Ulice Ankh-Morpork Strona Główna Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info

/subscribe.phpRSS  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum

Poprzedni temat «» Następny temat
Chomix Rewolucje, czyli...
Autor Wiadomość
Monkey 


Wiek: 21
Dołączyła: 22 Lip 2004
Skąd: Kwidzyn/Toruń
Wysłany: 1 Lipiec 2005, 09:05   Chomix Rewolucje, czyli...

...Wiewióry nadal atakowały i...

- Nobby całkowicie się rozbudził! - powiedział wiewiór nr 1.
- Czy to dobrze? - powiedział wiewiór nr 3.
- Patrzcie się! - krzyknął wiewiór nr 4, rytmicznie machając łapkami. - On ucieka!
Tymaczasem zadyszany Nobby zaklął pod nosem.
- Na Boga ... Dowolnego ! Gdzie to wsparcie. Człowiek prosi o pomoc,a jedyne co zyskuje to: Tak, już idziemy. A więc to tak działa ta straż. Zostawiają najlepsiejszego przyjaciela na pastwę... wiewiórów! Maaamusiu!
Sceneria była rozmazana. Można było jednak zauważyć, kilka drewnianych chat...
Nobby nie wiedział już do końca, co się dzieje. Postanowił, że wejdzie do dowolnej chaty. Najlepiej najstraszniejszej. Może wiewióry się przestraszą. Pomyślał Nobby i udał się pędem do chaty w lesie. Chatka była z ... Jak się okazało Piernika polanego polewą orzechową. Nobby wszedł do domku przez tylne wejście.
- Jest tu kto?! - krzyknął bezmyślnie.
- Faak? - odezwała starsza pani siedząca przy kominku.
- Faak jou to! A tak naprawdę, to przyszedłem po pomoc. Ma pani miotłę?
- Faak i fo barfo wielka! Jak kazfa czalownica! Pofać? - odezwała się.
- Proszę! I niech pani będzie gotowa na straszliwą bitwę...
- Mam jesce pogzebac! - czarownica jednym ruchem nakreśliła w powietrzu jakiś znak pogrzebaczem.
- Istotnie ... 4,3,2 ...8 i 5 Start!
W tej oto chwili widzimy jak do domku wpada stado rozwścieczonych wiewiÓRÓw.
Połowa zjada orzechową polewę i herbatniki z domku, reszta pod dowóctwem Aspiryny, atakuje Nobbyego i czarownicę...
- O kutfa - mówi zdesperowana czarownica - Nie przetstafilam sie. Jestem Babcia Nobbyego...

Vimes i Marchewa szli z odsieczą...
Właściwie to Marchewa szedł z odsieczą... Vimes czołgał się z odsieczą...
- Panie komendancie, mówiłem, czemu pan nie słuchał??
- Ale, Marchewwwaa...aa.. to..tototo był tyko kielisek beuauerhugggggera...
Marchewa ustał żeby nabrać tchu, nadal podtrzymywał Vimesa.
Ten przyjacielsko wyciągnął w jego stronę na pół opróżnioną butelkę.
Kapitan uległ pokusie.
- No może łyczek...
Krasnoludzki łyczek...

W tym czasie w chatce z piernika.
- Jestem babcia Nobby'ego...
- A my pomocnicy Wiedźmikołaja. - burknął Shuwar.
- Nie, ja mófię na serfio...
Przerwał jej dźwięk z dachu. Coś wpadło przez komin. Po chwili wstało i otrzepało się z pyłu.
Był to sam Lord Vetinari, ubrany w czarny garniturek i ciemne okulary.
Po chwili rzekł z lodowatym spokojem...

- Witajcie.
Wiewiórom zjerzyło się futro od tego głosu. Babci najwyżej się włoski na kurzajkach zjerzyły (no co?? to też jest futro).
Zanim jednak Vetinari powiedział więcej, rozległo się pukanie do drzwi.
Po chwili milczenia drzwi otworzył stojący najbliżej wiewiór.
Na zewnątrz stał spory tłumek półgłupich istot, na oko. Po bliższym przyjrzeniu się można było stwierdzić, że to durnie w 99%. I mieli szaliki.
Jeden z tłumu krzyknął.
- Ten drań jest tutaj!
- Vetinari, ty szynko czemu emu nie chcesz zrobić Gildii Szalikowców?
- To dyskryminacja!
- Dysko... cośtam, właśnie!!!
Vetinari z przerażoną miną rzucił się z powrotem w stronę komina.
- Kibole... ZA NIM!!!!

Vimes i Marchewa siedzieli gdzieś i w jakimś czasie... napewno... to jest pewne...
Marchewa spojrzał na zegar na wieży, która się przybłąkała jakoś.
Zegar pokazywał kilka czasów.
- Ehhh, pewnie dla obcokrajowców, żeby swój czas znali... - wyjąkał Marchewa.
Vimes z poziomy ziemi dodał:
- Wsssss....
- No, prawda...
Na terminarz Vimesa nie było co liczyć. Nie dość, że skrzat zawsze podawał złą godzinę, to Marchewa dał mu z litości łyczek... tak.. to napewno był... jeden??
Dla Vimesa wybiła godzina szczęścia.
- I śsssssssspiewaaaaaaaaaajmy, wszyccccccsssy raaaazem...
- Nie ma nic.... możemy iiiiiść....
Siedzący niedaleko kot pomyślał.
- Taki ubaw i to za darmola!

Chomix z Drużyną Grzesznego Orzeszka dotarli do wrót.
Tak się spieszyli, że się zgubili.
Chomix wystąpił i zastukał do bramy.
Otworzyło im...
- Emu?
Emu się obruszył.
- Nie takie zwykłe emu!! Wściekłe, drapieżne, czasem wredne Emu!! To jest pełna nazwa.
- Nie można zwyczajnie Emuś??
- Ależ skąd.
Emu rzeczywiście nie było zwykłe. Miało korpus strusia, ale głowa była ludzka... wręcz magowata. Miała brodę i czerwony kapelusz.
Chomix nie mógł powstrzymać ciekawości.
- Eeee... skąd jesteś, przyjacielu.
Emu spuścił głowę.
- Wychowali mnie magowie z NU, dranie - rzekł z przekonaniem. - Zrobili ze mnie mutanta.
Gdy Emu zaczął ronić łzy, wiewióry zaczęły go pocieszać...


Vetinari podążał w jednym kierunku... Ku wolności, prawdzie i lepszemu życiu. I to nie tylko metaforycznie. Powoli zbliżał się do ujścia komina. Słyszał mściwe krzyki kiboli pod nim, i na nieszczęście nad nim.
- Jak to się stało, że gwardia pałacowa nie zatrzymała tego szalonego tłumu? - głośno pomyślał Vetinari - Przecież do skandal ! Gdzie był Gobby, Drull, Astro? Gdzie ci diabelni strażnicy się podziewali gdy ta armia dzikusów spokojnie weszła do mojego biura...
Teraz był w pułapce. I nic nie mógł zrobić...
W tym samym czasie Nobby wtopił się w tłum kiboli i wraz ze swą babcią podążał wzdłuż komina.
- Babciu, nie bój się ocalę cię ! - krzyknął dzielnie Nobby.
Gdy ta słodka para szła przez komin natknęła się na Vetinariego.
- Ups, przepraszam... pana, panie patrycjuszu - wtrącił Nobby. - Chce pan pomóc w ucieczce? Niech pan potrzyma przez chwilę babcię.
Vetinari z braku wyboru potrzymał babcię. W rzeczywistości była lżejsza niż wyglądała.
- Fu jusz jest. STOOF NOFFY ! To wyjście awaryjne zawsze się przydawało, gdy odwiedzał mnie komornik.
- Aha - powiedział inteligentnie Patrycjusz.
Babcia podała Nobby'emu klucz, który otwierał stare drzwi wewnątrz komna. Nasza grupa ulotniła tak szybko jak to robi komar po ukąszeniu.
Tymczasem na dole trwała wrzawa i zacięta bitwa pomiędzy Wiewiórami a kibolami.

***
Vimes spojrzał podejrzliwie na Marchewę. Znał go od wielu lat służby w straży, lecz nigdy nie zauważył, żeby kiedykolwiek złamał zasady. On miał tylko jedną zasadę: Brak zasad.
- Jestes po... porządczym oby ... watelem Marchewa! - powiedział Vimes wreszcie.
- Taa.. IIkk. Czzy to ta.. k zawsze po tym kieliszku tego zielonego ?
- Zależy od ko.. oo.. kto to pije.
- Myś.. Myślę więc, że to chyba oznacza Tak.
Teraz nastała cisza ...
- Ładne te Rynsztoki - powiedział Vimes.
- Tak - potwierdził Marchewa ...

***

Chomix z wiewiórami szli ciemnym korytarzem prowadzeni przez Emu.
Emu zapytał.
- Chłopaki, właściwie jak tu dotarliście?
- Poszliśmy do Konkreta...
- Tego Łosia?
- Taaa, miał u wiewiórów dług wdzięczności.
- Rozumiem...
Szli dalej. Dotarli w końcu do drzwi, otworzyły się i wylał się stamtąd blask lamp...

Wiewióry miały taktykę.
Taktyka kiboli to: wal co się rusza. Którą to taktykę właśnie wypróbowywali. Miała słabe punkty, np. nokałtowli swoich. Trudno, trzeba ponosić straty w ludziach.
Do zdemolowanej chatki wskoczyła grupa opancerzonych krasnoludów z Cheri na przedzie.
- Co się to dzieje, chołoto! - wydarła się Tyłeczek.
- Spokojnie, nie jesteśmy głusi, chłopie...
- Babo!!!! Jeżeli już to babo!!
Kiboli wmurowało. Krasnoludy aresztowały większość kibiców.
- Naruszanie porządku i wywoływanie zamieszek jako zarzut wystarczy - zwróciła się
Cheri do Shuwara. - Dobra, obywatelska robota, wiewióry. I uratowałyście Polskę...
Shuwar odparł ciężko.
- Ale nasz los nadal jest w rękach Chomixa.

Tymczasem Chomix z resztą weszli to wściekle jasnego pomieszczenia, mrużąc oczy.
- Ho, ho, ho. - odezwał się krępy staruszek z fotela. Nie wyglądał na Mikołaja, wyglądał jak szefo mafii, a na tym Chomix się znał.
W okół fotela Mikusia stały renifery, każdy w przyciemnionych okularkach i ze spluwami...
Mikuś napotkał ich zdumione spojrzenia.
- To moi Agenci. - wyjaśnił.
Gryzoniom szczęki opadły.
- Emu co nic nie mówiłeś?
- Nie pytaliście...
- No tak...
Chomix zwrócił się do Mikusia.
- Mów, gdzie skrzat Busz?
- Co ja, budka informacyjna...?
Chomix błyskawicznie się przemieścił, omijając Agentów i już siedział na wielkim, czerwonym nosie Mikusia.
Przystawił do niego... Pawiana (tm).
- Nie, ale za to jesteś automatyczną sekretarką, więc śpiewaj, bo użyję...
- Nie!!!!! Tylko nie Pawian (tm). Powiem wszystko...
_________________
"Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi."
 
 
     
Krejt 
Administrator


Wiek: 29
Dołączył: 13 Lut 2004
Wysłany: 1 Lipiec 2005, 09:18   

Taaak, stary, dobry, zje%&$#ny nie-powiem-przez-kogo Chomix.
Wiecie, że nigdy Wam tego nie wybaczę, prawda?
 
 
     
Blade_Master 
VIP


Wiek: 20
Dołączył: 23 Lut 2004
Skąd: Ostrowiec Św.
Wysłany: 1 Lipiec 2005, 09:19   

W tym samym czasie, Marchewa i Vimes powoli próbowali wyturlać się z
rynsztoków. Z marnymi skutkami ...
- Komendancie, ja... ja nie mogę ... - wydusił Marchewa ostatkiem sił.
- Marchewa, zzz... apamiętaj. Jeśli nienienie... mojżesz czegoś zrofić,
zrób to... później. Jak nie teraz nam się uda, to za chwilę lu... b
pot.. pote... kiedy indziej.
Komendant Straży, Vimes słynął z wydostawania się z rynsztoków. Był
specem. Dla niektórych nawet ArcySpecem. Jego techniką była
cierpliwość...
Marchewa był cierpliwy, ale teraz bolała go głowa. Skutkiem tego nie był
cierpliwy.
Złapał jedną ręką za barierkę wystającą z rynsztoku, potem drugą. Po
chwili puścił się i upadł.
- Ajajaj... - powiedział do Vimesa.
- Ajajaj... - odpowiedział przygnieciony Vimes.
Dokładnie w tej samej chwili na planie pojawiła się postać, a raczej
niewyraźny cień. Było już ciemnawo, lecz nadal było widać zarys ogólny
postaci. Prawdopodobnie była ona kobietą. Stwierdzić można to było po
odgłosie wydawanym przez jej buty na szpilkach. Odgłos ten przypominał
szuranie.
- Vimes, komendanttcie Słyrzyrz coss... iik? - spytał Marchewa.
Głos ucichł. Lecz w ciemności można było usłyszeć głośne chrapanie
Vimesa.
- Kofendantcieee.. Coś się zblisza ... iik.
Marchewa i Vimes byli bezsilni wobec czegoś potwornego i kobiecego.
Postać podeszła już odważniej do komendanta Vimesa i Marchewy.
- Tyle lat czekałam na zemstę! Ja, pod ksywką Piotr Rozkłuwacz! Wtedy
jak mnie wpakowaliście... czekałam... zemsta... buahahaha... aaał...
Jakże inteligentą wypowiedź przerwała spadająca dachówka. Piotr R.
osunął się na ziemię. W tej przerażającej chwili Marchewa zbudził Vimesa
ze snu:
- Chocii... zmyj... zmyjmy... zmywajmy się... komeendancie...
Komendant podskoczył i zaczął turlać się w dół. Za jego poczynaniami
podążył Marchewa...

***
Tymczasem Patrycjusz z Nobbym i babcią Nobby'ego biegli poprzez
zaczarowany las...



Mikuś dokończył opowiadać.
Zarządał co prawda żeby wiewióry wyszły, ale wyśpiewał prawdę. Mikuś
odetchnął z ulgą gdy Chomix, razem z Pawianem (tm) oczywiście, wyszli.
- Co jest szefie? - spytał dociekliwy Gandiv.
- No więc....

Cheri ze swoim plutonem krasnoludek prowadziła Kiboli do Azkabanu, tak
dla odmiany. Mieli tam podobno skutecznych klawiszy.
Jeden z kibiców zaczął głośno szlochać.
- To nie naaaaaasza wina!
- Nie, jasne, DO SZEREGU, ŚMIECIU!
Kibic natychmiastowo zaprzestał Użalania Się Nad Sobą, dziwne, zwykle
działało...
Grupa szła w milczeniu.
Poruszali się gęsiego, Przestępcy związani, a każdego pilnowała jedna
krasnoludka. Za nimi w szyku bojowym szły, spokojne już wiewióry.
Nagle wszyscy spojrzeli w niebo, zobaczyli...

- No więc, Skrzat Busz, wysłał Kibiców do Patrycjusza, mieli być
przykrywką, gdy Busz szukał armi Autobusajna... wykiwał nas wszystkich.
Borowik podniósł łapkę.
- DO BOJU, POMÓC NASZYM BRACIOM!!!
- Ekhm... - powiedział Emu.
- Tak?
- Mogę się przyłączyć? Ten Busz był ulubieńcem magów, nie cierpię magów.
- Emu zrobił zaciętą minę.
- Jasne, czemu Emu nie?
Chomix zawiązał sobie przepaskę na czolę.
wyszeptał.
- Do boju, za gryzonie...

- To olbrzymie bombowce! - wrzasnęła Cheri. - Kompaniaaaaa, W NOGI!!!!
Krasnoludki rozbiegły się w poszukiwaniu schronienia.
Większość kiboli stała w miejscu (jesteście ciekawi czemu? Ponieważ
pierwszy i ostatni ciągnęli sznur w odwrotną stronę; to, dzieci nazywa
się praca zespołowa).
Wiewióry włożyły nieodłączne gogle i wyciągnęły bazooki z swych
głębokich i puszystych futerek.
Bitwa rozgorzała.

Tymczasem kompania Nobby'ego...

...szła przez zaczarowany las. Był on zaczarowany, ale tylko z tego
powodu, wybuchu nadmiaru używanej magii w pobliskiej wieży semaforowej.
Roiło się tu pełno skrzatów, zdziczałych trollów, lecz przede wszystkim
było tu pełno pająków.
- Nie lufię pajonguf - wyseplemiła babcia, emerytowana wiedźma - Są
włochate i brzytko pafną i...
- Przepraszam, wiecie gdzie jest toaleta ? - spytał zawstydzony
Patrycjusz.
Babcia wraz z Nobbym wskazali jednocześnie rosnące nieopodal drzewo.
- Dziękuje - uzyskali w odpowiedzi
Patrycjusz podszedł pod drzewo, zbadał je i ostrożnie obszedł. Wyglądało
normalnie.
Wyglądało normalnie do momentu, w którym złapało Patrycjusza za ciemny
od sadzy płaszcz. Patrycjusz zrobił kwaśną minę.
- Wiedziałem! - krzyknął wyzywająco do Nobbyego.
- Już, zaraz niech pan poczeka, mam tu gdzieś siekierę.
Drzewo pomachało i uśmiechnęło się złośliwie do patrycjusza.
- AHA. TO TY! TY ZGODZIŁEŚ SIĘ NA WYBUDOWANIE TEJ POTWORNEJ FABRYKI
PRODUKUJĄCEJ WYKAŁACZKI! WIESZ ILE MOICH BARCI CIERPIAŁO W TEJ FABRYCE?
I JESZCZE NAZWA: WYPRODUKOWANE, ZE ZDROWEGO DRZEWA SKANDAL! - drzewo
zrobiło kilka mimicznych gestów i ponowiło oskarżenia.
- ZA WUJKA DRZEWOUSTEGO, ZA CIOCIĘ LIŚCIASTĄ, ZA MOJEGO BRATA KORZENIA!
- Ja nie miałem pojęcia... To znaczy. Przynajmniej są teraz użyteczni! -
dyplomatycznie bronił się patrycjusz.
- ZAPEWNE - stwierdziło drzewo. - SŁUŻYMY JAKO NARZĘDZIA ZBRODNI DLA
JAKIŚ PIOTRÓW ROZKŁÓWACZY! CO TO MA BYĆ? ŻĄDAM ABYŚ ZNISZCZYŁ TĘ FABRYKĘ
I SKLEIŁ MOICH DREWNIANYCH PRZYJACIÓŁ. - kontynuował drzewiec.
- To jest niemożliwe! - pomyślał patrycjusz, lecz z jego ust wydobyło
się. - Tak, obiecuję, że się poprawię i skleję wszystkie drzewa. Tak.
Słowo Patrycjusza.
Drzewo opuściło Vetinariego na ziemię.
- OBIECASZ?

Emu zaprowadził Chomixa i wiewióry do tajemniczej komnaty.
- Eee, wydaję mi się, że tak będzie szybciej...
Wskazał głową maszyne do teleportacji.
Gryzoniom szczęki opadły...
- No, co? W telezakupach reklamowali to wziąłem...
Cała gromaga wcisnęła się do małego pomieszczonka.
- Drapieżne, wściekłe, czasem wredne Emu - powiedział jednym tchem
Chomix. - Jestem twoim dłużnikiem.
Przenieśli się.

Chwilę później byli już na polu bitwy.
Żaden z wiewiórów jeszcze nie ucierpiał. Strzelały ze swoich bazook i
szyko uciekały, gdy jakiś bombowiec nadlatywał.
- Do boju, chłopcy. Shuuuuuuwar!! Na stanowiska!!


W tym samym czasie w strażnicy, kapitan i komendant dochodzili do
siebie.
Obok, na stole stało kilka garnków po kawie, wszystkie były puste.
Komendant Vimes był zaniepokojony. Po piciu człowiek ma nieczyste
sumienie, nie jest pewny co robił jeszcze niedawno...
Marchewa, obejmując obolałą głowę, wyjąkał.
- Nigdy więcej... nigdy.
- Masz za słabą głowę, mój chłopcze.
- Bardzo śmieszne, komendancie. - odparł Marchewa grobowym głosem.
- Nie uważasz, kapitanie, że mieliśmy komuś pomóc?
Minęło kilka minut. Były pełne napięcia. Powietrze skwierczało cicho od
elektronów przepływających powolnie przez mózg kapitana.
Powiedział powoli.
- Nobby...
To jeszcze bardziej ich otrzeźwiło. Vimes czuł się jakby wypił kilka
kubków kawy klachiańskiej viva, na pusty żołądek...
- Wie pan, komendancie. Mam znajomego...
- Wiem, masz ich wielu...
- ...Który może nam pożyczyć środek transportu.
- Dobra.

Po jakimś czasie Vimes bardzo żałował, że się zgodził.
Stał przed nim piękny biały rumak... żywy całkowicie.
Jednak jego właściciel, choć chętnie pożyczył go Marchewie, to Vimesa ON
niepokoił.
Wydawał się nierzeczywisty...
Do tego Vimes miał wrażenie, że widział go dziś pod Bębnem... to ten co
się chciał tak bawić..., ale przecież wrzucili go do rzeki! Na własne
oczy widziałem!
Wciągnął się na konia i usiadł za Marchewą.
- Kim był twój znajomy, Marchewa?
Uzyskał odpowiedź....
Wolałby nie wiedzieć...


Gdy Vimes i Marchewa lecieli z zadziwiającą prędkością przez czasy i
wymiary, na skróty, oczywiście, w tym samym czasiem wiewióry wygrywały
bitwę.
Krasnoludki (nie takie małe; chodzi o krasnoludzkie kobiety) także
przyszły z pomocą i amunicją, były świetne w walce.
Shuwar zestrzelił nie różniący się od innych bombowiec, który zniknął
gdzieś za wzgórzem, po chwili usłyszeli eksplozję.
Nad głowami walczących uniosił się spadochron z samym Skrzatem Buszem na
pokładzie. Wpadł prosto w krąg wiewiór i zrobił zakłopotaną minę.
Do kręgu wszegł Chomix z miną zwycięzcy.
Skrzat zacisnął pięść.
- Skąd wiedziałeś?! - wykrzyknął.
- Mikuś, twój kumpel, wszystko nam wyśpiewał...
- Ale jak!! Przecież ma Agentów i... i...
- Pokazałem mu TO!
Busz zrobił przerażoną minę na widok broni.
- Ups, to ja już nie mam pytań... Pawian (tm) pokonuje w końcu
najsilniejszy charakter...
- Nie chciałbyś zobaczyć go w akcji z Surykatkami i S-ka.

Koń miękko wylądował na murawie.
Marchewa zeskoczył raźnie z grzbietu zwierzęcia.
Vimes zpłynął z grzbietu tejże istoty.
- Co się stało, komendancie? - zapytał szczerze zatroskany kapitan.
Vimes wyksztusił.
- Jeszcze chwila a zabrudziłbym mu tapicerkę...
Na te słowa koń odsunął się o dwa kopyta od komendanta.
Vimes powiedział już przytomniej (już nie leżał na ziemi... no, klęczał
na niej).
- Nigdy-więcej-nie-wsadzaj-mnie-na-żadne-wstrętne-bydle-zrozumiano?
Koń zarżał z niezadowolenia.
- Dobrze komendancie. - Marchewa zgodził się dla świętego spokoju.
Nieopodal kapitan zauważył Nobby'ego, pomachał mu.
Obok stał Patrycjusz... był trzymany przez drzewo...
Vimes także spojrzał i uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją na widok
pojmanego Vetinariego.
- Wielki Veti w akcji, co? Nareszcie mu się dostało...hehe...

Vimes zdecydował się utrawalić tę piękną chwilę. Wyjął srebrny
ikonograf.
- Marmolada Patrycjuszu!
Przez uszy Vetinariego przeleciało dźwięczne "pstryk".
Patrycjusz był zły. Naraził swój honor na szwank. I to jeszcze przy
straży! Jak mógł do tego dopuścić?
Niedługo zetną mi łeb z powodu źle zaparkowanego konia - pomyślał.
- Vimes ty bękarcie! Jak tylko zejdę na ziemię to... - pomyślał
Vetinari, lecz z jego ust wydobyło się jedynie...
- Wsparcia!
- Hohoho, jaka szkoda. Strata czasu... Chodźmy Marchewa, Nobby... -
wycedził Vimes apodyktycznie.
- Ale panie komendancie, tak nie można... To było by... niehumanitarne.
(Dzień dobroci dla zbirów).
W tej właśnie chwili na niebie pojawiło się stado ptaków. Wszystko było
by normalne, gdyby nie ptak, większy niż wszystkie, który przygotowywał
się do lądowania. I to lądowania na drzewie. Teraz wyobraźmy sobie tą
sytuacje. Wielki drewniany ptak przelatuje przez drzewca wyrywając go z
korzeniami. Vetinari ląduje na Vimesie i klnie cicho. Drzwi ptaka
otwierają się, ulatnia się duża ilość pary. Wychodzi wariat, który
przedstawia się:
- Dzieńdoberek, Leonardo da Quirm... Czy coś przegapiłem?
Vimes podniósł patrycjusza z ziemi. Powiedział do siebie: Czy ja muszę
tyle gadać?
Patrycjuszowi błysnęły oczy. Błysnęły, żywym ogniem.
- Panie Vimes... proszę tego więcej nie robić, naprawdę chyba będe
musial zastosować jakąś karę.
Teraz na plan wkraczają drzewa. Nie jedno, ale kilka. Nie kilkadziesiąt.
I próbują one złapać zwinnego Vetinariego, za te wszystkie jego
ekologiczne zbrodnie.
- Łapać ich! - powiedziała jarzębina.
- Zniszczyć darmozjadów! - krzyknął dąb.
- Zniszczyć pestycydy! - krzyknęło warzywo.
Nobby podrapał się po głowie. Takie coś zdażało się raz na milion. Tak
przynajmniej mu sie wydawało.
Zdezorientowany Leonard złapał wykałaczkę i wbił Jarzębinie w korę.
Po chwili krzyknął zachęcająco:
- Do ptakolotu! Szybko! Chyba, że wszyscy chcecie zostac wykałaczkami...
dla drzew.
Leonardo pokazał w tym momencie znak, na widok którego Nobby przęłknąć
głośno ślinę. Wszyscy skierowali swe kroki ku drewnianemu ptakowi. Gdy
już udało im się wejść Leonard da Quirm zamknął drzwi i włączył
automatyczne sterowanie. Na pokładzie pełno było planów, szkiców i...
skórek po bananach.
Z tyłu samolotu ktoś beknął i Wesoła Kampania usłyszała:
- Uuk?
Bibliotekarz NU wyszedł na środek pokładu.
- Uuk. Iiik, iik. - powiedział.
- Rincewind ma kłopoty - przetłumaczył Leonard.
- Iik? Uuuk, uk. Iik! - poinformował bibliotekarz.
- Pomożecie? Rincewind wpadł w ręce mafii buszmenów z wysp Proszyńskich.
Chce pomocy! - przetłumaczył Leonard.
Sytuacja ta była komiczna, poniewaz zaraz po wygloszeniu mowy
bibliotekarz wziął banana i zaczął go zajadać. Gdy go wreszcie
skonsumował, wyrzucił skórkę za siebie.
- Ja mu nic nie pomogę. Nie lubię magów... mhm? / śliiizg /
W tym momencie Vimes wylatuje przez okno samolotu/ptaka i ląduje w...


... ląduje w...
Właściewi to wpada na wiewiórkę.
- Ała!! To bydle dziabnęło mnie w tyłek!!!
- Boś na nim wylądował. Ktoś ty? - zapytał Chomix i podał komendantowi
łapkę.
- Sam Vimes, straż miejska, Ankh Morpork. To bolało!
Zwrócił wykrzywioną grymasem twarz w stronę Aspiryny.
- Chomix, jestem Chomikiem.
- Interesujące, a ci to kompania szczęścia i radości?
- Nie, to Mordercze Wiewióry i przyszły pomóc mi aż z innego
opowiadania, jeszcze je spotkasz, ostrzegam...
- Ehmm - Vimes był zaniepokojony. - Będę.
Nadal bolało go siedzenie...

W tym czasie Armia Krasnoludzkich Kobiet (AKK) prowadziła Busza do
aresztu, szli kilka metrów za wiewiórami.
Spod ziemi zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki.
Pod Buszem zrobił się otwór, wpadł doń.
- Ty sukinskrzacie! - wrzasnął Chomix do otworu. - Krety oddajcie
goooooo!!!!
Było już za późno...
Shuwar trzymał w łapach małego szamoczącego się kreta.
- Coście zrobiły! - krzyknął wiewiór.
- My pracujemy dla Pana Portreeeeeeeta!!! - krecik zalał się łzami (ten
krecik był czechem, na potrzeby opowiadanka zmieniliśmy jego mowę na
polską; jednak dla ciekawskich dodam, że ten krecik występował w
serialach dla dzieci i zarobił fortunę; obecnie jest miliarderem mieszka
gdzieś na fidżi i pisze książki dla dzieci, opowiadają one ocenzurowane
przygody Henry'ego Pozera).
- Chomix, gdzie mieszka Pozer?
- Jak to gdzie? - odezwał się Vimes. - Pracuje w Gildii
Skrytobydlaczków.
- Serio? - wykrzyknęły wiewióry.
- Nie mówię przecież, że jest w tym dobry...

Tymczasem załoga latającej machiny...


...podążała ku wyspom prószyńskim. Marchewa nerwowo dreptał* w tę i z
powrotem po pokładzie ptakolotu. Nobby grał w karty z Patrycjuszem.
Jakimś cudem Nobby wygrywał każdą partię. Bibliotekarz uczcił zjedzenie
setnego babana zjedzeniem 101 banana.
- Nie martw się Marchewa! Na pewno nic mu sie nie stało. Byliśmy tylko
1368 stóp nad ziemią! To całkiem nisko... Przynajmniej jak dla
komendanta. - pocieszał Nobby.
Nobby słynął z tego, że zawsze mówił, potem myślał. W tej sytuacji nie
zrobił wyjątku.
- Jak to możliwe?! Gramy już ponad godzinę, a ty cały czas wygrywasz!
Całkiem tak jakbyś widział moje karty. - powiedział oskarżycielskim
tonem patrycjusz.
- To, wprawa. Przez te wojskowe lata tyle się grało w te karty. Człowiek
się przyzwyczaił do oszust... oszałamiającej gry... - odpowiedział Nobby
po dłuższej chwili.
Gdyby Vetinari był bystrzejszy zauważyłby, jak Nobby daje potajemnie
znak bibliotekarzowi, który stoi za plecami patrycjusza.
Cała ekipa ptakolotu spokojnie leciała, leciała ku wyspom prószyńskim -
Tak wiem powtarzam się
Wszyscy oprócz Leonarda, który w swej kabinie*2 próbował wynaleźć coś,
co pomogło by mu przeżyć te straszne chwile. Nagle coś stuknęło,
przechrebościło i silniki ptakolotu zgasły.
- Leonard, Leonard! - krzyczał Marchewa.
- Leonard, Leonard! - krzyczeli Patrycjusz i Nobby.
- Uuk, Iiik! - piszczał bibliotekarz.
Nagle z wygódki wybiegł przestraszony Leonard podciągający spodnie.
- Co silniki nawalają? Gdzie smocze paliwo? To jest niemożliwe...
Wystarczyło jeszcze na 10 godzin lotu! - wycedził Leonard.
Nobby wyglądał na zakłopotanego:
- Masz na myśli to takie brązowe, jak ten napój u Dibblera? No, bo
widzisz. Chciało mi się pić i...

---
*- jeśli krasnoludy potrafią dreptać
*2- wygódce
***
Tymczasem na wyspach prószyńskich...
- Aargh! - krzyknął Rincewind...


...siedzący aktualnie w wielkim kotle.
Jacyś niesympatyczni ludzie, złapali go w niedelikatny sposób.
Nieelegancko ogłuszyli i niegrzecznie wrzucili do gara. Woda robiła się
ciepła.
Rincewind rozumiał mowę i tych tubylców.
Było to plemie Nie-takich-drani. Zawsze mówili "bez przesady".
Rincewind wrzasnął w ich mowie.
- Nie macie poczucia niebrutalności!!!!!
Niebo zafurkotało, uciekli strażnicy pilnujący Rincewinda, ten
błyskawicznie wyniósł się z pomieszczenia (przypominam, że był to
nie-taki-znowu-gorący-kocioł) bo zrobiło się duszno.
Skrzydlata machina obniżyła lot i tuż nad ziemią Rincewnid poczuł w
pasie czyjeś długie, silne... i z całą pewnością włochate ręce...
Wciągnęły go na pokład i....

Mordercze wiewióry i damy AKK maszerowały dzielnie za dwoma postaciami
na przedzie. Byli to Chomix i Vimes.
Krecika wypuścili, zabrakło im chusteczek...
Ale dowiedzieli się jeszcze, że Pozer miał ambicje do zostania władcą
ciemności i zrobił sobie hawirę... znaczy zamek przy wielkiej Smętnej
Skale, podziwiany przez turystów, a właściwie jednego turystę, który o
dziwo, po swych przygodach jeszcze żyje.
Nagle na drodzę z cichym pyknięciem zmaterializował się Emu.
- Stary możesz nas przenieść do tego złomu co go Pozer zamkiem nazywa?
Emu wyciągnął szyję.
- Eee... wszystkich? Ale to chyba na dwie raty...

Na pokładzie statku, tymczasem...


... Rincewind złapał się patrycjusza, pocałował orangutana i pędem
ruszył do wygódki.
- Coś małomówny jest - stwierdził Nobby
- Gdybyś ty mógł stracić życie 100 razy z rzędu też byś taki był -
powiedział Marchewa
Ptakolot wzbił się w powietrze. Zrobił to niedokońca dyskretnie, jakby
chciał się popisać.
- A więc jak trafiłeś na tych miłych tubylców ? - spytał lodowatym tonem
Vetinari
Odpowiedziało mu tylko dżwięczne "pryyt"
- Aha... Leonard ! Napoiłeś smoki zapasowym karnistrem ? - spytał
podejrzliwie patrycjusz
- Tak, udoskonaliłem jeszcze system sterowania. Chce pan zobaczyć ?
Może innym razem. Innym razem Leonardzie...
Patrycjusz postanowił zagrać jeszcze raz w karty. Tym razem
przeciwnikiem był Orangutan. Dziwne, było to, że wygrywał on każdą
partię.
- ? - Vetinari zerknął na orangutana, szukając jakiś podejrzanych śladów
oszustwa.
Bibliotekarz uśmiechnął się pokazując swe uzębienie. Pokazał karty
- Nie... Na Oma! Znowu wygrałeś. Mój instynkt wyczuwa, że coś tu się
kiełbasi!
Bibliotekarz mrugnął, i uśmiechnął się. W tym momencie Vetinari był na
tyle sprytny, by odwrócić się i zobaczyć podpowiadającą twarz
Nobb'yego...

Tymczasem Mordercze Wiewióry i krasnoludzkie damy ...

...znalazły się przed zamkiem. Teren był malowniczy i ciekawy - Tak
powiedziałby Dwukwiat, każdy inny, realnie myślący człowiek, w tej
chwili był nim Vimes, powiedizałby, że jest...
- Skalisty, z domieszką głazów, nad brzegiem morza, szaro i ponuro...
chlip...
- Nie załamuj się, towarzyszu. - rzekł Shuwar pocieszająco.
Na ciemnej sklale stał zamek, zameczek. Może mógłby być straszny, gdyby
usunąć wielki transparent z napiem "Portreto Landia!!!".
Był on także niezwykle przygnębiający.
Kilka wiewiórów i dam krasoludek zostało na straży. Reszta cicho weszła
do ciemnego, kamiennego korytarza.
Byłby to wymarzony dom dla wampira albo lekko stukniętego maga, ale
wszędzie były porozwieszane różowe szarfy i baloniki z napisami w stylu:

"Kochajmy zwierzęta futerkowe", "Zombie do domu!!*" itp.
Ciągnięcie wykałaczek wybrało ofiary, które musiały ruszyć dalej, Chomik
podejrzewał, że Aspiryna coś wykręcił, ale ten robił niewinną minę.
Tak więc Vimes, Chomix, Emu, Shuwar i Cheri ruszyli naprzód.

Za to w latającej machinie wypadki toczyły się niespodziewanie...

*przez to potem Portret miał problemy z pewnym panem Regem Shoe...


...Rincewind miał atak. I to nie byle jaki atak. Można by powiedzieć, że
oszalał. I to dosłownie, jak Kwestor.
- Dać mu piguły z suszonej żaby! - krzyknął niemal natychmiast
Patrycjusz.
Vetinari rozsunął swą szatę, w jednej z ukrytych kieszeni znajdował się
mały przedziałek. W środku którego znajdował się jeszcze jeden. Tam
dopiero dyskretnie schowane były pigułki z suszonej żaby. Patrycjusz
podał piguły Marchewie.
Wszyscy wyglądali na zdziwionych.
- A skąd... pan? Te... no... pigułki... ma? - zapytał wielce zdziwiony
Leonard.
- Mają dobry smak, więc gdy najdzie mnie ochota...
- Je pan pigułki z suszonej żaby? Przecież to dla obłąka... - zaczął
Nobby.
Patrycjusz spojrzał pytająco na Nobbyego. Nobby spojrzał na Patrycjusza.

- Poza tym czasami się przydają. Moja Fifi* miewa podobne ataki.
- Iik! Iiiik? - powiedział zafascynowany Bibliotekarz.
- Czy są smaki bananowe lub fistaszkowe? - przetłumaczył Leonard.
- Niestety, mam tylko truskawkowe...
- Iik!
- Phi!... ?? - przetłumaczył niepewnie patrycjusz.
- Dokładnie, Phi. - pochwalił Leonard.
Tymczasem Rincewind przetoczył się przez pokład i mówił o nieistotnej
teorii wszechświatów.
- Aaargh! - powiedział.
- Uuk?
- Boli? - przetłumaczył Leonard.
- Dość tego. - przerwał Vetinari. - Masz biedaku, dobrze ci zrobi. Leci
Papu!
Mówiąc to Vetinari złapał procę i wycelował w otwór gębowy Rincewinda.
- Powiedz "A"!
Rincewind posłusznie ukształtował wargi w literę "A".
Patrycjusz zaatakował znienacka. Jak lampart swoją ofiarę.
- Hohoho... - Rincewind osunął się powoli i z gracją na ziemię.
- Zaraz mu przejdzie. - poinformował Marchewa. - Wiem, czytałem o tym w
książce.
I tak oto Wesoła Kampania leciała... przed siebie? Tak... to będzie
dobre określenie.
---
*- Fifi, pies Patrycjusza, niedawno kupiony, w ramptopiańskiej hodowli.
Miły pudel, czystej krwi.- informacja dla wampirów

***
Tymczasem w strasznym zamku pana Portreta...
Wesoła kompania...
- Ej!
No dobrze... nie aż tak wesoła kompania przesuwała się w mroku.
Gryzonie szły przodem, strażnicy pilnowali tyłów.
- Uwaga! - wrzasnęło niespodziwanie Emu.
W miejscu, gdzie przed chwilą tkwiła głowa chomika znajdowało się ostrze
długości trzech metrów.
- Hehe. - odrzekł Chomix nieco zdezorientowany.
- Musimy uważać. Towarzysze! Chory umysł czeka na nas w tych komnatach.
- przemówił Shuwar.
- To by się zgadzało - mruknął Vimes.

Cheri delikatnie uchyliła drzwi, które całej grupie wydały się
podejrzane.
Co ciekawe i niezwykle podejrzane nie wyskoczyło z tamtąd żadne ostrze.
W komnacie, a właściwie czyimś małym gabinecie nie było żywej duszy...
No, może jedna, ale nie wydawała się zbyt żywa. Wydawała się wypchana.
Jednak pierwsze wrażenie bywa mylące.
Na jakiejś taniej i pożółkłej czasce siedział i drzemał wielki kruk.
Wyglądał na dobrze odżywionego i zadbanego, ale siedział sztywno i
emanował czystą grozą.
Nad tlącym się jeszcze kominkiem zapadł cień.
Kruk otworzył jedno lśniące oko. Przyglądał się im chwilę. Po chwili
uznał, że przybysze są trochę bardziej ciekawi od drzemki i otworzył
drugie. Milczał.
- Eee... niektóre kruki mówią... - przypomniał niepewnie chomik.
- Emu, powinieneś się na tym znać.
- Ja? - zdziwiło się Emu. - Przypominam, że jestem gatunkiem chodowanym
w niewoli i w połowie magiem. Nie znam się na ptakach.
- Świetnie! - odrzekł cynicznie Vimes. Zwrócił się do kruka. - Kruku...
- Raczej Grozo Ciemności. - wtrącił chomik.
- Grozo Cimenoś...
- Nie! - powiedziała Cheri. - Sądzę, że raczej Zły Wieszczu...
- Nie... - dodało Emu. - Bardziej pasuje Posłańcu Piekieł...
- Dobra, ptaku. - zniecierpliwił się Vimes. - Umiesz gadać, co? Jak cię
zwą?
Po głębokim namyśle ptak zakrakał.
- Nevermore (nigdy więcej)!
- Co? Dziwne imie.
Kruk zignorował tą uwagę.
- Czy zobaczymy gdzieś tu pana Portreta? Kiedy tu przychodzi?
- Nevermore!
- Eh... zwierzak ma widocznie dość ograniczony słownik. Idziemy.
Kiedy odchodzili ptak zerwał się z czaszki i ostrymi szponami wbił się w
płaszcz Vimesa na wysokości ramienia.
Sprawiał wrażenie, że próba zrzucenia go równa się próbie samobójczej.
Vimes zrezygnował.

Po godzinie mieli problem.
Okazało się, że kiedy Vimes o cokolwiek zapytał albo po prostu coś
powiedział kruk wtrącał swe "Nevermore!" i nie chciał przestać. Vimes
dostał depresji.
Teraz problem polegał na tym, że Vimes ze stanu depresji przechodził w
stan rękoczynów.
Szczególnie odczuły to gobeliny, wesołe transparenty i pięć zbroi, które
akurat nawinęły się pod rękę.

A w Ptakolocie...

[PS: Wiem, że nie wszyscy załapali aluzje dotyczącą kruka. Rzecz w tym,
że znakomity pisarz Edgar Allan Poe napisał pod koniec życia tomik
wierszy ze wspaniałym wierszem "Kruk", gdzie do domu pisarza wlatuje
kruk i kiedy poeta o cokolwiek pyta, ptak zawsze odpowiada "Nevermore!",
czyli "Nigdy więcej!". Poeta chcę go przegonic, ale na nic groźby i
prośby, ptak siedzi na popiersiu i powtarza nieustannie swój tekst.]

Nobby Nobbs subtelnie dłubał w nosie. Robił to dość dyskretnie i
dokładnie. W tej chwili wydobył z siebie lepką maź i przyczepił pod
stołek. Marchewa spojrzał z oburzeniem.
- Nobby! To nieetyczne... - szepnął ponaglając Nobby'ego.
- Wiem, ale to jest silniejsze ode mnie. - odpowiedział niewinnie
tamten.
- Ja jak byłem mały, to zatykałem sobie dziurki klejem i... - zaczął
Marchewa, lecz nie zdążył dokończyć, ponieważ przerwał mu spokojny głos
patrycjusza.
- Czy kierujemy się ku Ankh, Leonardzie? - spytał.
- Myślę, że jak tak dalej... spekulując... myślę, że...
- Tak?
- Zgubiliśmy się! - Leonard był bliski płaczu. - Ktoś zabrał mapę! Gdzie
ona może...
W tej chwili z toalety dobiegł kampanię odgłos spłukiwanej wody i w
drzwiach stanął Rincewind. W ręce trzymał świstek mapy.
- Iik - pisnął bibliotekarz.
- Ooj - powiedział Nobby.
- To niezgodne... - rozpoczął Marchewa.
- Coś ty zrobił... - zaczął Leonard.
- Ah, tak - stwierdził Patrycjusz.
Rincewind wyprostował świstek w ręce i demonstracyjnie machnął nim przed
oczami ludzi, którzy najchętniej wyrzucili by go na zewnątrz - w wielką
bezdenną otchłań.
- Gdyby ktoś chciał, to został ostatni kawałek...


W korytarzu lochów (zapewne) poszukiwacze się zgubili (to chyba
zaraźliwe).
Efekt aktorskiego wręcz skradania się grupy psuł ostatni jej członek.
Po uspokojeniu się Vimes powziął sobie za zadanie nauczyć kruka mówić.
Teraz mówił głośno i wyraźnie.
- Kruk... powiedź - KRUK. - zwracał się tonem jakim mówi się do dzieci
i kompletnych imbecyli.
Kruk widocznie wydedukował, że nie jest żadnym z nich, więc uporczywie
milczał.
Patrzył przy tym na Vimes'a jak na totalnego obłąkańca, jednak ze
spokojem, widocznie nie był to jego pierwszy szaleniec.
Emu patrzył na tę scenę z wyraźnym smutkiem.
- Daj spokój stary, to beznadziejne...
- Nevermore! - wrzasnął agresywnie kruk, który widocznie świetnie się
bawił.

Nagle w korytarzu przed nimi pojawili się z trzaskiem dwaj magowie.
Wisieli chwilę w powietrzu i łagodnie opadli na ziemię.
Wtedy młodszy zaczął krzyczeć na starszego.
- Przecież mówiłem wyraźnie: Niech pan nie rusza tej dźwigni,
nadrektorze! Ale pan jak zwykle mnie nie słucha! HEX to bardzo delikatne
urządzenie! I nawet nie wiemy gdzie jesteśmy!
Straszy ze spokojem wyciągnął fajkę i zapalił zapałkę.
- Jakbyś nie zauważył, Stibbons jest tu nasz wspaniały komendant
straży, witam sir.
Młodszy dopiero teraz rozejrzał się po zebranych.
Jego wzrok zatrzymał się na Emu, które chyba tylko z powodu szoku
zachowywało milczenie.
Teraz wymierzyło dziób w stronę Stibbonsa.
- Ty draniu! Pamiętasz te eksperymenty???!! Pamiętasz jeszcze?? Dla
dobra studentów, co??!! Musiałeś się na mnie uczyć zoomagii?? Kiedy
byłeś jeszcze studentem!!
- Ja... rzeczywiście... - odezwał się oszołomiony Stibbons.
- Teraz ja poeksperymentuję...
Emu szponami długich nóg zarył o posadzkę w przygotowaniu do
zaszarżowania.
Po chwili ruszył...

A w tym samym czasie, lecz innym miejscu, czyli latającej machinie
wesoła kampania myślała...
Można tak powiedzieć, jeżeli uznać za myślenie wrzeszczenie na drugą
osobę siedzącą po prawej.
Z tej burzliwej wymiany myśli można było zrozumieć, że:
- Rincewind jest nieodpowiedzialny.
- Ptakolotowi kończy się paliwo.
- Nobby znowu dłubie w nosie.
- Uuuk.
Patrycjusz podniósł banana z domalowanymi oczami i ustami.
- Uuk, Iiik! - bibliotekarz skoczył w obronie swego bananowego
przyjaciela.
- Nazwał go Ego - powiedział Rincewind - Ta podróż zrobiła z niego
małpi...
- Iiik! - Bibliotekarz zabrał banana i schował go w kieszeń. Orangutany
oczywiście nie mają kieszeni.
Powiedzmy, że Bibliotekarz był wyjątkiem.
Za sterem siedział Leonard. Był bardzo skupiony. Myślał, gdzie może się
zatrzymać. Wyszukiwał jakiegokolwiek lądu. Dawno nie widział lądu. Od
parusetileśtam kilometrów widział tylko wodę, a i jeszcze te wielkie
żółwie morskie. Wszystko było niebieskie. Był tylko punkt. Jeden punkt.
Dziwne było to, że punkt ten przybliżał się...
Rozległo się dźwięczne "Buum!" i Leonard na szybie ujrzał, coś w ciemnej
szacie, ze spiczastym kapeluszem.
- Holibka - powiedziała wiedźma.
- Ja się tym zajmę - powiedział Rincewind. - Arys muglas' das?
- Co ty tam mruczysz, płaskonosyszczurze?
- Ja no tego... Witam - uśmiechnął się Rincewind.
- Trza było uważać jak lecita, a nie mi tu nagle coś buum! - wiedźma
wyglądała na oburzoną.
- Eem... Wie pani gdzie jest najbliższa droga do Ankh-Morpork? - spytał
grzecznie Marchewa.
- Taa, w lewo i w prawo, skręcić przy wirze.
- Dziękuje...
Ptakolot poleciał, za wskazówkami wiedźmy. Leciał i leciał i leciał.
A wiedźma zdjęła perukę i powiedziała:
- Aaaha! Tu was mam. Myślicie że dolecicie do Ankh??... No to się
jeszcze okaże...

Ridcully z prawdziwym instynktem łowcy, ale także poskramiacza bestii
złapał Stibbonsa za szatę i odciągnął.
Emu ruszył. Wszystko opanował władczy kurz.
Emu stał przez chwilę ogłupiały.
- Młodzieńcze, mogłabyć z ciebie mokra plama. - odparł spokojnie
nadrektor.
Myślak zamknął oczy i policzył do stu, po czym jeszcze dla relaksu
powtórzył sobie wzory pól figur na płaszczyźnie i reguły kierujące
wszechświatem. Poczuł się trochę lepiej.
- Czy ktoś mi może wyjaśnić, co się tu dzieję...??
- Nevermore!

- Aha. - odpowiedzieli zgodnie magowie.
Myślak dodał.
- Tak więc musimy iść z wami, tak działa narrativum.
- Was? - odpowiedziało zgodnie towarzystwo, w jednym przypadku zostało
to zastąpione przez "Nevermore?". Kruk czynił postępy. To było już
pytanie.
- Ehh... nieważne... - odpowiedział zniechęcony Myślak. - Po prostu
szukajmy tego Portreta. I... tego... kto prowadzi?
- Magowie mają pierwszeństwo. - odparło uprzejmie Emu.
Myślak już chciał zaprotestować lecz mord czający się w oczach Emu był
straszniejszy.

Posuwali się wolno aż trafili na ogromne, pozłacane i obklejone różowym
puszkiem odrzwia.
Zawahali się po czym wspólnym...
- Kolektywnym. - wtrącił Myślak.
Dobra, i kolektywnym wysiłkiem otworzyli je.
W środku sali na wielkim pozłacanym (i różowo-puchatym) tronie siedział
Portret we własnej osobie.
Na kolanach trzymał kreta, którego w zamyśleniu głaskał (jak każdy
władczy zły umysł).
Vimes krzyknął.
- A więc, Pozer, nareszcie się spotykamy (typowy okrzyk amerykańskiego
bohatera).
- Jeden ruch a zawołam straż i to nie byle jaką straż.
W tym momencie Myślak zdjął okulary, przetarł je rękawem i włożył z
powrotem. Po chwili z wyrazem niedowierzania zrobił to ponownie. Nie
podziałało.
- Dlaczego ten smarkacz wygląda tak jak ja?!! - wrzasnął oburzony.
- Co? - stwierdził inteligentnie Pozer.
- Nevermore! - powiedział kruk, który postaniowił urozmaicić rozmowę.
- Milczeć. - wrzasnął Vimes wyprowadzony chwiliowo z równowagi.
Cała reszta ożywiła się gdy do komnaty wkroczyli strażnicy.
Rzeczywiście, byli niezwykli.
- To obłąkańcy ze szpitala św. Buraka w tradycyjnych strojach ludowych
Ramtopów z Wieku Traszki - oznajmił Pozer dumnie. - Zostawię was tu,
świetnie się bawicie... - po czym oddalił się w stronę tajnego
przejścia, razem ze swoim krecikiem-do-głaskania.
Myślak ruszył za nim z determinacją. Postanowił odzyskać swoją twarz.

Wiedźma, która tak naprawdę wiedźmą nie była odleciała na swojej miotle,
gdzieś gdzie nasi bohaterowie zmierzali. A zmierzali oni ku małej
wysepce, z wulkanem pośrodku. Leonard był więcej niż zakłopotany.
Okazało się, że wiedźma ich okłamała. Bez mapy nigdzie nie polecimy.
Pomyślał głośno. Potrzebny nam będzie jakiś kartograf...
Jego myśli przerwał siedzący obok niego orangutan. Dorysował sobie
następnego przyjaciela, którego nazwał Uk. Nie pytajcie dlaczego. Bawił
się teraz niewinnie swoimi wymyślonymi przyjaciółmi. Zabawa była
wyśmienita. Leonard zdecydował zatrzymać się na jakże tajemniczej
wyspie. Zniżył lot.
Ptakolot wleciał w mgłę. Pojawił się lekki oktarynowy kolor. To
oznaczało tylko jedno - magia.
Wszyscy w ptakolocie unieśli się do góry. Bibliotekarz zauważył coś
dziwnego. Uk i Ego błysneli silnym światłem. Orangutan spojrzał na nich.
Coś się zmieniło. Bibliotekarz spojrzał jeszcze raz.
- Co się tak gapisz? Banana nie widziałeś? - odezwał się banan o imieniu
Ego.
- Uuk, uuk Iik - powiedział drugi banan, o imieniu Uk.
- Iiik - Bibliotekarz wystraszony schował się w kąt.
Reszta ekipy spojrzała tylko, przejmując się własnym położeniem.
Ptakolot lądował. I do dość ostro.
Leonard wraz z Marchewą, przypięci pasami nie oderwali się i nie
polecieli w czeluści ptakolotu.
- Widzisz Nobby. To dlatego trzeba zapinać pasy - powiedział Marchewa
pouczająco.
Nobby dał znak, że rozumie poprzez kiwnięcie głową.
Nagle drewniany ptak wylądował i wszyscy zostali ogarnięci turbulencją.
Machina wylądowała. Otworzyła się klapa i od razu wyleciał Rincewind.
Padł on twarzą na ziemię i powiedział:
- Ziemiaziemiahaha - nagle usłyszał dyskretne odchrząknięcie. Przed nim
stała gromada uzbrojonych tubylców, z kokosami na głowach.
- Banany wyszły jako drugie - No, nareszcie ktoś normalny! - powiedziały
do Ananasów...

Myślak pobiegł za swym młodocianym sobowtórem.
Tymczasem Vimes dokopał właśnie obłąkańcowi w stroju wieśniaka,
ubieranego na żadką okazję zbierana kapsli od butelek, które to święto
odbywało się raz na wiek.
Kruk ogłuszył gościa z główki.
Po chwili ptak wrzasnął.
- Nevermore!
- Tak, zgadzam się - odparł Vimes wielkodusznie. - To musiało boleć.
Ridcully radził sobie wręcz doskonale, wyraźnie świetnie się bawił.
Emu miało wspaniałe prawe i lewe sierpow... kolanowe.
Cheri bezwstydnie dokopywała obłąkańcom w krocze... okutymi żelazem
butami.
Shuwar wyciągnął niezawodną bazookę, a Chomix, wszyscy zapomnieli o
małym biednym chomiczku.
On z jednej kieszonki wyciągnął pawiana (tm) a z drugiej wykałaczkę.
Przewiązał opaską czoło i stwierdził.
- You shall die.

Kruk wzleciał niezauważony. Miał zadanie. Popychała go siła narrativum,
najsilniej oddziałującego z pierwiastków. Siła opowieści.

Myślak biegł. Był zmęczony, ale aktualnie także zbyt zajęty żeby to
zauważyć.
W pędzie dogonił do kruk. Wbił mu szpony głęboko w ramię. Tego Myślak
też nie dostrzegł.
Na ścianie wisiał okazały sztylet. Przypadkiem napis na nim głosił
"Alberto Malich".
Nie zatrzymując się Stibbons porwał go ze ściany i uzbrojony ruszył
dalej.

W innej czasoprzestrzeni, w małym pasożytniczym i przytulnym wymiarze
Albert, sługa samego Śmierci chdził po domu i co jakiś czas drapał się
po głowie. Czasem mruczał pod nosem.
Śmierć przepłynął obok, by ruszyć do pracy. Zafascynowało go jednak
zachowanie sługi.
ALBERCIE, CZY COŚ CIĘ GNĘBI?
- Nie widziałeś, panie, mojego scyzoryka?
OSTATNIO WYSTĘPOWAŁO WIELE MAGICZNYCH WYŁADOWAŃ. WIELE RZECZY ZNIKNĘŁO.
MÓWISZ, ŻE TO SCYZORYK?, Śmierć zastanowił się chwilę, TERAZ TO MOŻE BYĆ
NAWET MACHINA OBLĘŻNICZA.
- O... a tak go lubiłem, nawet swoje imie na nim wydrapałem. Bardzo
starannie. - powiedział skromnie Albert.
SPRÓBUJĘ GO ODZYSKAĆ.

Przywódca wydawał się być obłąkany. Można to było wywnioskować, z jego
wyrazu twarzy - a raczej kokosa. Był on cały czarny, z domieszką czegoś
czerwonego. Rincewidn wyczuł zapach, jaki zwykle wydobywał się, z
bezdennej czeluści wózka Dibblera. Nie był to miły zapach, bo wydobywał
się ze stóp tubylców. Rincewind wstał powoli i przedstawił się:
- Mysql data error124? Null string!
Odpowiedziała mu głucha cisza. Kokosy były zwrócone ku Rincewindowi. Po
chwili Marchewa zapytał:
- Co on powiedział?
- Myślę, że powiedział... - zaczął patrycjusz - "Proszę proszę nie
zabijajcie mnie! Proosze!"
- Ah, można było się tego spodziewać - odpowiedział Marchewa.
Nagle na wyspie nastąpiło niespodziewane wyładowanie magiczne.

Tymczasem...
Mr. Portret dumnie wszedł do swego osobistego gabinetu i zasiadł przy
biórku.
Po namyśle przywołał sekretarkę i kazał jej nakarmić Krecika.
Z głośnym trzaskiem w powietrzu pojawił się kokos i upadł na posadzkę.
Pozer podniósł się z fotela i spojrzał na ten niecodzienny produkt
spożywczy.
- Lubię kokosy. - oznajmił.
Dalsze odkrycia i podboje przerwały mu wyważone drzwi, zdążył się jednak
uchylić.
W wejściu stał rozsierdzony mag i trzymał w ręku miecz.
Płynnym ruchem Pozer wyjął podobny, tyle, że z napisem "Godrick
Griffindor".
- Chcesz walczyć, magu? O co?
- O własną osobowość. Słuchaj gnojku, nie będziesz łaził po ulicy i
udawał, że jesteś mną.
- Rzeczywiście jesteś do mnie podobny, ale ja jestem szczuplejszy i
przystojniejszy.
- Nevermore!
- Słusznie, nigdy więcej bzdur. - poparł ptaka Myślak.

Kiedy Śmierć zmierzał do Świata Dysku, by odzyskać skarb stracony,
przerwało mu nagłe wyładowanie czystej oktaryny. Magia dała mu po...
oczach. Zakrzywiła też kawałek czasoprzestrzeni, w którym aktualnie
Śmierć się znajdował.
CHOLERA...

Pozer był szybszy. Wymierzył Myślakowi mieczem prosto w szyję.
W tym momencie w powietrzu pojawił się lśniący obraz.
Stała tam istota w czarnym płaszczu i niesamowitej okrywającej całą
twarz masce.
Wyciągnęła drżącą lekko dłoń odzianą w czarną rękawiczkę i świszcząc
odrzekła:
- Henry... jestem twoim ojcem...
- Nieeeeeee... - wrzasnął Pozer. - Nie dorwiesz mnie, Wmordevolt!
Myślak wykorzystał zamieszanie i podniósł z ziemi duży kokos. Walnął nim
w głowę Pozera.
CHYBA NASTĄPIŁO MAŁE NIEPOROZUMIENIE...
- Jasne, weźmiesz tego małego?
COŚ Z NIM ZROBIĘ. I...
- Tak?
MOGĘ PROSIĆ O MIECZ?
- A... tak oczywiście.
Kiedy Śmierć zniknął Myślak powiedział.
- Skąd się wziął tu kokos?
Ten moment straszliwa sowa Pozera, Jadzia wybrała by zaatakować. Zwaliła
kruka z ramienia Myślaka...

Nobby spokojnie przeanalizował sytuację raz, a potem drugi. Włożył
środkowego palca do nosa i delikatnie przekręcił, tak by dokładnie
oczyścić swoje kanaliki.
- Nobby! - zawołał odruchowo Marchewa. - Nie w tej chwili, właśnie
nawiązujemy kontakt.
Przywódca kokosowego plemienia pstryknął palcami. Błysnęło oślepiające
światło.
Nagle tropikalne drzewa zostały zdemontowane i oczom załogi ukazała się
grupa filmowa z reżyserem na czele. Jedna z kamer podjechała bliżej.
Bibliotekarz skoczył przed siebie, w nerwowym odruchu i wylądował na
kamerze.
- Co to ma być? Cięcie! - zawołał oburzony głos.
- My być from odległość kraina. - zawołał Rincewind.
- Mój towarzysz chciał powiedzieć "Jesteśmy z Ankh-Morpork, serdecznie
witamy i przepraszamy za przerwanie kręcenia filmu"! - poprawił
Marchewa.
- Ooo! A jaki to film? - spytał zaciekawiony i nieświadomy Nobby.
- Nobby! I zasuń rozporek! - szepnął Marchewa.
Nobby złapał za suwak i szarpnął w kierunku górnym. Suwaki wynalazł
Leonard i ich wersje próbną testował Nobby. Nie podobało mu się to,
ponieważ suwak miał ten minus, że zawsze się rozsuwał, co prowadziło do
niezręcznych sytuacji.
- Film? I ty się mnie pytasz o czym jest film? - spytał zdziwiony
reżyser.
- No, jakby pomyśleć, to myślę, że tak. - odparł Nobby.
- Film nosi tytuł "Kokosy kontra banany". Wszędzie są reklamy! Nie
wiedzieliście? - odpowiedział jednym tchem.
- O! To dla nas znajdzie się pewnie Rola, co nie Uk?
- Uuk! Uuk...
- A to ci dopiero, gadające banany! Macie zagwarantowaną role bananów!
Oczywiście jeśli chcecie.
Banany podksoczyły bliżej, do reżysera.
- Będziemy głównymi postaciami?
- Uuk, uuk?
Reżyser pokręcił głową.
- No, tak naprawdę, to będziecie używani jako bumerangi, potem będziecie
zdeptani i zjedzeni przez rekiny, ale nie bójcie się, mamy kaskaderów! -
zachęcał reżyser...

Większość obłąkanych przebierańców nie nadawała się do użytku, tak
publicznego jak i prywatnego.
Nasi bohaterowie, trochę zasapani siadali w różnych miejscach komnaty,
żeby nabrać tchu.
- Coś takiego! - wykrzyknął zachwycony nadrektor. - Na uniwersytecie
nigdy nie ma takich emocji!
- Mi one nie potrzebne. - rzekł z ponurą miną komendant. - Ankh Morpork
jest już za bardzo emocjonujące.
Ridcully wzruszył ramionami.
- Ale zabawa była przednia...
Chomik demonstracyjnie wytarł zakrwawioną wykałaczkę o strój ludowy
przypadkowego obłąkańca, który tylko stęknął nieprzytomnie.
Lecz zanim zdąrzył skomentować zdarzenia jakaś półprzytomna obłąkana
przeczołgała się i ostatkiem sił pociągnęła wielką dźwignie sterczącą ze
ściany.
Potem padła nieprzytomnie na podłogę.
Po chwili burzliwej i ogłuszającej ciszy, drzwi otworzyły się z hukiem i
całą komnatę zalała pomarańczowa maź, pachnąca spaloną gumą.
Objętością sięgała ludziom do kostek (krasnoludom do łydek, gryzoniom do
pasa, a Emu do kolan).
W jednym miejscu maź uformowała się w coś na kształt (i wielkość)
ludzkiej ręki. Pokazywała ona dwa przednie palce wyciągnięte do góry.
- Pokój i sypialnia niech będą z wami! - rozległ się bulgoczący głos.

Pomiędzy ptakami rozpoczęła się walka.
Myślak obserwował zdarzenia z otwartymi ustami.
- Huu! Hou!
- Nevermore!
- Huo, huo, hee!
- A wiesz, że tu masz rację? - po tych słowach sowa umilkła
zakłopotana.
- Huu?
- Czmu nie mówiłeś, że umiesz mówić? - odrzekł oskarżycielsko Myślak.
- Eee... nie pytaliście... Nevermore! Przepraszam, wymsknęło mi się.
- Nie odpowiadałeś na nasze pytania!
- A właśnie, że tak! Nie moja wina, że na każde pytanie była taka sama
odpowiedź, zresztą bardzo filozoficzna moim zdaniem... Nevermore!
- Aha. Jasne. Kontynuujcie.
- Huuu!! Hoo!!
- Nevermore!...

- Jestem pan Galaretka! - wesoło przedstawiła się maź.
- Zaraz... - zaczął Ridcully. - Przecież to kwestor ciągle opowiada
takie bzdury!
- Znacie pana kwestora? Wspaniały człowiek, to zaszczyt poznać jego
przyjaciół.
- Jak na Galaretę jesteś bardzo dobrze wychowana. - powiedział Chomix.
- Ale i tak jest niehigieniczna... - zaczął Ridcully.
- To zależy od punktu widzienia... - dodał Shuwar.
- Ale jest dobrze wychowana... - wtrąciła Cheri.
- Czy to automatycznie daje nam higieniczność? - odezwał się
podejrzliwie Ridcully.
Kiedy towarzystwo prowadziło spór, komendant rozmawiał z Galaretą.
Dowiedział się, że nie jest niebezpieczna. Wręcz przeciwnie, była
pokojowo nastawiona do wszystkego co żywe i nieżywe, a ostatnio nawet
przeszła na wegetarianizm.
Kwestora znała z partyjek brydża w sobotnie wieczory.
Miała wielkie ambicje do zostania gwiazdą Świętego Gaju, a po jego
upadku i klęsce czuła się skończona.
Galaretkowe życie nie jest łatwe, tłumaczyła, czasem trzeba dorabiać
jako krwiożerczy potwór u obłąkanych władców ciemności a to bywało
wielce upokarzające.
Vimes pokiwał głową ze zrozumieniem.

Zza rogu wyszła smukła postać. Myślak nie zauważył jej wpatrując się w
przedłużający się spór ptaków.
Kłótnia trwała tak długo, że w końcu Myślak się znudził i usiadł
wygodnie w fotelu Pozera. Teraz przysypiał z głową na blacie biórka.
- Witaj - odezwał się kobiecy, ale trochę sztuczny głos. - Jestem
automatyczną sekretarką Johna...
Kobieta była wysoką blądynką, idealna na bezmózgą sekretarkę, dla
chorego umysłu.
- Eee... chyba Portreta, a nie Johna... - zawahał się przez chwilę.
Automatyczna Sekretarka Johna tupnęła nogą ze złości i powiedziała
normalnym lecz wielce zirytowanym głosem osoby pokrzywdzonej.
- Myślisz, że to łatwa praca?! Nikt nie mówił, że mam uczyć się na
pamięć nazwisk!
- A ile masz do zapamiętania?
- Cztery... z czego jedno jest moje a drugie rodziców. Potem Obwoźny
Johnny i Garnek...
Myślak siedział skamieniały po czym skojarzył.
- Chdzi ci o Groźnego Johna i Portreta, zwanego Pozerem, ewentualnie
Portfelem?
- Właśnie, znalazł się Myśliciel... - poweidziała urażona Automatyczna
Sekretarka.
Stibbons stwierdził, że uwaga była skierowana bezpośrednio do niego.
- Właściwie, to mam na imię właśnie Myślak...
Blądynka przetrawiła to w skupieniu, z półotwartymi ustami.
Minęło dziesięć minut.
Minęło kolejne pięć minut i trzy umptychwile.
Do sali wbiegła przynajmniej setka małych niebieskich ludzików z
pomarańczowymi włosami.
Po sekundzie z drzwi naprzeciwko wybiegła druga grupa niebieskich
ludzików, ale w białych spodenkach i czapeczkach, miały też ogonki.
Przywódca Nac Mac Feegli krzyknął:
- Na nią!!!! Na DeMeGie!! Zakamuflowała się!! Przemalowała na blond! Za
pokrzywdzenie imion!! Za CIUTLUDZI!!!
Z drugiej strony przywódca smurfów, ubrany w czerwone spodenki i
czapeczkę, i posiadający brodę krzyknął.
- Dopomóżmy Feegle'om w zniszczeniu Tłumaczki, albowiem może podobny
los i nas spodkać, jakem Papa Smurf!!!
Feegle i Smurfy zgodnie porwały wrzeszczącą Automatyczną Sekretarkę
Johna i się oddaliły.
Kruk i sowa też zniknęły. W miejscu, gdzie przebywały Myślak znalazł
napisaną najwyraźniej szponem wiadomość. Zawierała dużo kleksów... i
pierza.
"Wyszliśmy z Jadzią omówić pewne podstawowe kwestię dobra i zła przy
kufelku. Baw się dobrze. Nevermore!... znaczy... Kruk".
- Super...

Banany zrobiły zirytowane miny. Przynajmniej ich żółta skóra, w górnej
części wyglądała na zirytowaną. Postanowiły odpuścić sobie aktorstwo.
- Dziękujemy, my się już pożegnamy. Astalavista ! Bye bye !
Reżyser pstryknął palcami. Wielka stalowa klatka zleciała twardo na
ziemię.


[ Dodano: Pią Lip 01, 2005 10:22 am ]
Cytat:
Taaak, stary, dobry, zje%&$#ny nie-powiem-przez-kogo Chomix.


No, sorry, ale jeśli się nie podobało, to można było powiedzieć. Albo chociaż usunąć posty, czy zrobić cokolwiek - widocznie nie zależało wam na tym temacie, bo stal on odlogiem przez dluzszy czas.
_________________
Du ju lana it banana?
 
 
     
Krejt 
Administrator


Wiek: 29
Dołączył: 13 Lut 2004
Wysłany: 1 Lipiec 2005, 22:25   

Nie profanujcie legendy.
Lock'n'lol.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Theme modified by Vanti & Krejt.
Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett.
All trademarks are used with permission from Terry Pratchett.
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - recenzje mang