 |
Ulice Ankh-Morpork
Dyskowe Forum Dyskusyjne :: dyskowe.info
|
Przesunięty przez: Krejt 3 Marzec 2008, 19:09 |
5 lat UAM - konkurs! |
| Autor |
Wiadomość |
wawrzyniec
VIP

Wiek: 39 Dołączył: 25 Lip 2005 Skąd: Gliwice
|
Wysłany: 16 Lipiec 2007, 15:03
|
|
|
Qba......... nigdy nie postawię Ci piwa
naprawdę się ubawiłem.....
Krasnola> bardzo mi się podobało |
_________________ |
|
|
|
 |
Łukasz
Aniołek Krejta

Wiek: 21 Dołączył: 21 Gru 2005 Skąd: Nie Warszawa
|
Wysłany: 16 Lipiec 2007, 16:00
|
|
|
| Za nie wysłanie odpowiedzi przepraszam. Mea culpa. Miałem to zrobić w piątek, ale kilkudniowy wyjazd spowodował, że o tym zapomniałem. Memoria fragila est (czy jak to tam leciało). Swoją odpowiedź, oczywiście już poza konkursem jeszcze wyślę. |
_________________
|
|
|
|
 |
Krejt
Administrator

Wiek: 29 Dołączył: 13 Lut 2004
|
Wysłany: 17 Lipiec 2007, 20:55
|
|
|
Studiujesz na Niewidocznym Uniwersytecie. Niestety zalegasz ze zwrotem jednej z ksiąg do biblioteki. Jak obłaskawisz Bibliotekarza, aby ten nie wyrwał Ci uszu z głowy? Kiść bananów to za mało.
Przed takim oto problemem stanął bohater opowiadania stworzonego przez zwycięzcę konkursu - Floy... em, Anakoluta.
| Cytat: | „Zwrot”
By Paweł Kukliński
[Floyd / aka Anakolut]
Był słoneczny wiosenny poranek. Ptaki wesoło ćwierkały nad dachami, na ziemi psy beztrosko oznaczały teren, a gdzieś pośrodku gospodynie domowe Ankh-Morpork wykładały na parapety pościel, by następnie, zalegając na wspomnianej pościeli, wymienić z sąsiadką z naprzeciwka najświeższe wiadomości z życia - tak swego, jak i każdego, kto miał akurat pecha przechodzić w zasięgu wzroku. Młody mężczyzna, czy raczej chłopak, bo z wyglądu nie miał więcej jak dwadzieścia-kilka lat, idąc wolnym krokiem ulicą nawet nie zauważył jak mały kudłaty pies właśnie jego nogę uznał za swój teren. Nie zwrócił też uwagi, jak pewna gospodyni nazwała go dziwakiem, druga stwierdziła, że jest tak przerażająco chudy, że chyba przyniesie z kuchni trochę resztek, a inna dodała, że nigdy nie pozwoliłaby swojemu synowi zadawać się z czarodziejami, bo nie ma zaufania do mężczyzn w sukienkach. Każda przekonana, że to właśnie jej słuchają właśnie pozostałe, nie przywiązując większej uwagi do tego, co mówią koleżanki. Plotkarzowi, bowiem, największą satysfakcję daje przekazywanie informacji dalej, a nie sam ich odbiór. Zazwyczaj wystarczy, że usłyszy się kilka kluczowych słów, reszta sama się uzupełni tak, aby było barwnie i jak najbardziej niewiarygodnie. Dlatego zapewne jutro większa część mieszkańców ulicy będzie przekonana, że dnia poprzedniego ich ulicą przejechał rycerz w czarnej zbroi, czy też parada mężczyzn w obcisłych skórzanych strojach, spoglądających na siebie w dziwnie podejrzany sposób.
To wszystko było nieistotne, gdyż chłopak miał teraz ważniejsze zmartwienie niż kolejna plama na jego postrzępionej, ozdobionej gwiazdkami szacie, czy niestworzone opowieści, których mógł stać się głównych bohaterem. Zmartwienie to było wielkie, włochate i - co najgorsze - uśmiechało się w sposób, który bardzo rzadko wiązał się z radością. Chłopak - Phloid, bo tak brzmiało jego imię - miał pecha być studentem Niewidocznego Uniwersytetu. W innym wypadku byłby to może zaszczyt i wielkie szczęście, jednak on popełnił najgorszy z możliwych błędów, jakie popełnić może początkujący mag - naraził się najgroźniejszemu człowiekowi w mieście. Chociaż słowo "człowiek", nie wydaje się do końca zasadne, odkąd uległ on magicznemu wypadkowi i przemienił się w małpisz... orangutana. Człowiek ten, pełniący funkcję bibliotekarza na Niewidocznym Uniwersytecie szybko zrozumiał, że jego obecna forma może być bardzo przydatna, przez co kategorycznie nie zgadzał się na próby cofnięcia przemiany. Od tego czasu coraz częściej i swobodniej popuszczał wodzy swej małpiej naturze, przez co nawet troll Detrytus czuł do niego respekt.
Phloid natomiast popełnił jeden z najgorszych możliwych występków według hierarchii wartości wyznawanej przez Bibliotekarza. Ośmielił się przetrzymać jedną z wypożyczonych ksiąg i to o całe 3 dni, za co grozić może oberwanie uszu, o ile nie całej głowy przy okazji. Wspomnianą księgą był Klatchiański Wielki Przewodnik Po Łaźniach i Domach Uciechy. Chłopak nie znał ani słowa po Klatchiańsku a księgę wypożyczył miesiąc temu ze względu na interesujące ryciny, oraz nowe wymogi na Uniwersytecie. Starsi magowie nalegali, bowiem, by studenci wypożyczali książki i zdobywali dodatkową wiedzę samodzielnie między zajęciami, toteż bardzo się radowali widząc Phloida niosącego gruby tom pod pachą, który szczęśliwie miał jednolitą, nie wzbudzającą podejrzeń okładkę.
Szedł więc teraz z wolna ulicami Ankh-Morpork, przyciskając księgę do boku i starając się możliwie najbardziej wydłużyć pozostałe minuty swojego życia. Jednak jak wolno by nie szedł Niewidoczny Uniwersytet był coraz bliżej i spotkanie z Bibliotekarzem coraz bardziej nieuchronne. Wiedział, że mógłby uciec. Wiedział, że to nic by nie dało, że pewnej nocy poczułby jak olbrzymia dłoń ściska go za głowę, podczas gdy druga ciągnie jego stopy w przeciwną stronę. Wiedział, że musi w jakiś sposób uniknąć rozszarpania na strzępy. Wiedział, że Bibliotekarz uwielbia banany. Niestety, wiedział także, że kocha on swoje książki i banan nie załatwi sprawy. Próbował wymyślić jakąś wymówkę, coś, co brzmiałoby wiarygodnie i zmyliło Bibliotekarza. Problem jednak w tym, że przetrzymanie książki było wynikiem czterodniowego pijaństwa w Załatanym Bębnie, połączonego z użalaniem się nieznanym osobom nad marnym studenckim życiem. Pijaństwo z kolei, spowodowane było czterodniową przerwą w zajęciach na Uniwersytecie. Nie wiedział niestety, czym była spowodowana owa przerwa, ale to nie miało znaczenia - każdy student wiedząc, że przez najbliższe dni będzie miał wolne, nie dopytuje się o powód, tylko bierze nogi za pas, zanim ktoś się rozmyśli. Domyślał się, że Bibliotekarz wie, co robił przez te kilka dni, jako, że orangutan był stałym bywalcem Bębna. Dodatkowym dowodem potwierdzającym ten fakt były łupiny od fistaszków, jakie Phloid znalazł w kieszeni budząc się pod barem trzy dni temu. Na swoje nieszczęście nie był wtedy w stanie wyciągnąć z tego faktu wniosków. W stanie pełnej przytomności umysłu przypomniałby sobie, że znalezienie łupin fistaszków w kieszeni oznacza w największym skrócie "Mija termin zwrotu książek. Jeśli nie wrócisz, zrobię z tobą to, co z tymi fistaszkami".
Szedł powoli na spotkanie przeznaczenia i w końcu, gdy nie było już możliwości zwolnienia tempa chodu, stanął przed bramą Uniwersytetu. Przekroczył ją czując, jak serce podchodzi mu do gardła, a uszy, jakby nie chcąc zmieniać obecnego miejsca zakotwiczenia, przylegają płasko do czaszki. Skierował się w stronę biblioteki, próbując ponownie iść najwolniej jak tylko mógł. Różne myśli atakowały jego umysł. W większości wiązały się z jego uszami, głową, oraz zaciekawioną miną grabarza, który później będzie zbierał to, co jeszcze niedawno było nieroztropnym studentem Niewidocznego Uniwersytetu.
Chwilę po przekroczeniu bramy, ujrzał kilka metrów przed sobą stojącego na ścieżce Kwestora. Mag stał prawie nieruchomo, śliniąc się i kołysząc miarowo rękoma w przód i tył. Phloid ujrzał rozsypane wkoło pigułki z suszonej żaby. Postanowił zrobić coś dobrego i pozbierać je, choć tak naprawdę chodziło tylko o oddalenie w czasie spotkania z Bibliotekarzem. Przykucnął koło Kwestora odkładając księgę na ścieżkę i rozpoczął zbieranie. Pigułek było sporo, rozsypały się w promieniu dobrego metra od zaślinionego maga, na dodatek cześć z nich była podejrzanie wilgotna. Phloid wolał się nie zagłębiać w domysły, co też Kwestor mógł z nimi wcześniej robić. Pogrążony w zbieraniu nie zwrócił uwagi na nadchodzącego ścieżką Dziekana. Sam nie mógł zrozumieć, dlaczego dostrzegł go dopiero teraz, bowiem Dziekan sapał głośniej od starej kobyły ciągnącej wóz z węglem.
- Witaj chłopcze - rzucił mag z uśmiechem. - Widzę, że nasz Kwestor znowu nabałaganił. To miło, że pomagasz mu zbierać, ja z moim starym kręgosłupem nie dałbym rady.
- To drobiazg - odpowiedział Phloid.
- Ależ nie! Nie wyobrażasz sobie nawet, ile Kwestor potrafi narobić problemów. Jest jak małe dziecko, choć niestety nie robią pieluch jego rozmiaru... Więc każda pomoc jest dla wyprowadzacza na wagę złota.
- Wyprowadzacza? - Zdziwił się chłopak.
- Ano tak. Wyprowadzacz. Nowa funkcja zatwierdzona przez Nadrektora, pełniona po tygodniu przez innego ze starszych magów. Wyprowadzamy Kwestora na świeże powietrze, pozwalamy mu biegać po trawie i takie tam. Chociaż on raczej nie biega. Zazwyczaj tylko stoi i się ślini.
W tym momencie dziekan zauważył leżącą na ścieżce księgę. Wykonał szereg skomplikowanych ruchów rękoma i brzuchem, w wyniku których udało mu się wprowadzić ciało w czynność, jaka przez zwykłych ludzi zwana jest zwyczajnie podnoszeniem. Podniósł księgę, sapiąc przy okazji jeszcze głośniej niż zazwyczaj. Otyłe palce jednej ręki zacisnęły się na grzbiecie tomu, podczas gdy druga dłoń poczęła oklepywać szatę w miejscach, gdzie powinny znajdować się kieszenie.
- Gdzie ja znowu posiałem okulary do czytania? - Mruknął pod nosem Dziekan, a następnie zwrócił się do Phloida. - Widzę chłopcze, że idziesz za radami wykładowców? Nie wziąłem chyba okularów. Powiedz mi, co to za księga?
Phloid z przerażeniem spojrzał na okulary wiszące na łańcuszku na szyi Dziekana, szybko jednak oderwał od nich wzrok, by tamten się nie zorientował.
To Klatchiański Wielki Pzrewodnik Po... Dojeniu Krów i Uboju Świń. - Dokończył szybko chłopak, a jego twarz stała się biała jak kartka papieru. - Wie pan, wychowałem się na wsi, zawsze interesowała mnie hodowla...
- Ach tak. Praktyczna wiedza. Chwali się.
Dziekan wykrzywił usta w pełnym uznania uśmiechu i otworzył księgę. Phloidowi serce zabiło mocniej. Mag przerzucił kilka kartek i zatrzymał się na pewnej skomplikowanej rycinie, przedstawiającej kilkanaście urodziwych Klatchianek, wielbłąda i kilka węży. Przynajmniej tak zdawało się Phloidowi, bowiem trudno było się czasem do końca zorientować. Dziekan zmrużył oczy i prawie dotknął nosem kartek.
- No, no. Ładne stadko - rzekł. - Nie sądzisz jednak, że z tymi krowami coś nie tak? Myślałem, że powinny mieć większe wymiona.
- To Klatchiańskie krowy - wyjaśnił szybko chłopak. - Nie dają dużo mleka, ale za to ich hodowla sprawia rolnikowi wiele przyjemności...
- Tak, rozumiem. Zawsze się zastanawiałem, jak to jest być farmerem. Może jeszcze kiedyś spróbuję? Wyjadę na wieś, kupię dom a Kwestor będzie odstraszał wrony z pola. - Zamknął księgę i wręczył ją chłopakowi. - Proszę, nie będę cię dalej zatrzymywał. Oddaj proszę pigułki Kwestorowi.
Phloid wepchnął kwestorowi uzbierane pigułki w dłoń i już miał odchodzić, gdy tamten wyprostował nagle trzymającą je rękę. Podstawił dłoń pod nos chłopca i spojrzał na niego pustym wzrokiem.
- Chyba chce żebyś je sobie zabrał - wyjaśnił dziekan. - Nie krępuj się, Nadrektor zamówił ostatnio sporą dostawę. Połowa pokoju Kwestora zastawiona jest pudłami pełnymi pigułek.
Phloid odebrał pigułki od Kwestora i wrzucił je do kieszeni.
- Dziękuję - powiedział niepewnie i dodał: Miłego wyprowadzania!
Dziekan uśmiechnął się i spuścił głowę, by sprawdzić, czy nie zostały jakieś porozrzucane pigułki z suszonej żaby. W tym momencie jego wzrok natrafił na zwisające z szyi okulary. Odwrócił się radośnie, chcąc zawołać studenta, jednak ten zniknął już za zakrętem ścieżki.
Phloid zbliżał się do Biblioteki. Zostało juz tylko parę metrów. Czuł już zapach kurzu zalegającego na starych tomach. I bananów. W pewnym momencie cos z hukiem otworzyło drzwi. Chwilę później wyleciał przez nie młody mag w połamanym kapeluszu. Upadł ciężko twarzą do ziemi. Po chwili podniósł głowę, rozejrzał się panicznie wokół i poderwał się chcąc uciekać. Phloid jednak złapał go i szybko zapytał:
- Co ci się stało?
- Oddałem książkę dzień po terminie - rzucił tamten szybko. - On jest szalony! Puść mnie!
W tym momencie wyrwał się z objęcia i puścił biegiem w dół ścieżki. "Dzień po terminie!" - pomyślał Phloid. - "Już nie żyję..."
Zajrzał ostrożnie w otwarte drzwi Biblioteki. W środku zdawał się panować spokój. Przestąpił ostrożnie próg, rozglądając się i wypatrując nadchodzących włochatych ramion. Nic jednak takiego się nie stało. Podszedł do biurka Bibliotekarza, nabrał tchu i uderzył niepewnie stojący na nim dzwonek. Jedyną reakcją było ciche dźwięczenie łańcuchów dobywające się z głębi Biblioteki, gdzie umieszczono groźniejsze tomy. Zadzwonił jeszcze raz, bez rezultatu. Położył księgę na blacie i odwrócił się na pięcie. Szybkim krokiem skierował się w stronę drzwi i gdy już myślał, że jest uratowany, przed jego oczami ukazała się twarz. Twarz ta była spora, pomarszczona i miała dziwny odcień skóry. Otaczał ją krąg gęstych włosów. Co najdziwniejsze jednak, oczy znajdowały się na dole, natomiast olbrzymie usta na górze. Bibliotekarz wisiał uczepiony nogami belki pod sufitem, ręce krzyżował na piersiach i powoli rozszerzał usta w swym okropnym uśmiechu, który z tej perspektywy wyglądał jeszcze potworniej.
- Dzień dobry - wyszeptał Phloid, czując jak ściska mu się gardło.
- Uuk? - Usłyszał w odpowiedzi. Poczuł bananowy odór z ust znajdujących się zaledwie kilka centymetrów od jego nosa.
- Przyniosłem książkę - wydusił chłopak. - Leży o tam, na biurku.
Czoło Bibliotekarza zmarszczyło się, usta otworzyły jeszcze szerzej. Chłopak nawet nie uchwycił momentu, gdy długie ramiona wyprostowały się a olbrzymie dłonie chwyciły go za kostki. Bibliotekarz płynnym ruchem poderwał studenta do góry i umieścił jego kolana na sąsiedniej belce. Wisieli teraz obaj jednakowo. Dopiero z tej perspektywy Phloid ujrzał dokładnie surowość na twarzy orangutana. Pigułki z suszonej żaby posypały się z kieszeni chłopaka na podłogę, jednak żaden z nich nie zwrócił na to uwagi.
- Uuk?
- Wie pan jak to jest... Ciągła nauka, po prostu zapomniałem... - Zastanowił się chwilę. - Chociaż, po co mam pana okłamywać, skoro i tak zostało mi tylko kilka minut życia. Zapewne wie pan, gdzie spędziłem ostatnie dni.
- Uuk - odparł surowo Bibliotekarz.
- Też pan chyba kiedyś był studentem - Phloid czuł na sobie coraz bardziej skupiony wzrok orangutana, czuł, że z każdym słowem coraz bardziej się pogrąża. - Myślę, że zwyczaje się nie zmieniły od tamtego czasu i przerwa w zajęciach także wtedy była idealnym powodem do napicia się.
- Iik.
- Więc może po prostu powiem, że jest mi przykro i to się więcej nie powtórzy?
- Uuk.
- Naprawdę? Dobrze? I to wszystko? Nie urwie mi pan głowy ani nie wylecę stąd jak ten przed chwilą?
- Uuk iik.
- Naprawdę jestem pierwszym, który się przyznał?
- Uuk. - Bibliotekarz pokiwał głową, część zmarszczek z czoła zniknęła. Chwycił Phloida w pół i postawił go na ziemi, po czym sam zwinnie zeskoczył.
- Jak to "mam panu coś dać"? Niestety nie mam przy sobie bananów, ani orzeszków.
Po tych słowach wyraz twarzy Bibliotekarza wrócił do poprzedniego stanu, widzianego pod sufitem. Chłopak poczuł jak ponownie oblewa go zimny pot. Myślał gorączkowo jak wybrnąć z tej sytuacji, która już prawie była wygrana, gdy nagle jego oczy natrafiły na rozsypane pigułki z suszonej żaby. Podniósł jedną i zapytał pospiesznie:
- A może to? Smakuje prawie jak chrupki, Nadrektor zamówił niedawno sporą dostawę!
Orangutan spojrzał podejrzliwie na trzymaną przez studenta pigułkę. Chwycił ją, powąchał, polizał. W końcu wrzucił do ust i zaczął żuć.
Serce Phloida obserwującego wyraz twarzy Bibliotekarza biło tak szybko, że prawie rzucało nim na boki. Bibliotekarz skończył żuć i połknął pigułkę. Nagle jego usta otworzyły się na całą szerokość, ukazując jednocześnie wszystkie zęby. Phloid nie był pewien, ale uśmiech ten zdawał się być wesoły, mówił raczej "Smaczne chrupki", niż "Zaraz urwę ci łeb". Student podniósł z ziemi jeszcze kilka pigułek i wręczył je Bibliotekarzowi, który z pośpiechem wepchnął je sobie do ust. Następnie rozejrzał się i zaczął samemu zbierać pozostałe pigułki. Phloid tymczasem zrozumiał, że już najwyższy czas wyjść i powoli skierował się w stronę drzwi, modląc się by tamten nie zwrócił już na niego uwagi. Orangutan zajęty zbieraniem i pochłanianiem pigułek przerwał na chwilę wykonywaną czynność i podniósł wzrok na studenta. Podszedł powoli do dygocącego młodego maga i wyciągnął dłonie w jego stronę. W pewnym momencie złapał go mocno w pasie, przyciągnął do siebie i pocałował, obśliniając przy tym połowę twarzy studenta.
- Uuk!
- Nie, niestety nie mam więcej - odpowiedział Phloid - Ale wiem skąd może pan je wziąć. Proszę porozmawiać z Kwestorem.
Zastanowił się chwilę i dodał:
- Chociaż nie, z Kwestorem to raczej nie ma pan co rozmawiać. Ale myślę, że Dziekan lub Nadrektor powinni pomóc.
- Uuk.
- Ja też dziękuję - rzucił Phloid odwracając się szybko w stronę drzwi i przekraczając próg.
Zamknął energicznie za sobą drzwi, po czym oparł się o nie plecami próbując uspokoić szalejące serce i złapać spokojny oddech. Próbował poukładać w myślach to, co się przed chwilą stało, jedna tylko myśl zdawała się mieć jakiś sens:
"Nadrektor miał rację twierdząc, że pigułki z suszonej żaby pomogą w każdej sytuacji" |
|
|
|
|
 |
LeeLa

Wiek: 22 Dołączyła: 16 Sty 2007 Skąd: Cieszyn/Katowice
|
Wysłany: 18 Lipiec 2007, 15:37
|
|
|
Dopiero dzisiaj udało mi się całe przeczytać.
Pomysł hodowli rozbrajający Jakoś mi tylko zachowanie kwestora nie pasuje, zrobiłeś z niego jakiegoś paralityka, żadnego "husiu, husiu idzie pan galaretka" nie było... |
|
|
|
 |
|
|
Theme modified by Vanti & Krejt. Discworld, Ankh-Morpork and all related characters are trademarks registered by Terry Pratchett. All trademarks are used with permission from Terry Pratchett. Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - anime |