Streszczenie z mojego przebiegu lektury:
1. Fajne!
2. Jest Vimes - łiiii!
3. O, następna laska!
4. O, następna!
5. Maladickt rządzi!
6. Joanna d'Arc - wielki plus dla P.
7. Znowu baba?!
8. No nie, znowu?!
9. Ale akcja naprawdę ciekawa i fajnie napisana.
10. Błagam, tylko niech nie ubabi Maladicta, to przecież ewidentny facet, nie może mi tego zrobić. Tylko nie Mal, prooooooszę, tylko nie on, błagam... ooooch, nieeeeeeeee...!
(Okropny grymas po ubabieniu Maladicta)
13. Cały sztab? Przegięcie.
14. Ujawnienie Jackrumowej - ostatnie dźgnięcie w drgające zwłoki mej nadziei.
"Potworny Regiment" naprawdę dobrze się czytało, ale te kolejne ujawniania mogłyby się skończyć chociaż na Nefryt. Potem zaczęło to być rzeczywiście nudne i naciągane. Ta cała generalicja musiała chyba cały czas chodzić w kołnierzykach zapiętych pod samą szyję, żeby brak jabłka Adama nie rzucał się w oczy, no nie? O tym znaku szczególnym P. zapomniał - jak każdy facet skoncentrował się przede wszystkim na skarpetach .
settler napisał/a:
Jedyne co to na koniec juz sie obawialem, ze sie okaze, ze Vimes jest kobieta.
Jesteście moimi małymi strażniczkami i będę o was dbał!
"Nagrobek dla wiedźmy" był w "M jak mi... jak magia"
W pewnym miejscy dzieciak podaje komuś (chyba Jackowi przebraniu) swoje imię: Nik, i ten ktoś pyta, czy to zdrobnienie od "Nicolas". Jeśli w oryginale imię to rzeczywiście "Nobody", to o jakie imię Jack zapytał? Tzn. od jakiego imienia pochodzi zdrobnienie "Nob", bo od Nicolasa na pewno nie.
Nobody to chyba trochę od Jarmusha zgapione
"Księga Cmentarna" - sprawnie napisana i wciągająca, chociaż bardziej by mi się podobało, gdybym miała parę latek mniej
Jack to takie najbardziej uniwersalne imię dla gangstera. Co innego Nik(t). Nie wiem, jak to jest w oryginale, ale po polsku nie brzmi za fajnie - wiecie, nie ma przecież od czego robić zdrobnienia.
Po doświadczeniach dzisiejszej śnieżycy jakoś nie bardzo widzę egzystencję tego małego w miesiącach zimowych. Co innego, gdyby cmentarz znajdował się w tropikach
Akcent krakowski bardzo pozytywny.
Przez dwa dni (ale nie z rzędu) przeczytałam dwie trzecie i zatrzymałam się przed rozdziałem zaczynającym się od słów "Mustrum Ridcully"... Bardzo mi się podoba, świetnie skonstruowana akcja, choć pod koniec robi się chyba trochę przewidywalna. Doskonały Vetinari, świetny Moist, spojrzenie na miasto z jeszcze jednego punktu widzenia.
Zapytam jeszcze, dlaczego imię Moista jest takie śmieszne? Oczywiście że mogę to sama sprawdzić po słownikach albo przeczytać temat od początku, gdzie może jest to wyjaśnione. Ale nie sądzę, by któreś z was oparło się chęci wyjaśnienia mi tego, żeby pokazać, że wie
Madame wcześniej zleciła V misję znalezienia i ochrony drugiego V (którą wypełnił bardzo dobrze )
Później mu zleciła, jak Snapcase został patrycjuszem i wyraził życzenie awansowania Vimesa do wiecznej chwały. Wcześniej młody Hawelock, wprowadzając w praktykę wiedzę z książki z tygrysem, inhumował - a właściwie wystraszył na śmierć - Windera, i powiedział "Buu". Wcześniej Vimes zastanawiał się, jak to było możliwe, że ktoś zadźgał Windera w jasno oświetlonej sali pełnej ludzi. I w tym miejscu już wiedziałam, kto to będzie, bo mogła to być tylko jedna osoba. Czekałam tylko, aż pojawi się na tym bankiecie i zrobi swoje.
Sama książka to jedna z najmocniejszych - jeśli nie najmocniejsza - pozycja ze ŚD.
Sory że nie bawię się w te przyciski co to mają wyświetlić zaspojlerowany tekst, ale mi się nie chce.
Królowa Księgarni Krakowskich Empik Megastore rzeczywiście stanęła na wysokości zadania, by ekspozycja "Straży Nocnej" nie była zanadto nachalna. Same książki wyglądają jakby były zrobione z makulatury na przemiał i w związku z tym mam pytanie:
czy Prószyński już definitywnie skończył z takimi burżujskimi dodatkami jak ładny papier i twarda oprawa?
1. Marchewa: "Zróbmy coś szalonego."
2. Gaspode: "Chciałbym mieć ofróżkę z fłasnym imieniem."
3. Paskudny Stary Ron (w drogerii): "Poproszę mydło."
4. Verence (w księgarni, przy ludziach, głośno): "Poproszę ilustrowane wydanie 'Sztuki miłości'."
5. Downey (podczas przemówienia na rozpoczęcie roku szkolnego): "... i pamiętajcie, chłopcy, po piąte: nie zabijaj."
6. Banjo (z "Hogfather"): "Nasza mama mówiła... same głupoty."
7. Herbatka (jw.): "Nie ma sprawy, możesz wymawiać moje nazwisko tak, jak się pisze."
8. Susan: "Szkoła albo zdrowie. Wybór należy do ciebie."
9. Śmierć (do Pimpusia): "KTO JEST SŁODKIM, KOCHANYM KONIKIEM TATUSIA, NO KTO?"
10. Rincewind: "Wyzywam na pojedynek..."
11. Brutha ("Pomniejsze bóstwa"): "Mam dziś ochotę na zupę żółwiową."
12. Vetinari: "BUAHAHAHAHAHAHAHAHA!!!!!"
A dialog babci i niani o przelatywaniu i tekst "chrzanić smoki" wymiatają
Oooo, klimatyczne! Słychać, że mieliście świetną zabawę. Tylko mój winamp dość niewyraznie odtwarza.
BTW zawsze uważałam, że ta piosenka jest durna. Jeża da się przelecieć - za pomocą innego jeża. Przecież te zwierzątka muszą się jakoś rozmnażać, nie?
Mimo to dorzucam coś od siebie - rodzima przyśpiewka ludowa o jeżu, choć nie o jego przelatywaniu:
Kupiłem se jeża
Do kieszenim schował
Ilem się sk*****syna
Potem nawyjmował
Można dorzucić "oj dana". Raz na ludowo i teraz Polska.
E tam, jeżeli chodzi o obrazoburczość, to Wondershowzen* (leciało kiedyś na polskim MTV) zjada SP na śniadanie.
Oglądałam fragment "Wondershowzen" - za mało, żeby wypowiadać się o całej serii, ale chyba uchwyciłam jej ogólny klimat i sens: ukazanie przemocy, brzydoty i grozy świata w cukierkowo-sezamkowej oprawie. Coś w rodzaju: "Widzicie, jaka to słodka i milutka krówka, dzieci? No to patrzcie, jak przerabiają ją na wołowinkę". Świat skrywa przed dziećmi prawdę o sobie - mianowicie taką, że jest pełen krwi i wydartych flaków. Może pobić SP jedynie pod względem ładunku cynizmu i goryczy, który jest istotnie przeraźliwy. I nie jest śmieszny, mam wrażenie, że autorzy zbyt poważnie traktują swoją misję, żeby się z czegoś nabijać. Obrazoburczość SP właśnie dlatego wkurza tyle osób, że Matt i Tray niczego nie traktują na serio. SP to humor i groteska, Wondershowzen - groteska bez humoru. Poza tym pomysł z tekstem przed odcinkiem (nie zdążyłam mu się dokładnie przyjrzeć) jest chyba ściągnięty z SP.
South Park jest genialny, choć jedenasta seria była drętwa. Bardzo dotkliwie odczuwam zmarginalizowanie Kenny'ego (mój ulubiony!) na rzecz Buttersa. Butters też jest fajny, ale to nie to samo. Akcje większości odcinków oparte były na postaci Cartmana - niezłe, ale najlepsze są odcinki, gdy chłopcy robią coś razem. Mam nadzieję, że sezon 12 będzie o wiele lepszy.
Widziałam chyba ze trzy, bo tyle było na YouTube. To takie krótkie filmiki, w których wyjaśniano, jaka jest dana postać i jak ją grano. Wyglądało to tak, że Śmierć przeprowadzał wywiad z Terrym, bo to on nas oprowadzał (Śmierć, nie Terry), potem zwiedzano studio filmowe i pokazywano sposób montażu wybranych scen. Ja oglądałam odcinek o Susan: kilka słów o postaci, wywiad z aktorką i reżyserem, a także o samym Śmierci ("Bringing Death to life") - tutaj to jest .
Czyli... właśnie to: krótkie programy dokumentalne
bzdury gadają Ci co mówią, że bez czytania książek nikt nic nie zrozumie.
Nie mówiłam, że nikt nic nie zrozumie. Chodziło mi o to, że bez znajomości kontekstu film może zostać odebrany coś w rodzaju bajki, i że lepiej rozmawia się nim z kimś, kto również czytał książkę. Ale właściwie mnie to nie obchodzi - jeśli podoba się też nieczytającym, to słodko. Chodziło mi bardziej o wyrażenie swojej opinii o samej ekranizacji, niż o zainicjowanie zażartej polemiki.
A wydanie dvd na pewno jest ciekawe, pewnie zamieszczono na nim te wycięte sceny, które swego czasu można było obejrzeć na YouTube.
No, ale zwróć uwagę, że Kirby rysował Rincewinda jako starego czarodzieja z bardzo długą brodą przez wiele lat i Pratchett też nie krytykował i nie kazał mu rysować go inaczej.
Tym pewnie też wytłumaczono dobór aktora, tym bardziej, że w książkach nie jest powiedziane, ile ma lat. Choć w "Ciekawych czasach" Dwukwiat mówi:
"- Nie wiem, dlaczego uważasz, że twoje życie było takie złe. Mieliśmy niezłą zabawę, kiedy byliśmy młodzi."
Jeśli siedemdziesiątka na karku oznacza młody wiek, to rzeczywiście dziwny jest ten Dysk...