Ulice Ankh-Morpork Strona Główna Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info

/subscribe.phpRSS  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum

Poprzedni temat «» Następny temat
Fanfic z ZKzK
Autor Wiadomość
QbaJak 
Moderator


Wiek: 27
Dołączył: 15 Lut 2004
Skąd: Jastrzębie/W-wa
Wysłany: 15 Luty 2004, 12:41   Fanfic z ZKzK

jak już pewnie wiecie to na ZKzK powstał, moim skromnym zdaniem, dość dobry fanfic rozgrywający się na Świecie Dysku

udział w jego tworzeniu brali:
Black Dagger, Krzywy, SexNazghoul, SKRP, Wild Child i ja

zzipowaną wersje *.doc znajdziecie pod adresem:

http://www.discworldcover.../out/fanfic.zip
 
 
 
QbaJak 
Moderator


Wiek: 27
Dołączył: 15 Lut 2004
Skąd: Jastrzębie/W-wa
Wysłany: 15 Luty 2004, 13:02   

a to wersja dla tych którzy lubią się męczyć przed monitorem ;)


Rincewind (jak zwykle) spadał... tym razem była to jednak krawędź łóżka. Już od dłuższego czasu miewał koszmary, nie były to jednak wizje potworów z innych wymiarów ani pozostałości po przeżytych przygodach. Rincewind śnił o przyszłości, co gorsza wiedział o tym, śnił o przyszłości, która miała go wyrwać z nudy. Rincewind kochał nudę, była dla niego całkiem atrakcyjna, gdyż wiedział, że może wybrać ją albo codzienne bycie napadanym, okradanym, a nawet podpalanym. Wiedział też, że nie lubi spadać, nie to żeby miał lęk wysokości... miał lęk szybko zbliżającego się gruntu... a ten właśnie niosła mu przyszłość.
Wstał, nałożył szatę i od razu poślizgnął się spadając na zadek. Podnosząc się, przeklną pod nosem i przywołał Bagaż, który posłusznie rozprostował setki nóżek. Jeszcze tylko spojrzał w lustro, poprawił napis "Maggus" na kapeluszu, zrzucając w prezencie uniwersyteckim mrówkom ostatnie błyszczące cekiny i otworzył drzwi. Drapiąc się po głowie wyszedł ze swojego pokoju, po czym automatycznie zawrócił i zamknął drzwi. "To niemożliwe" pomyślał, nabrał powietrza i ponownie wyszedł, by przekonać się, że TEN KOSZMAR jest zaledwie marnym wspomnieniem snu. Niestety, przed jego pokojem nie było Bibliotekarza. Ten umięśniony worek ziemniaków stał tam każdego ranka, odkąd Rincewind został jego pomocnikiem w Magicznej Bibliotece (szybko porachował na palcach) czyli od sześciu miesięcy i trzydziestu-dwóch(^1) dni. Bibliotekarzowi nigdy nie chodziło o to, że nie ufał Rincewindowi, po prostu znał przyzwyczajenia magów - wiedział, że po porannej toalecie magowie wybierają się na śniadanie, które trawa mniej więcej... no... do obiadu, dlatego, świadomie bądź nie, Bibliotekarz został prekursorem chłopca hotelowego przynoszącego gościom śniadanie do łóżka. Rincewindowi nagle zrobiło się żal, że będzie się musiał obejść bez kiści przegniłych bananów. Skierował swe kroki do biblioteki w poszukiwaniu kosmatego przyjaciela.
Zamknięte drzwi biblioteki nie wróżyły niczego dobrego. Rincewind je otworzył i... tylko wyuczony odruch unikania nisko przelatujących przedmiotów(^2) uratował jego głowę przed przelatującą lotem koszącym książką. "Magia iluzyjna w niskich temperaturach" - zauważył tytuł Rincewind. Jego oczom ukazał się potworny widok - Bibliotekarz dostał napadu szału, większość książek leżała na podłodze, były połamane, jeśli można użyć takiego słowa w stosunku do książek. Te bardziej magiczne zerwały się z łańcuchów, aby móc uciec przed rudą apokalipsą pod sam sufit, nie dawało to dużych rezultatów bo z brzegów wciąż wysiały im długie łańcuchy, półki w bibliotece były wysokie, bibliotekarz miał długie chwytne kończyny w liczbie cztery, a poza tym wszyscy wiedzą, że Rzeczywistość zawsze pokpiwała sobie z ogólnie przyjętej Przestrzeni i Wymiarów w środku biblioteki.
Rincewind pobladł, zjeżyły mu się resztki włosów na głowie, jeszcze przez parę minut z powodzeniem udawał złotą rybkę, na przemian otwierając i zamykając usta bez wydania żadnego dźwięku. W jednej chwili uświadomił sobie, że są rzeczy straszniejsze od potworów z Piekielnych Wymiarów, te rzeczy są duże, rude, owłosione, skrzeczą jak banda szympansów bijących się o małą gumową kaczuszkę do kąpieli i... niszczą własne książki.
W końcu Rincewind odzyskał panowanie nad sobą, przynajmniej nad tą częścią jego, która władała ustami, bo nogi cały czas ignorowały sygnały docierające z mózgu z rozkazem ucieczki.
- Co robisz? – wrzasnął
- UUK IIK IIK IIK UUK UIK UIK!!!!!!
- Banan?
- UUK UUK UUK?
- Ale co takiego może być w zwykłym bananie?
W tej chwili został złapany za kołnierz, zawleczony na najwyższą półkę w bibliotece a przed jego twarzą znalazła się pięść przypominająca rękę odzianą w skórzaną rękawiczkę - to wszystko stało się z prędkością nieco tylko wolniejszą od prędkości światła(^3). Rincewind instynktownie wyczuwał kłopoty, zwłaszcza że znalazł się w takich, w których ukamienowanie przez trolle wydaje się tylko lekkim, ledwo wyczuwalnym masażem.
- No dobrze. - powiedział - Może wytłumaczysz mi to jeszcze raz?.
- Uuk uk ukuku uuuuuuk.
- Niemożliwe.
- Uk ukkk uuk!
- Nie, to nie może być prawda!
- Uuuuuk uuuuuuuuuk uuuuuuuuuuuuk!
- No dobra, sprawdzimy.
W głowie Rincewinda powoli tworzył się wizerunek czegoś co odebrało mu chęć do leniuchowania. Piekielne Manifestacje nie zdarzały się od wieków, od czasu kiedy Wielki Arcymag Tim XI zapieczętował Przejście miedzy wymiarami. Od tego czasu Otchłań wielokrotnie szturmowała zapieczętowane drzwi - na szczęście nieskutecznie.
- Poczekaj tutaj. I sprzątnij tu trochę.
- Ukk. Uk.
Rincewind uchylił się przed przelatująca książka i wyszedł. Sprawa wyglądała na groźną i zebranie Rady Ośmiu było koniecznością, nawet gdyby miało to skrócić drzemkę i wyrwać z łóżek paru magów.



Ośmiu najpotężniejszych magów podążyło za Rincewindem do Biblioteki.
- Nie to niemożliwe... - wrzasnął Rince - One na prawdę leżały na podłodze... wszystkie... żadna nie była na swoim miejscu... tylko wszystkie na.....!!!!!!
- Rincewindzie, wstydź się, żarty w twoim wieku
- Ale, ale, ale... to prawda... Bibliotekarz sam nie zdążyłby posprzątać tylu...
- Tak, tak wiemy. - odparł nadrektor i zwrócił się do Bibliotekarza - Czy to prawda? - Bibliotekarz uśmiechnął się tylko, poza tym konspiracyjnie milczał. Najwyższy mag na powrót zwrócił się do Rincewinda - A jeśli dalej będziesz się upierał przy swoim to będziemy musieli pożyczyć od naszego kolegi Kwestora kilka pigułek z suszonej żaby, żeby cię uspokoić.
Magowie odeszli zniesmaczeni, z pewnością wszyscy myśleli teraz o zjedzeniu wiśniowego sorbetu aby zregenerować energię wymaganą do szybkiego (jak na warunki magów) biegu w dół schodów. Rincewind spojrzał groźnie na Bibliotekarza i stojący pośrodku biblioteki Bagaż. Gdyby przeciętny obserwator, nie obdarzony nawet przenikliwym wzrokiem, przyjrzał się teraz kufrowi, mógłby przysiąc że Bagaż ma wesołą minę szczeniaczka, który właśnie napaskudził w przedpokoju.
- Ty!!! - Rincewind wysunął palec w stronę drewnianego przyjaciela - Te poukładane książki to wszystko twoja sprawka!!! - Bagaż zdawał się przytakiwać. Rincewind obrócił się na pięcie i pognał do swojego pokoju. W głowie układał sobie plan ucieczki, nie wiedział jeszcze przed czym uciekać, ale przeczuwał, że lepiej się nie dowiadywać. Właśnie się pakował kiedy skórzana rękawiczka chwyciła jego rękę.
- Uuk
- Ach to ty.
- Uuk Uuk!!
- A właśnie, że mogę, mogę zrobić co tylko zechce.
- Uuk.
- Zgłupiałeś!!! - stojący naprzeciw maga worek mięśni zdawał się naprężać, Rincewind natychmiast się opanował - Mam wykonać Ashk-Ente zupełnie sam???
- Uuk
- Ale przecież mogłeś o to poprosić całą najwyższą Ósemkę.
- Uuk
- Nie wymiguj się teraz - mogłeś i już, a ja nie zamierzam odprawiać rytuału... jakoś nie uśmiecha mi się rozmowa w cztery oczy z samym Śmierciiiii...
Uścisk Bibliotekarza stał się tylko nieco mocniejszy. Rincewindowi pobielały wszystkie kostki, po chwili palce stały się sine. Rincewind zaniemówił, nie mógł nawet wrzasnąć, najgorsze że coś w minie Bibliotekarz sugerowało, że to dopiero początek
- No dobrze zrobię to! – wyszeptał z trudem.



- Potrzebuję paru składników.
Rincewind spisał na kartce nazwy substancji brzmiące tak egzotycznie jak pryszcz z lewego policzka sześcioletniego ogra, 3 płatki kwiatka krnabrnika(^4), zmielony róg czarnego jednorożca i jeszcze parę innych równie oryginalnie brzmiących i jeszcze trudniejszych do zdobycia. Ale w końcu Ashk-Ente nie odprawia się co dzien.
- Idź do laboratorium i przynieś mi to.
- Uuk. Uk. - Bibliotekarz wyrwał kartkę i już chciał wybiec...
- Stój, nie ty.
- Ukuk?
- Będziesz mi potrzebny.
Kartkę ze składnikami dostał Bagaż i powoli wyszedł z Biblioteki.
- Tylko szybko, nie jadłem jeszcze śniadania.
Myśl o nie zjedzonym śniadaniu wróciła do Rincewinda jak zły sen. Burczała najpierw w żołądku, potem trochę wyżej, aż w końcu urosła w umyśle maga do obsesyjnej chęci zjedzenia czegokolwiek, najlepiej jajecznicy na bekonie. Rincewind westchnął. Miał nadzieje, ze jego poświecenie dla świata kiedyś zostanie docenione.
- No dobra, musimy tutaj trochę przemeblować. Ashk-Ente wymaga trochę miejsca.
- Uukk, uk?
- Przesuń ten, ten i jeszcze ten regał.
- Uuuukkkk.
- W porządku.
Rincewind w oczekiwaniu na Bagaż zaczął rysować magiczne symbole, gdyż jak wiadomo im trudniejszy rytuał tym bardziej spektakularnej scenografii wymaga. Następnie zabezpieczył się za pomocą licznych i ,,potężnych'' amuletów. Wiedział że nie działają, zrobił to jedynie dla własnego spokoju ducha. Przywołanie samego Śmierci to rzecz nieprzyjemna i Rincewind czuł nieodpartą chęć ucieczki do swojej norki, jak zwykle gdy robił coś niebezpiecznego. Zawsze sądził że musiał mieć jakiegoś gryzonia w rodzinie. Chwilę potem Bagaż wrócił. Rincewind szybko uporał się z resztą przygotowań i rozpoczął inwokację. Bibliotekarz poklepała go po ramieniu:
- Uuk
- Tak, wiem, że nie musze tego robić.
- Uuk
- Wiem też, że nie musiałem wysyłać Bagażu po te wszystkie paskudztwa.
- Uuk?
- Jak to po co? Właśnie po to żeby zachować no ten... tradycje... i no... nastrój.
- Uuk
- Przestań się czepiać, to w końcu jak odprawiam ten rytuał.
W tym momencie pojawił się Śmierć, miał wędkę w dłoni, co nie wróżyło nic dobrego gdyż Rinceweind ściągnął go w czasie odpoczynku.
- DLACZEGO TO ZAWSZE ROBICIE??
- Co?
- NO PRZERYWACIE W NAJLEPSZYCH MOMENTACH, ZAWSZE ŚCIĄGACIE MNIE TUTAJ KIEDY COŚ SIE WRESZCZIE ZACZYNA DZIAĆ - Śmierć wydawał się trochę podirytowany.
- P...p...prze...pra...przepraszam - wydusił z siebie mag - może chcesz wrócić...
- POSŁUCHAJ, NIE MAM CZASU TAK Z TOBA GADAĆ... POWIESZ MI WRESZCIE O CO CHODZI CZY NIE?
- Zabawne, chciałem cię spytać o to samo - roztrzęsiony głos maga sugerował, że w takich rozmowach nie ma nic zabawnego, przynajmniej z punktu widzenia Rincewinda.
- NO DOBRZE - odparł Śmierć i zaczął recytować:
PIEKIELNE WROTA,
PIEKIELNY WRÓG,
STRACONA CNOTA,
NIM ZADMĄ W RÓG
Rincewind na przemian otworzył i zamknął usta
- Co?
- MAGOWIE... NIGDY NIE UMIECIE WCZUĆ SI W SYTUACJĘ, ZADBACIE O TE WSZYSTKIE FAJERWERKI PRZY STOSOWANIU MAGII, ALE PRAWDZIWEGO WYCZUCIA NIE MACIE ZA GROSZ
- Może powiedz mi tak po ludzku - Rincewind nagle zdał sobie sprawę, że chyba nie najlepiej dobiera słowa, mimo to kontynuował - o co w tym wszystkim chodzi... Dobrze? - dodał po chwili.
- POTWORY CHCĄ SIĘ PRZEBIĆ PRZEZ PRZEZPIEKIELNE WROTA ZAMKNIĘTE PRZED WIEKAMI PRZEZ TIMA, JAK MU TAM, XI
- Ale nikt nie wiem gdzie one są!!!
- MNIE TO MÓWISZ - oczy Śmierci błysnęły błękitem, po czym cała postać zniknęła
- Poczekaj, jeszcze cię nie odesłałem..... a niech to nawet on mnie ignoruje - pomyślał zgorzkniały Rincewind i usiadł zrezygnowany na kanapie. Musiał szybko coś wymyślić.



Magia w Świecie Dysku ma bardzo specyficzne właściwości. Gromadzi się i kumuluje. Aż do czasu gdy zostanie osiągnięty punkt krytyczny, kiedy to magii zbierze się wystarczająco dużo i zaczynają się dziać rożne rzeczy. Czyżby Stwórca znalazł zabezpieczenie przed pazernością smoków(^5)?
Rincewind pamiętał z wykładów o masie krytycznej głównie porównanie do masy krytycznej wypitego alkoholu. Jako zawzięty praktyk jej stosowania wiedział, ze przekroczenie pewnego poziomu może być tragiczne w skutkach. Rozejrzał się po Bibliotece. Grube tomy leżały na uginających się półkach. Od czasu do czasu przeskakiwały miedzy nimi oktarynowe(^6) błyskawice rozładowując zgromadzona energie magiczna.
- Czyżbyśmy zebrali za dużo ksiąg, więcej niż nasze zaklęcia są w stanie zabezpieczyć? Powiedz mi, czy ostatnio nasz księgozbiór się znacznie nie powiększył?
- Uk, uuk.
- Tak myślałem.
- Uuuk?
- Chyba przekroczyliśmy masę krytyczna i magia zaczyna działać bez naszego udziału, zaczyna przyzywać Istoty Chaosu.
Rincewind zdecydował, ze tylko jajecznica na bekonie jest w stanie pobudzić jego umysł do wystarczającej kreatywności. Może Śmierć miał rację z brakiem wyczucia u magów...



- To wszystko nie ma sensu - stwierdził Rincewind podając Bibliotekarzowi miseczkę fistaszków - przecież niszczyłeś, książki... zmniejszałeś ich masę krytyczną...
- Uuk
- A tak zapomniałem... ale jeżeli magia ze zniszczonych tomów po prostu się uwalnia i nasyca otoczenie, to dlaczego to w ogóle robiłeś?
- Uuk Uuk!!
- Też prawda... - przytaknął smętnie Rincewind patrząc w głąb kufla i powtórzył z żalem słowa Bibliotekarza - ... mądry mag po szkodzie.
Bywalcy Rozbitego Bębna, największej meliny w mieście, zaczęli wychodzić niezauważeni. Nie lubili, gdy w ich towarzystwie upijał się mag, nawet jeśli magiem tym był Rincewind. Jednak coś w atmosferze niepokoiło ich jeszcze bardziej - Bibliotekarz. Kiedyś trudno się im było przyzwyczaić do tego dość nietypowego gościa, ku złości jednych podkradał wszystkim fistaszki, ku radości drugich dostarczał darmowej rozrywki publiczności gdy jakiś żartowniś ośmielił się go nazwać małpiatką. Jednak dzisiaj Bibliotekarz był inny, zignorował uwagę o małpach, wypowiedzianą widać przez nieuświadomionego gościa, a co gorsza... nie jadł fistaszków.



Cząsteczka natchnienia dryfowała w stronę dwóch ostatnich gości Bębna, musiało jednak upłynąć jeszcze kilka kufli nim dotarła do celu. Rincewind zerwał się na równe nogi. I niemal natychmiast usiadł z powrotem, Bo oto zobaczył GSP Dibblera zmierzającego w jego kierunku z miną nie wróżącą nic dobrego. Na przykład jego paszteciki.
- Musimy go jakoś spławić
- Uuk!!!
- Niemożliwe ???.... no to popatrz. - odpowiedział Rincewind i znacznie głośniej zwrócił się do nadchodzącego Dibblera - Dzień dobry Gardło, właśnie zgłodnieliśmy może sprzedałbyś nam po jednym paszteciku.
Bibliotekarz z trudem powstrzymał odruch wymiotny, nie był wybredny, ale wkładać sobie do ust niektóre rzeczy to już przesada. Dibbler rozejrzał się wokoło.... jeszcze nikt nie chciał kupić od niego pasztecika z własnej woli. Rincewind kontynuował.
- Wyglądaj tak apetycznie, może od razu weźmiemy po dwa? - Dibbler nie wierzył własnym uszom, ale nie byłby człowiekiem interesu gdyby nie zareagował
- Ketchup gratis! - wręczył magowi paszteciki i woreczek czegoś co można by było nazwać ketchupem tylko wtedy gdyby robiono to z niedojrzałych, na wpół przegnitych pomidorów.
Dibbler wciąż nie dowierzał swojemu szczęściu, mimo że w dłoni już od ponad trzech minut trzymał 5 Morporskich Dollarów... I nawet nie chciał reszty - pomyślał.
Tymczasem zadowoleni z siebie Rincewind i Bibliotekarz opuścili Bęben, tylko cząsteczka natchnienia żałowała, że mogła zostać zużyta na coś całkiem innego... np. na ratowanie świata. Paszteciki wylądowały w przydrożnym rynsztoku, zabijając, niczym bomba biologiczna, całkiem pokaźną kolonię karaluchów. Dwójka przyjaciół skierowała swe kroki w stronę Świątyni Offlera. W gruncie rzeczy nie wiedzieli, po co tam idą, ale było to jedyne miejsce, które w tej chwili przychodziło im do głowy. Jednak nagle bibliotekarz odwrócił się i mocno szarpnął Rincewinda za rękaw.
- IIIK!! IIK! UUK! IIIK!
Mag obejrzał się za siebie i wrzasnął. Zobaczył bowiem... wielką pustkę. To było zupełnie niemożliwe w Ankh-Morpork, mieście tysiąca dusz i stukrotnie większej liczby mieszkańców. Ankh nigdy nie zasypiało, życie toczyło się tu przez całą dobę... a teraz jedna z najbardziej uczęszczanych ulic stała zupełnie pusta, nie licząc dwójki naszych bohaterów... i drewnianego kufra, który trzymał się nieco na uboczu. Rincewind wyczuł niezawodne kłopoty, zawsze je wyczuwał. Rozejrzał się na wszystkie strony, w żadnym zaułku nie czaił się skrytobójca. Spojrzał na dachy - nawet gargulce gdzieś zniknęły.
- No dobra!!!! - krzyknął na całe gardło - zaraz się odwrócę i ucieknę co sił w nogach!!! - odpowiedziała mu głucha cisza, tak głucha że zaczynała wydawać się już anty-hałasem. Przez moment zaszeleściły tylko skrzydła przypadkowego albatrosa nad ich głowami, jednak i on chciał się znaleźć jak najszybciej poza zasięgiem anty-hałasu. Nagle powietrze wokół Rincewinda stało się gęste od magii, czas zdawał się zwalniać, mag przełknął ślinę, wolał się nie odwracać.
- RINCEWIND, MAG NIEWIDOCZNEGO UNIWERSYTETU i BIBLIOTEKARZ, BIBLIOTEKARZ MAGICZNEJ BIBLIOTEKI? - głos Śmierci brzmiał dziwnie oficjalnie, wychudła postać w jednej ręce trzymała kosę ostrzoną w promieniach słońca, w drugiej dwie klepsydry.
- Tak
- Uuk - zgodzili się mimowolnie obaj
- A SZKODA, MUSZĘ ODEBRAC KOGOS INNEGO - Śmierć zniknął
Rincewind dygotał, nie ze strachu, po prostu gotował się w środku. Odkąd pamiętał był nieudanym magiem, zawsze wyśmiewanym, poniżanym przez kolegów, celem najgorszych żartów. Ale tego było już za wiele, sam Śmierć raczył z niego zażartować. Oczy Rincewinda rozbłysnęły - błysku tego pozazdrościłby każdy z dawno już odeszłych czarodzicieli, pozazdrościłby sam Kosiarz, a nawet Ślepy Io.
- Idziemy - rzekł władczo do Bibliotekarza.
Normalnie u opiekuna biblioteki wywołało by to napad złości, teraz jednak usłużnie posłuchał. Widział coś, czego Rincewind poprzez swój napad gniewu nie dostrzegł. Na końcach jego palców materializowała się oktaryna, nie było by w tym nic dziwnego jednak Bibliotekarz jeszcze nigdy nie wiedział jej w takiej ilości, nie zgromadzonej wokół jednego osobnika, nie wokół Rincewinda. Oktaryny po chwili było już tak dużo, że zaczęła się rozładowywać, strzelała z palców maga we wszystkie strony, słupami grubości kłód stuletniego dębu. Rincewind kroczył gniewnie przed siebie, Bibliotekarz starał się chować za Bagażem, który jednak nie stanowił dobrej ochrony przed nie wiadomo skąd pojawiającymi się cząsteczkami natchnienia. Dzika Idea czaiła się w pobliżu. Oczywiście nie była przeznaczona dla umysłu Bibliotekarza, od zabłąkanych cząsteczek dostawał niewyraźne informacje, o jeźdźcach, koniach, tłumie i świątyni. Jednak nie zawracał sobie nimi głowy, wiedział że Idea atakuje maga, a to co on dostaje jest tylko osadem który nie zdołał się pomieścić w umyśle Rincewinda.



Na końcu ulicy zaczęły wyłaniać się tłumy, były zgromadzone wokół Świątyni Offlera - boga o głowie krokodyla. To właśnie dziś przypada jego największe święto, miano złożyć w ofierze dziewicę. Tłum bynajmniej nie zebrał się by oglądać krwawą rzeź, po prostu ludzie od dawna wiedzieli ze dziewice to zagrożony gatunek i nigdy nie przegapiali nadarzającej się okazji by zobaczyć jedną z nich. Ludzie tłoczyli się niemiłosiernie, jednak, co zastanawiające, po obu flankach budynku znajdowały się po dwa puste okręgi, jakby ludzie nieświadomie unikali tych miejsc. Rincewind zmieszał się z tłumem... to znaczy wokół niego utworzył się piąty krąg wolnej przestrzeni... cztery pozostałe zaczęły się zbliżać, aż w końcu znały się w jeden imponującej wielkości.
- Ty!!!! - wrzasnął mag, wskazując postać w czarnym płaszczu - Zadrwiłeś ze mnie!!!
- NIE MÓGŁBYM, JA I MOI BRACIA NIE MOŻEMY MIESZAĆ SIĘ W SPRAWY LUDZI - Rincewind spojrzał na pozostałą trójkę, byli to Głód, Zaraza i Wojna.
- Tak?? A więc co tu robicie?
- ZAŁATWIAMY SWOJE - czaszka zdawała się uśmiechać
Idea podpowiedziała magowi, to co do każdego człowieka dotarłoby już dziesięć minut temu, oczywiście jeśli tylko umysł owego przyjąłby Rzeczywistość. To byli jeźdźcy Apokralipsy, cała czwórka, co do jednego... a ich sprawy niezaprzeczalnie wiązały się z końcem świata.
Idea kazała spojrzeć Rincewindowi przed siebie, kapłani Offlera wyprowadzali dziewicę, a najważniejszy z nich pieczołowicie czyścił sakralny nóż. Mag spojrzał na dziewczynę, jej oczy płonęły zielonym blaskiem.
- Pani !!!! - wyszeptał w duchu i wystąpił przed kapłanów. Najwyraźniej ich zaskoczył, jeszcze nikt nie od setek lat nie ośmielił się przerwać procesji - stanęli jak wyryci. W końcu Najwyższy Kapłan Offlera, zdecydował się zabrać głos, nim wypowiedział pierwszą sylabę potężny słup oktaryny wystrzelił z rąk Rincewinda i podążył w stronę bramy świątyni. Zamajaczyły niewyraźnie kształty, to Potwory z Piekielnych Wymiarów, żywiły się nadmiarem magii. Najwyraźniej Rincewind znalazł bramę Tim'a XI, szkoda tylko że nie wiedział co z tą informacją zrobić.
Idea zdecydowała się uderzyć. Rincewind wyszeptał kilka słów, nad głowami tłumu utworzyła się bańka mydlana, średnicy kilkudziesięciu metrów... po czym zrobiła ciche PYK!. Idea zrozumiała, że spośród tysięcy magów, wybrała właśnie tego, który nigdy nie miał do czynienia z magią. Z bramy wydobył się przeraźliwy skowyt rozpaczy, to zabezpieczania bramy zaczęły się umacniać, potwory nie miały już magii którą mogły się żywić - cała wyparowała z mydlaną bańką.
Rincewind poczułby ulgę gdyby za plecami nie usłyszał westchnienia tysiąca zawiedzionych głosów. Chwycił dziewicę ze rękę i wrzasnął: - Szybko do Wieży Sztuk(^7)!!!. - Tłum zlał się w jedną falę i rzucił w pogoń za uciekającą parą.



Jeźdźcy Apokralipsy popatrzyli dookoła z niesmakiem. Śmierć, bo zamiast pracy w interesujących warunkach wśród Istot z Piekielnych Wymiarów, miał przed sobą wizje tratującego się tłumu, a ofiary wśród biedoty nie należały do jego ulubionego repertuaru. Jego bracia, no cóż, Koniec Świata została odsunięty w czasie.



Rincewind i dziewica biegli w kierunku Niewidzialnego Uniwersytetu, o ile można to było nazwać biegiem. Magowie znani byli ze swojej niechęci do wszystkich ćwiczeń fizycznych, wiec po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, trzymając dodatkowo fantazyjny kapelusz, aby go nie zwiał pęd powietrza, Rincewind zaczął sapać i zastanawiać się czemu we wdychanym przez niego powietrzu jest tak mało życiodajnego tlenu. A dziewica, mająca znaczna nadwagę, również nie była urodzona biegaczka. Gdyby nie Bibliotekarz szykujący dywersje wśród tłumu, rozdający uderzenia na lewo i prawo oraz Bagaż skutecznie podcinający najbardziej aktywnych członków pogoni sytuacja zakończyła by się dramatycznie. Tymczasem różnica miedzy uciekającymi i tłumem zwiększyła się do kilkudziesięciu metrów.
- Uuk, uk.
- .
- Uk?
- .
- Uuk.
Po krótkiej konwersacji Bibliotekarz ruszył za Rincewindem i dziewica, a Bagaż zniknął w zabłoconej przecznicy. Rozmiar pogoni znacznie się zmniejszył. Rincewinda ścigało już tylko dwa tuziny kapłanów i kilku, co bardziej, rozentuzjazmowanych widzów, reszta oddała się codziennym zajęciom życia w mieście(^8). Jednak ci pozostali, zwłaszcza kapłani, byli najgorsi nawet Bibliotekarz za nimi nie nadążał. Rincewind z towarzyszką wpadli do wieży. Przed nimi jeszcze tylko 2654 schody do pokonania i będą na szczycie, a potem... Rincewind przełknął ślinę... a potem się coś wymyśli.
Po pierwszych 500 stopniach Rincewind zdecydował, ze ratowanie świata jest zadaniem niezwykle wyczerpującym. Dziewica natomiast przeklinała w duchu swoja skłonność do konsumpcji posiłków. Nie dość, ze jako mało urodziwa została dziewica - najpierw się z niej śmiali a teraz to...
- Nigdzie nie idę! Zostaje tutaj. Na pewno nie będą za nami wchodzić.
Faktycznie, pogoń zatrzymała się na drzwiach do więzy i teraz tylko głuche odgłosy uderzeń w drzwi gdzieś na dole przypominały o niebezpieczeństwie.
- Erhm, uhm, ..., musimy iść dalej. - Rincewind miął coraz bardziej dosyć ratowania świata i dziewic... zwłaszcza dziewic. Nawet perspektywa wspinaczki w porównaniu z rozwiązywaniem kobiecych problemów egzystencjalnych wyglądała bardzo zachęcająco...



- Nigdzie nie idę – wrzasnęła po raz kolejny. Rincewind stwierdził, że już nic na to nie poradzi i pognał w górę. Bibliotekarzowi w końcu udało się zaryglować drzwi. Niestety Najwyższemu Kapłanowi Offlera i jego dwóm pomocnikom udało się przedrzeć dosłownie dwie sekundy wcześniej, teraz pędzili w górę. W końcu dopadli dziewicę i rozejrzeli się wokoło, nie było żadnej widowni, wiec nie było dla kogo jej zabijać. Rozgoryczeni spojrzeli w górę i postanowili chociaż dopaść winowajcę.
Zdyszany Rincewind usiadł na szczycie wieży. Miał parę minut, żeby odpocząć, ponudzić się i ewentualnie wymyślić na szybko jakiś plan awaryjny. Jednak nic nie przychodziło mu do głowy.
Po chwili zjawili się trzej kapłani, z sierpowatymi nożami błyskającymi w słońcu i nieprzyjemnymi uśmiechami na twarzy.
- Nie dostaniecie mnie, jestem magiem! - wyciągnął ręce jakby rzucał zaklęcie
- I co zabijesz nas mydłem? - spytali ironicznie, pamiętając poprzedni popis maga.
Rincewind rozdziawił usta "To nie było miłe" – pomyślał
- Nie!!! - mag cofał się ku krawędzi wieży, próbując jakoś odwlec moment swojej niechybnej śmierci.
- Więc – ironicznie spytali pozostali
Rincewind nie zdążył odpowiedzieć, jego noga ześlizgnęła się, a on sam zaczął spadać, leciał prosto na pięknie brukowany chodnik. Ten sam chodnik, który śnił mu się dzisiejszej nocy. Życie przemknęło mu przed oczyma, właściwie widoki nie różniły się od obecnego gdyż Rincewind spadał przez większą część swojego życia(^9). Tuż obok zmaterializował się Śmierć
- CHCIAŁBYŚ SIE JAKOŚ POŻEGNAĆ? Na chwile ucichło wydawane "Aaaaaaaa!!!" z usta maga
- Spadaj – odrzekł
- NIE MUSISZ BYĆ NIEMIŁY TYLKO DLTEGO ŻE JESTEM ŚMIERCIĄ - Śmierć wydawał się być poruszony. Rincewind pokazał mu język, poczym przeszedł do swojego obecnego zajęcia - czyli spadania i krzyczenia. Śmierć czekał spokojnie...
I nagle zdarzyła się rzecz nieprawdopodobna, w punkcie w którym za kilka sekund miał wylądować mag pojawił się Bagaż z szeroko otwartym wiekiem. Rincewind spróbował jeszcze głośniej krzyknąć, ale mu się nie udało, potem wpadł do wnętrza Bagażu. Śmierć zaklął i zniknął. Mag wylądował na czymś miękkim, co wydawało się być multiwymiarowym czerwonym językiem, jednak wolał się nie upewniać, spojrzał w górę... Szczerzyła się do niego, zadowolona z siebie, wewnętrzna strona zębów Bagażu. Język poruszył się i mag oklejony kleistą mazią wylądował na brukowanym chodniku. Spojrzał na dziurkę od klucza wielkiego kufra:
- Dziękuję – wyszeptał
Próbował się podnieść, Bibliotekarz pośpieszył mu z pomocą.
- Mam nadzieje że to już koniec - rzekł gorączkowo Rincewind - Przydałby się tydzień urlopu
- Uuk - Bibliotekarz chwycił go za rękę i w drugą wręczył zaległą kiść bananów z dzisiejszego ranka. Mina maga lekko zrzedła
- Ale dasz mi jutro wolne? - spytał z nadzieją w głosie.



(^1)Tydzień na Dysku składa się z ośmiu dni (Poniedziałek, Wtorek, Środa, Czwartek, Piątek, Sobota, Niedziela i Oktodzień), a wiec miesiąc jest nieco dłuższy niż u nas, na kuli - stąd ta liczba.
(^2)Rincewind w młodości mieszkał w pobliżu domostwa trolli. Młode trolle uwielbiają rzucać kamieniami w przechodniów. Kamienie używane przez trolle różnią się od zwykłych - zwykle są większe.
(^3)Światło na dysku jest bardzo powolne, porusza się z prędkością porównywalną do prędkości dźwięku na naszej planecie.
(^4)Krnabrnik rośnie tylko w Górach Osi, a dodatkowo zawsze kwitnie w inny dzień roku.
(^5)Smoki znane są z kolekcjonowania wielkich ilości magicznych przedmiotów. Oprócz nich kolekcjonują również inne przedmioty, najczęściej w kolorze złotym.
(^6)Oktaryna jest ósmym kolorem występującym wyłącznie na Dysku.
(^7)Wieża Sztuk była najwyższym budynkiem w całym Ankh-Morpork, leżała na terenie Niewidocznego Uniwersytetu
(^8)Okradaniu, byciu okradanym, zabijaniu, byciu zabijanym, podpalaniu, byciu podpalanym i paru innym.
(^9)Oczywiście poza momentami gdy uciekał przed skrytobójcami, był w niewoli, uciekał przed skrytobójcami, próbowano go składać w ofierze, uciekał przed skrytobójcami, chował się pod stołem w Bębnie, uciekał przed... itd.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Theme modified by Vanti & Krejt.
Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett.
All trademarks are used with permission from Terry Pratchett.
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group