jak ten lubię czytać, bo mogę się do nich odnieść i krytycznie i ciepło |
_________________ Too old to Rock'n'Roll,
too young to die
|
|
|
|
 |
aschar

Wiek: 22 Dołączył: 02 Gru 2007 Skąd: Zduńska Wola
|
Wysłany: 12 Luty 2008, 16:00
|
|
|
"zmarszczywszy"
I z tego powodu rządzi
To słowo jakoś tak... może nie tyle wykracza poza normalne słownictwo (zdaję sobie sprawę, że takowe istnieje ), ile raczej dopiero szuka furtki do krainy słów-normalnych-inaczej...
I dlatego mi się podoba |
_________________ Jeśli za dużo sobie wyobrażasz, uważaj żeby nie zginąć w zderzeniu z Rzeczywistością |
|
|
|
 |
Trino

Wiek: 20 Dołączyła: 19 Maj 2006 Skąd: Leszno
|
Wysłany: 7 Lipiec 2008, 20:08
|
|
|
Wow, nie miałam pojęcia, że ktokolwiek jeszcze pamięta o tym ff XD Okej, ostatni komentarz był z lutego, ale w tym czasie mnie na forum nie było już daaawno...
W każdym razie, dziękuję za komentarze i spieszę z odpowiedzią na wątpliwości Lu-Tze: nie, zakończenia nie było. Po prostu zaraz po wklejeniu ostatniego fragmentu w moim życiu nastąpił okres Wielkiego Zwątpienia (uznałam, że schrzaniłam pomysł etc.), a potem - niestety! - Rok Wielkiego Bezwenia (:P). Krótko mówiąc, byłam Autorem w Stanie Spoczynku.
Czy pojawią się kolejne rozdziały - nie wiem. Aktualnie wciąż się zastanawiam, czy ciągnąć to opowiadanie jako ff, czy też dostosować je do mojej (nawet nie raczkującej) własnej (a więc nie-ff XDDD) tfu!rczości.
Dziękuję za uwagę i obiecuję częściej zaglądać na forum (muachachachachacha, drżyjcie!!!!! i tak dalej) |
_________________ "Mam wrażenie, że nie posiada pan żadnej pożytecznej umiejętności ani talentu. Czy myślał pan, żeby się zająć nauczaniem?"
"Mort" |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - recenzje mang |